Jacek Bocheński – Wspomnienie o Gracji

0
62

Jacek Bocheński

 

 

Wspomnienie o Gracji

 

bochenskiLos byłby sprawiedliwszy, gdyby o Gracji Kerényi mógł zamiast mnie mówić pewien bardziej powołany do tego pisarz polski, który w jej życiu i studiach literackich odegrał ważniejszą rolę. Myślę o Mironie Białoszewskim, poecie, prozaiku, twórcy oryginalnego języka poetyckiego i oryginalnego, własnego teatru. A na pewno znalazłoby się oprócz niego jeszcze kilku innych kandydatów do zabrania tu głosu, szczególnie godnych. Przychodzi mi na myśl co najmniej dwóch. Niestety, przemówić do nas nie mogą, bo już nie żyją. Nie żyje zaprzyjaźniony kiedyś blisko z Gracją Wiktor Woroszylski, który w swoim czasie bardzo ciepło o niej pisał. Nie żyje Artur Międzyrzecki, z którym Gracja przez lata regularnie współpracowała, służąc mu między innymi inspiracją i pomocą w tłumaczeniu poetów węgierskich na język polski. Ale przede wszystkim nie żyje ten wymieniony na początku, zupełnie wyjątkowy dla Gracji autor polski, do pewnego stopnia jej mistrz, przyjaciel i temat pracy doktorskiej: Miron Białoszewski.

 

O Mironie Białoszewskim napisała po polsku książkę. Ściślej biorąc, była to monografia o stworzonym przez Białoszewskiego i czynnym przez dłuższy czas, tylko u niego w domu, niezwykłym teatrze, dla którego zrazu sam pisał sztuki, i w którym występował osobiście jako aktor przed wtajemniczoną publicznością. Teatr istniał w latach 1955-1963. O tym ciekawym zjawisku w kulturze polskiej Gracja napisała książkę pod koniec lat 60.

 

Pamiętam, że długo nie mogła się zdecydować, jak ją zatytułować, bo chciała już samym tytułem odzwierciedlić niezwykłość artystyczną teatru. W końcu wybrała określenie trochę dziwne i zarazem proste, jak wszystko, co tworzył Białoszewski: “Odtańcowywanie poezji”. Można wyczuć w tym wyrażeniu, dalekim od konwencjonalnej polszczyzny, styl językowy Białoszewskiego. Sądzę, że wymyślili tytuł wspólnie, bo pracowali nad książką razem, a zapis komentarzy i najrozmaitszych wypowiedzi poety zajmuje w tekście Gracji pokaźne miejsce obok jej własnych, wnikliwych analiz.

 

Dzięki tej pracy doszło do dwóch rzeczy. Po pierwsze, Gracja uzyskała w roku 1973 doktorat z filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Po drugie, ja mogłem się upewnić w sprawie bardzo ważnej dla mnie osobiście. Jakiej, za chwilę powiem. Ale najpierw jeszcze kilka słów o doktoracie i książce.

 

Mam w domu fotografie z uroczystości nadania Gracji tego doktoratu. Gracja występuje tam, jak każe akademicki rytuał, w birecie i czarnej todze. Miron Białoszewski jest wśród gości. Ja z żoną też byłem zaproszony na uroczystość, a fotografie dostaliśmy potem od Gracji. Przede wszystkim jednak dostaliśmy książkę z dedykacją: “Dla Lidii i Jacka na pamiątkę moich lat «odtańcowywanych» w Warszawie – maj 1973 – Gracja”. Znamienne jest powtórzenie słowa “odtańcowywać” w dedykacji. Gracja wpisała też własnoręcznie do książki pewne uzupełnienia. Jedno takie wpisane zdanie, najwyraźniej usunięte przedtem z druku przez cenzurę, zacytuję.

 

W tekście wydrukowanym mówi się o przedstawieniach teatru Białoszewskiego z października 1956 i stycznia 1957. Jest informacja, że za wejście do teatru widzowie nigdy nie płacili. Otóż “ostatnie dwa przedstawienia – dodaje Gracja w swoim odręcznym wpisie – nazywali «węgierskimi», bo wtedy na rzecz poszkodowanych przez wypadki październikowe Węgrów publiczność kupowała bilety wstępu po 25 złotych”. Chodziło o zamanifestowanie solidarności z powstaniem węgierskim i pomoc materialną dla ofiar interwencji.

 

Gdy Gracja dedykowała mi książkę o Białoszewskim, przyjaźniliśmy się już mniej więcej od dziesięciu lat. A początek naszej przyjaźni był taki: Pewnego dnia w Warszawie – był to prawdopodobnie rok 1963 – dostałem list z Budapesztu od nieznajomej osoby. Znane było mi wprawdzie nazwisko, ale nie tej osoby, tylko wybitnego uczonego węgierskiego, filologa klasycznego, badacza kultury starożytnej, Karola Kerényi’ego, miedzy innymi korespondenta i doradcy Tomasza Manna w dziedzinie religioznawstwa i mitologii. Okazało się, że pisze do mnie po polsku jego córka, bo przetłumaczyła właśnie na język węgierski moją książkę o Juliuszu Cezarze, a wybiera się wkrótce do Warszawy i, jeśli to możliwe, chciałaby ze mną o kilku sprawach porozmawiać.    

 

Podczas spotkania, do którego niebawem doszło u nas w domu, moja żona i ja poznaliśmy uroczą panią o wielkich, niebieskich oczach i usłyszeliśmy w zarysie historię jej życia. Aresztowana przez Gestapo jako siedemnastoletnia dziewczyna podczas drugiej wojny światowej, zetknęła się w obozie koncentracyjnym z polskimi więźniarkami. Taki był jej pierwszy kontakt z językiem polskim. Potem opanowała go do tego stopnia, że nie tylko nauczyła się sama mówić i pisać po polsku, ale została bodaj najznakomitszą w tamtych czasach tłumaczką polskiej literatury pięknej na język węgierski. Że jednak jest tak świetna w pisarskiej pracy przekładowej, nie mogliśmy wtedy jeszcze wiedzieć, bo nie mieliśmy skąd. Mnie ucieszyło na razie coś innego: Gracja, córka Kerényi’ego, też była z wykształcenia filologiem klasycznym. Trafiła mi się więc tłumaczka rozumiejąca świat starożytny, który opisywałem. A dobre rozumienie świata opisywanego przez autora to wielki walor, nie zdarzający się u każdego tłumacza.

 

W chwili, gdy Gracja odwiedzała nas po raz pierwszy w Warszawie, miała już właściwie gotowy przekład mojego “Boskiego Juliusza” i tylko kilka niejasności językowych do uzgodnienia oraz jedną pretensję do autora – powiedziałbym – metafizyczną. Była osobą wierzącą, a ja, jej zdaniem, nie dość głęboko potraktowałem w zakończeniu książki problem nieśmiertelności duszy. Podyskutowaliśmy o tym przez chwilę i jakoś przypadliśmy sobie do gustu na resztę życia. 

 

Ja po pewnym czasie napisałem drugi tom przyszłej trylogii rzymskiej. Zorientowana w moich pracach literackich Gracja czekała na tę powieść o Owidiuszu (pod polskim tytułem Nazo poeta) i wkrótce przełożyła dla wydawnictwa Europa także tę książkę, niewątpliwie trudną w tłumaczeniu ze względu na rytm i miejscami poetycki styl. Niestety, wciąż nie mogłem ocenić wartości artystycznej przekładów Gracji, bo nie rozumiałem z nich, oczywiście, ani słowa. Ale dobrze już wiedziałem, że Gracja jest nie tylko filologiem klasycznym i tłumaczką z polskiego, lecz także poetką węgierską. Poznałem jej upodobania i wrażliwość estetyczną. Często bywała teraz w Polsce, przemieszkiwała długo w Warszawie, a więc odwiedzaliśmy się w naszych domach, rozmawiali godzinami o literaturze, a także o polityce, ludziach i – rzecz szczególna – o astrologii. To był stały temat Gracji.

 

Tymczasem zacząłem spotykać nie tylko w Polsce Węgrów, którzy czytali moje książki w swoim języku i byli pod ich wrażeniem, a skoro tak, musiały być dobrze napisane po węgiersku. O takim wrażeniu opowiadał mi na przykład znakomity pisarz Miklós Mészöly, z którym  poznaliśmy się przygodnie w Niemczech. Po chwili rozmowy rozjaśniła się jego pochmurna na ogół twarz, gdy skojarzył mnie ze znanymi mu rzymskimi powieściami w przekładach Gracji. Moja twarz też się zresztą rozjaśniła na wspomnienie jego czytanego nieco wcześniej Saula z Tarsu.    

 

Ostatecznie upewniłem się co do talentu translatorskiego Gracji, czyli co do tej szczególnie ważnej dla mnie osobiście sprawy, o której obiecałem jeszcze coś powiedzieć, dzięki książce Gracji o Białoszewskim. Zrozumiałem dzięki temu “odtańcowywaniu” nie tyle przez Białoszewskiego, ile przez Grację, jego “poezji”, dlaczego u Gracji możliwy jest ponadprzeciętny poziom sztuki przekładowej. Ktoś, kto miał tak subtelne ucho na język, kto potrafił język tak analizować i miał dla oryginału językowego taki szacunek, jaki okazywała Gracja Białoszewskiemu, mógł być nadzwyczajnym tłumaczem.

 

Ale uderzało mnie w tym wszystkim coś dziwnego. Język polski, którym Gracja z nami mówiła, był spontaniczny, bogaty pod względem słownikowym, absolutnie naturalny, szybki i swobodny, a zarazem zdumiewająco niestaranny, jakby Gracja, filolog klasyczny i doktor filologii polskiej, nie chciała nic wiedzieć o istnieniu gramatyki. Dam drastyczny przykład. Córka Karola Kerényi’ego wiedziała przecież na pewno, że Wenus jest rodzaju żeńskiego. Jednak przedstawiając nam swoje horoskopy astrologiczne mówiła uporczywie “ten Wenus”, jakby mówiła po polsku “ten Prus”, “ten obrus” albo “ten garbus”. Gracja czuła, że polszczyzna chce rodzaju męskiego dla rzeczowników kończących się na us. Co z tego, że chodzi o boginię czy planetę i że my mówimy inaczej! Ona będzie mówić “ten Wenus”, bo tak czuje po polsku, tak też “odtańcowuje” po polsku swoja astrologię, i już.

 

Takie nastawienie do języka powodować mogło humorystyczne skutki w życiu towarzyskim cudzoziemki, a z drugiej strony wspaniałe efekty w dokonywanych przez nią przekładach literackich na jej ojczysty język, z którym była od dzieciństwa dostatecznie głęboko zżyta, by na gruncie swojego języka nie posuwać się za daleko w odstępstwach od normy, lecz zarazem nie popadać w oschły szablon. Nie mam na to żadnych dowodów, jednak przypuszczam, że coś takiego mogło decydować o znakomitości artystycznej jej tłumaczeń i na przykład umożliwić moim książkom dobre przyjęcie na Węgrzech.

 

Niestety Gracja nie przełoży już na węgierski Tyberiusza Cezara, trzeciego tomu, zamykającego całą moją trylogię  rzymską, bo się z tym zakończeniem spóźniłem. Trzeci tom wyszedł w Polsce rok temu i nie wiem, czy w ogóle ktoś go kiedyś wyda po węgiersku. A w Gracji byłbym miał wyjątkową tłumaczkę z jeszcze jednego, szczególnego powodu. Jest w Tyberiuszu Cezarze rozległy wątek astrologiczny: główny bohater interesuje się astrologią, uprawia, można powiedzieć, politykę astrologiczną, przez długie lata współpracuje z astrologiem i jednocześnie filozofem, Trazyllusem. Ach, jak byłaby mi się Gracja przydała już w tym czasie, gdy książkę pisałem! Korzystałem, co prawda, w Polsce z doradztwa pewnej uczonej w tej dziedzinie pani profesor, ale nie znającej się na starożytności, gdy tymczasem Gracja łączyła wiedzę o astrologii z wiedzą o antyku. I nie wątpię, że byłaby moją zapaloną konsultantką.

 

Jej przedwczesna śmierć sprawiła, że do tak specjalistycznej współpracy nie doszło, a z kolei mój wkład w studia astrologiczne Gracji ograniczył się do spełnienia jednej prośby, z jaką się do mnie kiedyś zwróciła, mianowicie żebym będąc w Wiedniu kupił przy okazji jakieś potrzebne jej pisma z tego zakresu i przywiózł. Oczywiście to zrobiłem. Różne usługi świadczyli sobie w tamtych czasach ludzie z tzw. krajów socjalistycznych, jeśli komuś udało się dostać paszport i wyjechać za granicę.

 

Astrologię Gracji można uważać jedynie za rozrywkowe hobby, ale w rzeczywistości sprawa była bardziej złożona, prawdopodobnie głębsza. W pewnej rozmowie powiedziała mi, że zainteresowanie układem gwiazd na niebie zaczęło się u niej podczas pobytu w obozie, gdy uwięziona z tłumem wycieńczonych kobiet szukała nadziei patrząc w niebo i wszelkimi sposobami usiłowała się dowiedzieć, co ją czeka. Miało to, moim zdaniem, związek z religijnością Gracji, potrzebą czegoś transcendentnego, doznaną najdobitniej też, być może, w Auschwitz, i nieśmiertelnością duszy, o którą Gracja przyjechała do Warszawy pospierać się ze mną na początek naszej wieloletniej przyjaźni.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko