Zdzisław Antolski – Moje Kielce literackie (11)

0
147

Zdzisław Antolski



MOJE KIELCE LITERACKIE (11)

SŁAWEK I JEGO MASZYNA

 

sienkiewicz-kielceSławek Z., poeta i muzyk, był, podobnie jak ja, absolwentem licem im. Stefana Żeromskiego, tylko ukończył szkołę dziesięć lat wcześniej. Patron naszej „budy”, Stefan Żeromski, mocno przejechał się po naszym mieście w swoich książkach, to on wymyślił „Kleryków”, Łżawiec”. „Obrzydłówek”. Przyjmowaliśmy te epitety z pokorą, jako historyczne zaszłości, a propaganda socjalistyczna piała nad nimi z zachwytu i twierdziła, że to niechlubna przeszłość, a dopiero teraz Kielce, pod rządami władzy ludowej, rozkwitają. Spośród plotek o Stefanie, najbardziej urocza była ta, że podobno jeden z jego dzienników pozostawiony na kwaterze w Kielcach, krążył wśród mieszkańców, jako świetna lektura pornograficzna.


Spośród klasyków literatury ojczystej, którzy uczęszczali do naszej szkoły, można wymienić także Adolfa Dygasińskiego, przybyłego z powiatowego Pińczowa. Następnie Aleksandra Głowackiego, czyli Bolesława Prusa. Została po nim pyszna anegdota, jak to, na wieść o wybuchu powstania styczniowego, wziął wszystkie swoje podręczniki szkolne, pisane po rosyjsku i wsadził je do pieca, a następnie poszedł do partii powstańczej, do lasu.


Samo powstanie styczniowe w Kielcach nie wybuchło, bo ochotnicy zgromadzeni na podmiejskich wzgórzach: Karczówka i Dalnia, nie doczekali się swojego dowódcy, który normalnie, po ludzku, zaspał.


W okresie międzywojennym do naszej szkoły uczęszczali między innymi: Józef Ozga-Michalski, Marian Sołtysiak, Adolf Sowiński, Wiesław Jażdżyński, Jerzy Krzeczowski i Gustaw Herling-Grudziński.


Również ojciec Sławka, pan Franciszek, kończył nasze liceum w okresie przedwojennym i był kolegą z jednej ławki właśnie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Kiedy ten sławny pisarz przyjechał po raz pierwszy po wojnie odwiedzić Kielce w 1991 r., to on właśnie go witał i towarzyszył mu w sentymentalnej podróży po krainie jego młodości.  Ale wtedy, pod koniec lat 70. tego nie wiedzieliśmy i Sławek był tylko początkującym poetą, co prawda już nieco starszym, bo po trzydziestce, ale w PRL-u nie było to wcale rzadkością.


Spotykaliśmy się na cotygodniowych zebraniach grupy poetyckiej „Bazar Poetycki” i czytaliśmy głośno swoje wiersze, a następnie dyskutowaliśmy nad nimi. Spotykaliśmy się w Klubie Dziennikarza albo w piwnicy teatralnej o nazwie Dziurka, albo w lokalu Związku Młodzieży Socjalistycznej jako Korespondencyjny Klub Młodych Pisarzy. Kiedy zorganizowano Kieleckie Spotkania Poetyckie, zbieraliśmy się w empiku przy ul. Rewolucji Październikowej.


Pisanie wierszy było dla Sławka zajęciem ubocznym, odpryskiem niejako przy pracy nad „dziełem życia”, jakim było konstruowanie maszyny metafizycznej. Fantastyczne to urządzenie miało być w zamyśle mojego kolegi, poety i mechanika, połączeniem elektrycznych organów z maszyną do pisania i do liczenia oraz projektorem filmowym. Coś w rodzaju dzisiejszego komputera najnowszej generacji. Bowiem Sławek uważał, że każda cyfra ma swój odpowiednik w alfabecie oraz w barwie i w dźwięku. Marzył, żeby dać koncert muzyczny z równoczesnym wyświetlaniem na ekranie kolorów oraz tekstów poetyckich, quasi religijnych będących także ostateczną ontologią, pierwszą przyczyną i dowodem na istnienie Boga.


Przez maszynę metafizyczną miał na koniec przemówić sam Bóg za pomocą słów, dźwięków i obrazów. Na razie jednak na przeszkodzie w realizacji tego genialnego urządzenia stanęła materialna przeszkoda, w postaci braku funduszy. Niechybnie wplątany w to był szatan, któremu projekty Sławka były nie na rękę.


Nikt nie brał tych wynalazczych wynurzeń Sławka na serio, ponieważ pomysłodawca i zarazem konstruktor sławnej już w naszym mieście maszyny metafizycznej musiał zażywać leki, które powodowały u niego co jakiś czas stan pewnego „przymulenia”. Sławek bowiem miał okresy melancholii, a niektórzy mówili nawet o schizofrenii, choć nigdy go nie dopytywałem na temat chorób, na jakie cierpiał. Mimo to, kiedy opisywał kosmiczny koncert, który niewątpliwie kiedyś w nieokreślonej przyszłości się odbędzie, najlepiej nocą, przy rozgwieżdżonym niebie, w amfiteatrze, w dawnych kamieniołomach na Kadzielni, spektakl duchowy na dźwięki, słowa i kolory, wtedy słuchając tych projektów przyszłych doznań, ja również stawałem się marzycielem i wizjonerem. Sama idea była bowiem piękna, trochę jak z książek Stanisława Lema albo z filmu o Barbarelli. W dodatku idea maszyny miała element prometejski, bo Sławek dzięki niej chciał zmusić samego Boga do mówienia. I to do mówienia poezji połączonej z muzyką Wszechświata.


Kiedy wybuchła Solidarność, Sławek po prostu zakochał się w tym ruchu. Codziennie bywał w ich siedzibie spędzając tam wiele godzin. Jako że miał rentę i wiele wolnego czasu, czuł się potrzebny, rzucał pomysłami, zapisał się do kilku komisji, projektował plakaty, pisał odezwy i wiersze patriotyczne.


– To jest prawdziwa Polska, tam obudziła się dawna Polska, a nie to księstwo kongresowe, komunistyczne – mawiał wzruszony.


Wychowany był bowiem po staroświecku, w duchu poszanowania tradycji i religii. W jego mieszkaniu królowała piękna dębowa biblioteka, a w niej białe kruki i starodruki wileńskie, pierwsze wydanie Biblii Jakuba Wujka, encyklopedia Orgelbranda, wszystkie pisma Józefa Piłsudskiego, Album Legionów Polskich, dzieła Romana Dmowskiego, popiersia Pierwszego Marszałka, patriotyczne obrazy i dwie skrzyżowane szable, dopełniające wystroju wnętrza.


Kiedyś siedzieliśmy ze Sławkiem w jego przytulnej bibliotece, sącząc wino z  zasobów jego ojca, adwokata. Na stole i na podłodze rozłożone były wielkie płachty technicznych szkiców maszyny metafizycznej. I wtedy jako gość zjawił się major (czy może kapitan) Tadeusz, ze Służby Bezpieczeństwa. Znałem go ze spotkań w oddziale Związku Literatów Polskich, gdzie był regularnym uczestnikiem comiesięcznych zebrań, nawet tych zamkniętych. Nigdy nie krył się ze swoją przynależnością zawodową. Ale był bardzo koleżeńskim człowiekiem, kontaktowym, na swój sposób go lubiłem, bo zawsze okazywał mi przyjaźń.


Kiedy się jest samotnikiem, jak ja w tamtych latach, wówczas każdy, kto chce z nami pogadać jest na wagę złota. Zdziwiło mnie tylko, że Sławek, zagorzały solidarnościowiec przyjaźni się z majorem Tadeuszem. Z rozmowy, jaką prowadzili jasno było widać, że major Tadeusz jest tu stałym bywalcem i czuje się jak u siebie w domu. Sławek niedawno się ożenił. Jego żona nie miała żadnego wykształcenia, co niestety było widać i słychać, ale widać też było, że była dobrą dziewczyną, kochała męża, miała wrodzoną delikatność kobiecą, choć potrafiła być także energiczna. Troszczyła się o zdrowie męża i utrzymywała mieszkanie w sterylnej czystości. Sławek widział moje zdziwienie jego zażyłością z majorem, ale nigdy nie wyjaśnił, skąd tak się dobrze znają, a ja – przez delikatność i bojąc się o jego zdrowie – nie wypytywałem.


Po wyjściu od Sławka major zaprosił mnie do siebie do domu na dalsze popijanie. Pojechaliśmy na nowe osiedle taksówką. W mieszkaniu Major wyciągnął butelkę z segmentu meblowego i piliśmy dość ostro pod kanapki jakie robiła jego żona. Podobna była trochę do żony Sławka. Pomyślałem, że to może siostry? Co mnie zdziwiło, gości przybywało, mimo późnej pory. Wszyscy nowo przybyli byli do siebie podobni, średniego wzrostu, dobrze zbudowani, krótko ostrzyżeni i gładko ogoleni, około pięćdziesiątego roku życia. Rozmowa toczyła się oczywiście o Solidarności, jakie to niebezpieczeństwo dla kraju, że coś z tym trzeba zrobić.


W pewnym momencie wyszedłem do toalety. Na wieszaku w korytarzu zobaczyłem galerię czapek wojskowych w różnym kształcie i kolorze. Niżej wisiały zielone i niebieskie płaszcze. Pomyślałem, że robi się niebezpiecznie. Włożyłem szybko swoją kurtkę i cicho zamknąłem za sobą drzwi wejściowe.
 

Tymczasem sytuacja polityczna zaostrzała się coraz bardziej. Żyliśmy jak we śnie. Kilka razy zdawało nam się, że to już koniec, zwłaszcza po pobiciu Rulewskiego w Bydgoszczy, i władza uderzy, ale nadal nic się nie działo. Wojna nerwów trwała.

Major Tadeusz nie miał wątpliwości, że Solidarność musi zostać spacyfikowana.
 

– Nie łudźcie się – mawiał. – Władza nie pozwoli na takie bezkrólewie, taką anarchię i chaos w państwie, które jest w samym środku Układu Warszawskiego. Przecież to zagraża porządkowi światowemu, to może nawet być przyczyną wybuchu kolejnej wojny, trzeciej wojny światowej. A tego nikt nie chce.
 

Ale Sławek myślał inaczej:
 

– Nie odważą się – mówił drżącym z patosu ochrypłym głosem. – Nigdy się nie odważą. Nie podniosą ręki na to, co święte, na to, co pobłogosławił sam papież, polski papież Jan Paweł II.
 

Nadal żył w euforii. Choć coraz bardziej zaniepokojony.
 

Wielu ludzi zanosiło wtedy do regionalnej siedziby Solidarności, co tylko mieli najlepszego – pieniądze, dolary, maszyny do pisania, papierosy, żywność, kawę, meble, dzieła sztuki – obrazy, książki. Kiedyś siedzieliśmy w teatralnej kawiarni „Dziurka” i wpadł tam na chwilę mój przyjaciel Jerzy Stępień, sławny przywódca Solidarności w naszym regionie, później sędzia Trybunału Konstytucyjnego. Przy kawie wyciągnął rzadkie wówczas papierosy Camele i Pall Malle, i częstował nimi obecnych.
 

– Ludzie przynoszą papierosy z dobrego serca, a ja nie śmiem im odmawiać, choć przecież nie palę, bo poczuliby się urażeni, odrzuceni – mówił zakłopotany.
 

Wówczas Sławek postanowił podarować Solidarności cały swój bogaty księgozbiór, łącznie ze starodrukami wileńskimi, popiersiami Pierwszego Marszałka Polski i skrzyżowanymi szablami. Odradzałem mu ten pomysł.
 

– Nie rób tego. Poczekaj – mówiłem. – Nie spiesz się tak, jeszcze zdążysz. Czas teraz niespokojny, niech się wszystko ułoży, ucichnie, wtedy to zrobisz.

– Nie mogę czekać – odpowiadał Sławek. – Nie na wiele mogę się przydać Polsce. Słaby jestem, chory, więc może chociaż tak się przysłużę… Poza tym nie wiem, jak długo pociągnę.
 

Po wprowadzeniu stanu wojennego Sławek był załamany i przygnębiony. Księgozbiór kieleckiej Solidarności spakowano w skrzynie i wywieziono w nieznanym kierunku. Chodziły słuchy, że esbecy wszystko spalili na górze Telegraf w szale nienawiści do solidaruchów. W kieleckiej prasie ukazały się bowiem artykuły, że w regionalnej siedzibie S znaleziono materiały antysocjalistyczne i wywrotowe, noże i broń myśliwską.
 

– Nic się nie martw – starałem się go pocieszyć. – Solidarność się odrodzi – mówiłem w jakimś proroczym natchnieniu – bo Solidarność jest jak Polska. Jest wieczna.
 

Ale Sławek nie chciał słuchać. Przestał pisać wiersze. Co najgorsze, stracił wiarę w możliwość zbudowania maszyny metafizycznej. Uznał, że nie da rady, wszystkie tabele, rysunki techniczne, plany i wyliczenia matematyczne oraz notatki filozoficzne i poetyckie, dotyczące maszyny metafizycznej, złożył w dziale rękopisów w Bibliotece Jagiellońskiej w Krakowie. I tam odsyłam wszystkich zainteresowanych możliwością zbudowania takiego urządzenia. Było mi bardzo smutno z tego powodu. Z jednej strony byłem sceptyczny, co do możliwości zbudowania maszyny, ale chciałem wierzyć, że jest to możliwe. To było nasze wspólne marzenie, nasz sen.
 

Co się stało potem ze Sławkiem – nie wiem. Rozwiodłem się i ożeniłem po raz drugi, wziąłem ślub kościelny, przestałem nadużywać alkoholu. Urodził mi się w 1989 r., w roku wyborów czerwcowych, syn i zacząłem prowadzić spokojniejsze życie, bardziej rodzinne. Moje wiersze już nie były takie buntownicze i rewolucyjne, jak kiedyś. Zamknięto elitarny Klub Dziennikarza, w którym aktorzy czytali nasze utwory, przy okazji promocji książeczki „Bazar Poetycki”. Klub teatralny „Dziurka” stał się dostępny dla każdego i stracił całkowicie swoją tajemniczość i elitarność. Ktoś mówił, że Sławek zmarł nagle na serce.
 

Majora Tadeusza, który przeszedł na emeryturę, spotkałem kiedyś, już po okrągłym stole, na przystanku autobusowym, ale zapomniałem zapytać, czy wie, co się stało z księgozbiorem z siedziby Solidarności. Na pamiątka została mi po nim drewniana lalka w mundurze milicyjnym, którą podarował mojemu, małemu wówczas, synowi.
 

Często bywałem w największym antykwariacie w Kielcach, u mojego przyjaciela Andrzeja Metzgera. Po kilku latach od opisywanych wydarzeń, natknąłem się tam na kilka pięknych i rzadkich egzemplarzy z biblioteki Sławka, podarowanych potem Solidarności.
 

Rozpoznałem je po charakterystycznych odręcznych dopiskach na marginesach. Ucieszyłem się, że nie uległy zniszczeniu. Pytałem, z czystej ciekawości, pracowników personelu, kto te księgi wstawił na sprzedaż do antykwariatu, ale nie uzyskałem odpowiedzi. Tajemnica handlowa.

 

Zdzisław Antolski

 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko