Jan Gondowicz – Egzekucja

0
52

Jan Gondowicz


 

Egzekucja


 

sterta-ks1W kultowym dla mojego pokolenia filmie Żółta łódź podwodna muliste dno morza nawiedza pewna istota, która połyka wszystko, na co natrafia. Ryba? – haps! i nie ma. Muszla? – haps! i nie ma. Pamiętacie? Ta wizja prześladuje mnie, a może i nie mnie tylko, od dłuższego czasu. Naokoło znikają budynki, instytucje i zasady moralne. Muliste dno rzeczywistości, w której pospołu pełzamy, składa się z coraz większej liczby dziur. Niedługo zostanie sam muł.

 

Nie trza

 

Każdy patrzy w inną stronę i dostrzega ten fenomen dopiero wtedy, gdy paszcza rozdziawia się nad czymś dlań ważnym. Nie myślałem na przykład, że jest dla mnie czymś szczególnie ważnym Państwowy Instytut Wydawniczy, póki nie uświadomiłem sobie, że może go nie być. To rzecz niewyobrażalna: jakby ktoś w majestacie prawa zdemontował Kolumnę Zygmunta, by ją ustawić na własnym nowobogackim podwórku. I uzasadnił to wszem i wobec rachunkiem, że jest deficytowa.

Ale to, co od czterech lat rozgrywa się wokół ostatniego państwowego wydawnictwa w Polsce, ma zgoła inną skalę. Wyobraźmy sobie, że ktoś usuwa z zasięgu naszych komputerów Wikipedię, tłumacząc, że odtąd powinna nam wystarczyć gazetka z supermarketu. Taki najściślej orwellowski wymiar ma likwidacja oficyny wydawniczej o wciąż, gdyby dać jej spokój, ogromnym potencjale wiedzotwórczym. Albowiem w kamienicy na warszawskiej ulicy Foksal 17 mieści się, lub mieściła do wczoraj, nie mniejsza „wikipedia”, po części papierowa w postaci jedynej w swoim rodzaju edytorskiej biblioteki specjalistycznej, po części zaś złożona z wiedzy, doświadczenia i etosu pracy kilkudziesięciu współpracowników. W tym starym, pięknym budynku nadal można – lecz jak długo jeszcze? – przyswoić kulturze polskiej i przygotować do druku najtrudniejszą nawet książkę rodzimą czy obcą. Lecz są tacy, dla których liczy się tylko skorupa – sam budynek.

Mimo stopniowej redukcji etatów potencjał PIW-u zmalał niewiele, czego dowód stanowi szatańsko trudna edycja Dzieł zebranych Witkacego. Temu edytorskiemu tour de force na miarę światową brak do końca czterech tomów, z których jeden jest niemal gotów. Edytorzy Witkacego żyli długo w złudzeniu, że póki trwa owo przedsięwzięcie, dotowane przez Ministerstwo Kultury, nic PIW-owi zagrozić nie może. Kto i gdzie umiałby wydać tak Witkacego, by ta edycja stać się mogła podstawą wszelkich innych wydań, krajowych i zagranicznych, na następne sto lat? Witkacy to wszak własność nie tylko nasza, lecz i całego świata, więc gdyby miało coś stać się jego Dziełom zebranym, podniósłby się międzynarodowy wrzask, nader dla Polski szkodliwy. Ale witkacolodzy, naiwni humaniści, pomylili się srodze.

Widziane z tej perspektywy, zabiegi mające na celu „przekształcenie” (w nicość) PIW-u oznaczają, po odwinięciu bawełny, decyzję: „Takich książek wam nie trza”.

 

Gęba szeroko rozwarta

 

To właśnie miał na myśli Władysław Bartoszewski, gdy w jednej z ostatnich publicznych wypowiedzi (dla „Przeglądu”, 27 kwietnia tego roku), oświadczał: „Jestem żywo poruszony wiadomościami o przyspieszonym, zdecydowanym rzekomo, zlikwidowaniu PIW. Jako jeden z autorów piszących i wydających książki, a także jako redaktor i recenzent, ponadto były prezes Polskiego PEN Clubu, jako społecznik, inteligent i jako warszawiak od urodzenia, stwierdzam, że PIW należy do pereł w historii polskiej kultury. Jest przykładem ogromnej kreatywności i siły intelektualnej, która nawet w niesprzyjających warunkach potrafiła znaleźć drogę do zachowania trwałych wartości.” Cóż można do tego dodać? A jednak coś dodać trzeba.

Ważne tu jest każde słowo. Ale nie tylko w sensie, jaki nadał im śp. Władysław Bartoszewski. Także w znaczeniu odwrotnym. Gdyż przytoczony tu jego apel czy protest, czy, mówiąc ściślej, przestroga nazywa wszystko, co jest przeciwnikom istnienia PIW-u najgłębiej obce i wrogie. Instynktownie lękają się oni ludzi piszących i wydających książki, redaktorów, którzy im patrzą na palce i recenzentów, bo nie cierpią być recenzowani. Nie znoszą uprzykrzonych społeczników, gardzą frajerstwem inteligentów, z całej duszy nienawidzą warszawiaków od urodzenia. Jak najściślej tępią wokół siebie kreatywność i mają swoje sposoby na wszelką siłę intelektualną. A myśl o trwałych wartościach witają rubasznym rechotem. Może takich nie ma? A kto tam pływa tak ślicznie nad dnem naszego morza z gębą szeroko rozwartą?

W istocie więc wokół PIW-u rozgrywa się kolejny etap znamiennej dla naszych czasów walki umiejących czytać z tymi, którzy umieją już tylko liczyć. Ale, rzecz jasna, nie w duchu matematyki, tylko interesów, w których z liczbami można zrobić wszystko. Dlatego PIW, który pod rządami swojego ostatniego dyrektora, Rafała Skąpskiego, w cztery lata zredukował blisko ośmiomilionowy dług do sumy 1.800 tysięcy, zaczął przynosić regularny zysk, a w tym roku wyszedłby na prostą, należało jak najpilniej dorżnąć. Skąpski powołany wszak został na likwidatora, a zamiast likwidować, skutecznie wyciągał firmę z czeluści, w jaką wtrąciły ją wcześniejsze, niekompetentne kierownictwa. Ten człowiek nie pojmował w ogóle reguł gry, a nawet śmiał deklarować: „Nikt nam nigdy w niczym nie pomógł finansowo, nikt nam niczego nie umarzał ani nie darował. Nie jesteśmy LOT-em ani kopalnią”. Nie rozumiał, że nie przypadkiem pani minister kultury Małgorzata Omilianowska przytacza publicznie na temat PIW-u dane niezgodne z jego statusem prawnym i stanem rzeczywistym. Nie przyjął do wiadomości ostatniego ostrzeżenia, jakim było wstrzymanie mu od stycznia pensji likwidatora. Tu warto wysilić wyobraźnię i przedstawić sobie jego obraz w oczach zwierzchników. Co się robi z takimi, którzy są nieusłuchani? Którzy przeszli na służbę drugiej strony, choć winni wiedzieć, że nie ma żadnej drugiej strony, a tylko obiekt obróbki? Którzy grzęzną w jakichś mrzonkach?

Pan dyrektor Skąpski, postać skomplikowana i barwna, jest bohaterem naszych czasów. Gdyby był w Polsce ktoś o talencie Dudincewa czy Grossmana, mógłby o nim napisać powieść.

 

Krótko i węzłowato

 

Gdy Martin Esslin odwiedził w 1964 roku Polskę, Jan Kott zaprowadził go w Krakowie na Matkę, a w Warszawie na Kurkę wodną. Wielki teatrolog wyszedł ze spektakli zielony, mamrocząc pod nosem: „Cały mój wywód na nic!”. I w rzeczy samej, w drugim wydaniu swej książki uczynił z Witkacego jednego z odkrywców teatru absurdu. Czy można się więc dziwić, że właśnie wyczuleni na absurd witkacologowie rozpoznali bezbłędnie istotę atmosfery, jaka narasta wokół oficyny wydającej ich mistrza? Rozpoznali i zawiązali Społeczny Komitet „Ratuj PIW, ratuj książkę!”, który zaczął działać niezależnie i niekoniecznie z aprobatą dyrekcji PIW-u w marcu bieżącego roku. Zanim się połapały stosowne urzędy, zdołał legalnie wyciągnąć z nich masę dokumentów, przedstawiających realną sytuację wydawnictwa i metody zaciągania wokół niego pętli. Trafiły one na stronę facebookową Komitetu i są tam do wglądu. Groteskowa konieczność obrony państwowego przed państwem i wizerunek państwa, które w niepojętym zapędzie puszcza w rozkurz swe materialne i propagandowe aktywa, zdają się w rzeczy samej z Witkacego rodem.

Arkana władzy wyszły na jaw w trakcie publicznej dysputy, zorganizowanej przez Komitet pod hasłem „Kto nawarzył PIW-a?” siódmego maja w opróżnionej z książek (stosowna sceneria) byłej księgarni Traffic w Domu Braci Jabłkowskich. Na sali zasiadło ponad sto osób, w większości o tytułach profesorskich, na podium zaś rozegrało się starcie dyrektora Skąpskiego z dyrektorem Instytutu Książki Grzegorzem Gaudenem. Słowem, „narodowa instytucja kultury, powołana przez Ministra Kultury do promocji polskiej literatury na świecie oraz popularyzacji książek i czytelnictwa w kraju” (wedle jej strony internetowej) została przymuszona do tłumaczenia się, czemu żywi jak najgorsze zamiary wobec innej poważnej i niezmiernie zasłużonej instytucji tejże kultury, służącej książce i tylko książce.

Gdy widownia nie bez konsternacji wtajemniczona została w fakt, że PIW, jako pozostający – na mocy decyzji byłego ministra kultury Zdrojewskiego – w wyłącznej gestii Ministerstwa Skarbu Państwa, mógłby równie dobrze kupczyć rzepą, a pomiędzy właściwą mu a tą drugą działalnością nie ma żadnej merytorycznej różnicy, dyskusja o imponderabiliach stała się bodaj zbędna. Stąd to dyrektor Gauden nawracał wciąż do rzekomo fatalnej kondycji finansowej wydawnictwa, którego walory w postaci zbiorów, ekipy, znaku firmowego i praw autorskich nie są niczym więcej, jak iluzją. W tym momencie, czego nie mógł dostrzec, wyświetlono mu za plecami na ścianie zrzut z ekranu, zawierający wywiad, jakiego udzielił ósmego kwietnia TVP, wraz ze zdaniem, że Instytut Książki spodziewa się przejąć kamienicę na Foksal jako wysoce prestiżowy adres. Ktoś z sali zapytał, jak wobec tego rozliczyć blisko cztery miliony wydane na niedawny remont siedziby Instytutu Książki w Krakowie.

  Dzień po odwołaniu dyrektor Skąpski na falach Radia dla Ciebie oświadczył, i można go zrozumieć, że właśnie dyskusja w Trafficu i narastający klimat skandalu skłoniły jego zwierzchników do rozprawienia się z powierzoną mu tak nierozważnie firmą krótko i węzłowato. Co nie nastręczało kłopotu, jako że egzekutor zawsze czuje się w prawie dokonać egzekucji, choćby dłużnik zalegał z ostatnią należną złotówką. I przedstawiciel komorniczego rodu, dla którego pierwodruk Pana Tadeusza to „0,3 kg makulatury”, w majestacie swych praw bez uprzedzenia wkroczył do wydawnictwa. Jeden z internautów tegoż dnia

skomentował ów moment: „To zemsta za wydawanie Kafki”.

 

W biały dzień

 

Plombując, pod nieobecność dyrektora Skapskiego, o którego urlopie zwierzchnicy musieli wiedzieć, drzwi gabinetu, zalepiając dziurkę od klucza i strasząc zwolnieniem przerażoną sekretarkę (miał przecież do tego prawo, jako od tej chwili jej przełożony), pan radca prawny Maciej Szudek jeszcze nie wiedział, że w dniu szóstego lipca 2015 roku przechodzi do historii kultury polskiej w roli, która się może niekoniecznie spodoba jego dzieciom. Ja bym się tej roli nie podjął, a wy? Jeszcze nazajutrz rano groził policją przedstawicielowi Komitetu, lecz już w południe umykał z zatrzaśniętą twarzą przed niespodziewanym tłumem reporterów z telewizji i radia: najwyraźniej na darmo jako datę ostatecznego rozwiązania wybrano lipiec, w którym oprócz wakacji nikogo nic nie obchodzi. A jednak pod bramą na Foksal 17 zebrało się aż za wiele czytającej hołoty.

Cała ta akcja, w stylu tak modnych obecnie napaści nożowników w biały dzień, miała na celu nie tylko przejęcie kont i gotówki PIW-u (o reszcie pomyśli się później), lecz i upokorzenie wszystkich tych znanych profesorów, aktorów, dziennikarzy i reszty drobnicy, tak chętnie sygnujących apel o zachowanie PIW-u na majowych warszawskich Targach Książki i później na stronie petycje.pl. Zebrało się tych podpisów grubo ponad cztery tysiące i wszyscy ich sygnatariusze mieli się oto poczuć tak właśnie, jakby im napluto w twarz. Można liczyć, że to się w pełni udało, że się naprawdę tak czują. I już wiedzą, kto tu rządzi. Wpojenie im tej wiedzy, zwanej niegdyś moresem, jest o wiele ważniejsze niż detal, że te osoby, które się PIW-em przejęły, są także wyborcami.

A nie jest ich wcale mało: same Listy do żony Witkacego sprzedały się w 40. tysiącach egzemplarzy i właśnie planowano dodruk. PIW bowiem odzyskiwał siły i czytelników. To się czuło i chęć brała się włączyć. Toteż kilka z około 25 tytułów w bieżącej produkcji sam zaproponowałem, a ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie były to rzeczy byle jakie. Jednak wiele wskazuje, że nie dostaniesz, czytelniku tych słów, do ręki legendarnego Leksykonu miejsc wyimaginowanych Alberto Manguela i Gianniego Guadalupiego, który został już przetłumaczony, ani nie mniej kuszącej Encyklopedii Kafkowskiej, przetłumaczonej w dwóch trzecich. Są to książki – wyjaśnię, jakby ktoś nie wiedział – z prawdziwie najwyższej półki. W dniu wczorajszym, siódmego lipca, gdy Ministerstwo Skarbu Państwa, zmuszone przez wypadki, zdecydowało się wydać komunikat, że likwidator przybył do oficyny nie po to, żeby wydawać jakieś tam książki, lecz by ją zlikwidować, miał iść do druku wznowiony biały kruk antykwaryczny z kolekcji PIW-u, Wieśniak paryski Louisa Aragona ze wspaniałymi ilustracjami, posłowiem tłumacza, Artura Międzyrzeckiego, oraz drugim, mojego pióra. Był to – byłby to! – początek nowej serii. Tym sposobem wydało się więc, że nie mogę być w tym, co teraz piszę, obiektywny. I dobra, nie jestem.

A wy, drodzy czytelnicy, chcecie w tej sprawie być obiektywni? Myślicie, że lepiej na tym wyjdziecie?


Przedruk za Tygodnikiem Powszechnym


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko