Z lotu Marka Jastrzębia – Jak pisać, a jak nie

0
242

Z lotu Marka Jastrzębia
 


Jak pisać, a jak nie

 

jastrzab-marekW naturalnym środowisku są przeciągi, jest zapach krwi, potu, życia, boli głowa, ćmi ząb i można oberwać w ucho. W środowisku wszechwładnej nierealności, zieje ciszą, pozorną bezkarnością, martwotą, usypiającym bezpieczeństwem. Czasem tylko, gdy wyłączą prąd i siądzie bateryjka, cywilizowanego człeka ogarnia jakowaś bezdenna rozpaczliwość, ckni mu się nie wiedzieć za czym, łapią go egzystencjalne kolki, dostrzega niebo, drzewa, bocianie gniazdo, a przed domem  pałętającą się rodzinkę, lecz że stan ów przemija jak najdłuższa żmija i że nic nie trwa wiecznie i prąd znowu zaczyna stepować po drutach, przedłużenie komputera nazywane człowiekiem zabiera się za łomotanie, bębnienie, puszczanie paluszków w cwał; przedstawiciel anonimowego pokolenia przymusowych indywidualistów, zgarbiony nad klawiaturą kadłub o wytrzeszczonych oczach, schowany za ekranową przegrodą laptopa czy smartfona, mozolnie  klekocze od nowa. I znowu jest mu bezpiecznie.


Zaczyna traktować się na serio; biuralista, gospodyni domowa, naukowiec po podstawówce, katecheta ze świeckiej parafii, zakłada bloga, Facebooka lub Stowarzyszenie Trzaśniętych Poetów i dawaj hasać, buszować, korzystać z cybernetycznych udogodnień, dawaj ujeżdżać po internetowych kosmosach i gdzie się da wklejać swoje miarkowania. Udolnie czy nie, zwierza się, dzieli najskrytszymi myśli, intymnymi sensacjami prywatnego żywota, szczegółami, które nawet najbliższym nie są znane, znane są za to wirtualnym przyjaciołom.


Niestety, obserwujemy inwazję apostołów obligatoryjnego zaistnienia, którym wydaje się, iż można pisać bez znajomości podstaw rządzących literaturą, zalew samozwańczych artystów, pisarczyków tworzących z doskoku, ludzi wygórowanego, lecz bezpodstawnego mniemania o sobie.


Nie bez powodu pragną wyskoczyć z anonimowości, bo od czasu upowszechnienia się Internetu mogli przekonać się, że pisze każdy, kto chce. Tym bardziej, że nie ma cenzury i prawnych ograniczeń, jest za to wolność (jakiejkolwiek) wypowiedzi, dematerializacja kryteriów i samokrytyki.


Nastąpił okres wzmożonej walki z drugorzędnością, dopadło nas powszechne przekonanie, że trzeba być na widoku, w centrum zainteresowania; daliśmy się złapać w sidła rozpędzonych czasów, wmanewrować w obowiązek błyszczenia, wyróżniania się spośród reszty. Robienia za indywidualistę, oryginała, inteligenta.


Moim zdaniem owa maniera jest krzynę zabawna: skoro każdy chce wyróżniać się tym samym, co milion pozostałych, to wszyscy, jak wynika ze słupków i tabel, są wybitnie identyczni, jak stado jednakowych – niepowtarzalnych. Tak więc ujednolicony indywidualizm jest określeniem bardzo tu pasującym.


O ile od literatury normalnej oczekujemy duchowego wzbogacenia, to od obecnej, opartej na „etyce ekonomicznej”, można spodziewać się zrogowacenia doznań; twórczość wymaga od autora i odbiorcy – wysiłku i w odróżnieniu od potocznych wyobrażeń, nie jest bezmyślną balangą.


Reminiscencje


W literackich wędrówkach po Historii, w trakcie spoglądania w przeszłość, natykam się na różnorodne dzieła. Niektóre – melodramatyczne i przesadnie ckliwe, napompowane patosem i ociekające powierzchownym religianctwem, hurrapatriotyczne i zbytnio rozmodlone, lektury obowiązkowe, narzucone, i dlatego nudne, piłowate, zaprezentowane w sposób zniechęcający, „rekomendowane” przez gombrowiczowskich belfrów z nieprawdziwego zdarzenia.


I te ważne, czytane bez nakazów, samodzielnie, nocami, kosztem snu, które dotąd wywierają wpływ na moje wrażenia, które mi stale towarzyszą nie pozwalając zasklepić się w inercji. Przeciwnie: rozwijają i pobudzają zaciekawienie światem.


Choć jesteśmy zajęci pościgiem za teraźniejszością, to gdy zdarzy się nam powrót do lektur z czasu dzieciństwa, okazuje się nagle, że te zapomniane książki, wyrzucone w nicość i zastąpione nowymi – ciągle w nas tkwią. Są obecne tak bardzo, że często nie zdajmy sobie sprawy, jak. Gdyż nie możemy zrezygnować ze wspomnień. Nie potrafimy porzucić myśli, że pomiędzy naszą młodością a obecnym życiem istnieje tajemna, podskórna więź. Toteż daremnie stawiamy opór faktom: to, kim jesteśmy obecnie, wynika z naszych przeszłych doświadczeń. I nic nie poradzimy: bywamy więc przez te doświadczenia – ukształtowani na zawsze: uformowani przez czytanie. 


Uprzedzenia


Paradoks naszych czasów polega na tym, że mając więcej wiadomości na temat świata i ludzi, jesteśmy tymi informacjami przytłoczeni. Zagubieni w ich gąszczu i bezradni wobec ich nieprzerwanego bombardowania. Lecz zjawiska powyższego nie nazwałbym głupotą. Raczej – dezorientacją wynikającą z nadmiaru, jakąś nieudolną OBRONĄ przed zbędnymi wieściami, których nie potrafimy oddzielić od istotnych.

 

Przytłacza nas ogromna ilość informacji. Wiadomości nieprzesianych przez sito potrzeb.  Jesteśmy bezradni z tego powodu, bo nie potrafimy odfiltrować ważnych od arcybanalnych. Nie mamy wypracowanej hierarchii wartości. Przez co mieszają się nam fakty z przypuszczeniami i rzeczywistość z fikcją. A że fikcja jest atrakcyjniejsza od faktów, pochłaniamy ją chętniej i szybciej, aniżeli chropawą rzeczywistość. Pogłoski, przesądy, irracjonalne postrzeganie świata, oto rezultat tej informacyjnej lawiny. Mamy chwiejne kryteria ocen. Ocen dowolnych, niejednoznacznych, przejściowo solidnych. I one zaczynają wywierać presję na nasze sądy.

 

Zwłaszcza na uczucia, które są związane z gigantyczną ilością atakujących nas informacji. Informacji, z którymi sobie nie radzimy. A nie radząc sobie, odrzucamy. Stąd ich zdawkowość, pobieżność. Stąd zbyt łatwe, uproszczone i radykalne wydawanie ocen, owo swoiste „ferowanie” napastliwie płytkich wyroków pod adresem nieznanych osób. Pamiętajmy, że podejmujemy decyzje na wątpliwej podstawie informacji nierzetelnych, wyrokujemy o lubieniu, bądź nielubieniu kogoś; na podstawie posiadanych wiadomości (jakie informacje, takie decyzje). W ten sposób rozszerzamy i zasilamy repertuar naszych uprzedzeń.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko