Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
69

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego




Jak Komendant purpuratów gromił


u-bokuWspomnień ludzi II Rzeczypospolitej, w tym w szczególności wspomnień piłsudczyków rozmaitej rangi i autoramentu naczytałem się w życiu sporo, a jeszcze więcej się ich już ukazało. Wspomnę tylko pierwszą, z lat siedemdziesiątych, moją lekturę z tej dziedziny, Henryka Comte wspomnienia adiutanta w Belwederze i na Zamku, wspomnę zapiski Mariana Romeyko, generała Wieniawy, generała Sławoja Składkowskiego, wspomnę poświęcone Piłsudskiemu wątki w różnych książkach i artykułach autorstwa rozmaitych osób ze służby państwowej lub wojska, Jana Lechonia, generała Grota-Roweckiego, Tadeusza Nowakowskiego i innych. Mimo to zawsze chętnie czytam wspomnienia o Józefie Piłsudskim, bo niezwykłość i czar tej postaci jest dla mnie nieprzemijający.Na wspomnienia pułkownika Adama Leona Korwina-Sokołowskiego (189-1978), w latach Szefa Gabinetu Marszałka, składa się przede wszystkim warstwa opisu zdarzeń historycznych, tworzą indywidualne losy młodych ludzi ze szlachecko-inteligenckich rodzin, którzy wchodzili w szkolnym już okresie w konspiracyjną działalność niepodległościową oraz warstwa opisu wydarzeń historycznych (epopeja legionowa, peowiacka, I wojna światowa, służba w II RP, etc.). Z mojego jednak punktu widzenia najsmaczniejsze są relacje dotyczące Józefa Piłsudskiego, w tym barwny i dosadny, a przy tym bardzo obrazowy język, którym się posługiwał. Wystarczy przeczytać o  sposobie, w jaki Marszałek pogromił biskupa polowego Stanisława Galla, co zresztą pogromca osobiście zrelacjonował w kilku przemowach z mistrzostwem godnym najlepszych legend szlacheckiej spod znaku Jana Chryzostoma Paska, Leona Chodźko czy Henryka Rzewuskiego lub zapis jego przemowy do następcy Galla, Józefa Gawliny. Toż to po prostu mistrzostwo świata i rozkosz dla czytającego. Ujmując rzecz w największym skrócie można by rzec, że Piłsudski nie patyczkował się z klerem nawet najwyższej rangi i potrafił purpuratów besztać i ustawiać jak sztubaków pod tablicą. Mój Boże, niedościgły to wzór dla polskich pożal się Boże dzisiejszych polskich polityków, w większości jak pętaki trzęsących spodniami przed pierwszym lepszym przedstawicielem owego stanu…  Coś podobnego, choć tego akurat nie ma we wspomnieniach Korwina-Sokołowskiego, zdarzyło się w 1927 roku przy okazji pogrzebu Juliusza Słowackiego na Wawelu po sprowadzeniu jego szczątków z Paryża. Wtedy ceremonii tej sprzeciwił się arcybiskup krakowski Sapieha, jako że Kościół miał do Wieszcza pretensje za akcenty antyklerykalne i anarchizm myśli i czucia. Ale i  z tym dostojnym Księciem Kościoła, mandarynem z najwyższych szczytów poradził sobie Marszałek bez większego wysiłku, wysyłając do niego posły, którzy Książęciu zakomunikowali życzenie Marszałka, by był tak dobry i zechciał nie robić trudności. I Książę Arcybiskup zmiękł w oka mgnieniu. Oj były czasy! Aż się łzaw oku kręci! Te wspomnienia są dla mnie najciekawsze właśnie jako przyczynek do studium tego zadziwiającego i unikalnego autorytetu, charyzmatu jakim ten człowiek, Józefa Piłsudskiego ma na myśli, się odznaczał, jaki niezwykły respekt budził. Jest w tym jakaś tajemnica natury ludzkiej, gdzieś być może na styku tajemnic jej możliwości i jej oddziaływania. Jakaś tajemnica może metafizyczna, a może z natury tylko się biorąca. Do tej pory nie mam na to odpowiedzi. Do tej pory mnie to nurtuje.

A co do samego autora,  to ten dyplomowany pułkownik ziemiańskiego pochodzenia miał dar barwnego pióra i nie stronił od indywidualnych, ostrych ocen niektórych postaci, przy czym najsurowsze oceny dotyczą generałów Izydora Modelskiego i Władysława Sikorskiego. Wyborna, powiedziałbym – męska lektura, o ile nie zabrzmi to zbyt szowinistycznie.
 

Adam Ludwik Korwin Sokołowski – „U boku Marszałka. Wspomnienia szefa gabinetu”, Wyd. Editions Spotkania”, Warszawa 2015, str. 326, ISBN 978-8379650-24-8

 

Artysta rozwichrzony i prześliczna wiolonczelistka


jan-kanty-osobnyTytuł powyższy jest i żartobliwy i serio. Jan Kanty Pawluśkiewicz (rocznik 1945), jedna z legendarnych postaci polskiej muzyki, kompozytor i jeden założycieli wspaniałego zespołu „Anawa”, z którym sławę i miłość słuchaczy zdobył w latach sześćdziesiątych Marek Grechuta, ma rzeczywiście rozwichrzoną, choć już mocno oszronioną czasem, czuprynę, bywa też artystycznie rozwichrzony, ale jest od dziesięcioleci artystą, kompozytorem konsekwentnie idącym swoją artystyczna drogą, której najsławniejszym punktem są chyba (jestem zdecydowanym profanem w wiedzy muzycznej) „Nieszpory ludźmierskie”, jak na artystę rodem z Nowego targu i Podtatrza przystało. I na to siedemdziesięciolecie  „Wydawnictwo Literackie Kraków zamyśliło zrobić książkę, wywiad-rzekę z „Kantym”, jak o nim mówią. Rozmówcą został kolega/przyjaciel artysty, krakowski dziennikarz zajmujący się kulturą, Wacław Krupiński, co nadaje rozmowie ton towarzyski, familiarny, swobodny. Rozmawiają panowie o dzieciństwie artysty, o życiu w Nowym Targu, o krakowskich początkach, o studiach architektonicznych, o kobietach i miłościach, o znajomych, o personaliach, padają w tym pong-pongu anegdoty i zabawne riposty obdarzonego poczuciem humoru Kantego, o Piotrze Skrzyneckim i „Piwnicy pod Baranami”, ale najwięcej jest o muzyce i życiu muzycznym, w którym brał i bierze udział. Barwnie, soczyście, ciekawie. I tylko jedna pretensja. Na kilkunastu zdjęciach pojawia się wiolonczelistka zespołu „Anawa”, Anna Wójtowicz, później Wójtowicz-Pawluśkiewicz. Jako niedorostek słuchający na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Grechuty i „Anawy” byłem oczarowany ową „prześliczną wiolonczelistką” (czy to nie o niej właśnie śpiewali „Skaldowie”?). Mogę nawet powiedzieć, że zdalnie „zawróciła mi w głowie”. Ale o niej właśnie  nie ma w wywiadzie prawie nic, poza wzmianką, że jest/była szwagierką Jana Kantego i poza tym, że figuruje efektownie na kilku fotografiach zespołu. I o to mam pretensję, że ją w swojej opowieści Jak Kanty potraktował nie po szwagrzemu, lecz po macoszemu. Bo poza tym, to świetna rzecz do czytania.
 

„Jan Kanty Osobny. Jan Kanty Pawluśkiewicz w rozmowie z Wacławem Krupińskim”, Wydawnictwo Literackie Kraków 2015, str. 366, ISBN 978-83-08-05539-7

 

Z Panem Paluszkiem na wakacje


pan-paluszekTym, którzy spędzają wakacje z małymi dziećmi z przyjemnością mogę polecić wspólną z nimi lekturę czarującej książeczki „Pan Paluszek” Kingi Grabowskiej-Bednarz. Mam od wielu lat mniej niż minimalną styczność z książeczkami dla dzieci, ale nawet  z tego minimum wynoszę wrażenie, że są one jakieś inne w treści i formie niż książeczki z czasów mojego dzieciństwa, których pamięć noszę trwale w serdecznej pamięci. Nie umiem tego jakoś racjonalnie zdefiniować, ale tak to odczuwam. „Pan Paluszek” przywołał mi  pamięci najczulsze wrażenia dziecięce (a dawno to było!). Kinga Grabowska-Bednarz napisała dwadzieścia rymowanych opowiastek, których bohaterem jest ów tytułowy, sympatyczny śpioch Pan Paluszek , po trudnym obudzeniu i wybiegnięciu z łóżka konfrontowany z tak różnymi przejawami życia, jak wizyta „U doktora”, „Duchy”, „Obiad”, „Grzybobranie”, „Nocna przygoda”, „Czkawka”, „Ogródek”, „Biwak”, „Kosmiczny pirat”, a nawet po prostu „Pomidory” oraz inne. Książeczka jest nie tylko przemiła i czarująca w czytaniu i słuchaniu, ale daje rozkosz oczom rysunkami mającymi w sobie lekkość, ciepło i inteligentną umowność. Gorąco, zgodnie z obecna aura, rekomenduję: weźcie Pana Paluszka ze sobą na wakacje i każdego dnia serwujcie dziecku (i sobie) po dwie o nim opowiastki, pedagogicznie i profilaktycznie rozpocząwszy od tej o „Śpiochu”.
 

Kinga Grabowska-Bednarz – „Pan Paluszek”, Wyd. Bosz Szymanik, Olszanica 2015, str. 43, ISBN 978-83-7576-256-3


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko