Janusz Taranienko – Kłopoty z poezją (5)

0
105

Janusz Taranienko

Subiekcje

 

Kłopoty z poezją (5)




O miłościwie nam panujących nadużyciach interpretacyjnych

 

janusz-taranienko1

Trzy akapity wstępu

Po dłuższym milczeniu, spieszę kontynuować napoczęty problem: tematykę nadawcy dzieła poetyckiego. Dokonać kolejnych przybliżeń. Na szczęście, w czasie, który minął od publikacji poprzedniego eseju, poczyniłem pewne kwerendy – i odbyłem szereg rozmów z licealistami z różnych szkół – by zweryfikować swoje, dotychczas niesprawdzone intuicje co do praktycznego stosowania terminu „podmiot liryczny” w szkolnej, a więc dla większości czytelników ostatniej już literaturoznawczo -polonistycznej edukacji. Za chwilę o tym szerzej.

Nie mam złudzeń: obecny tekst nie zmieni zarówno szkolnej praktyki interpretacyjnej (omawiania i odczytywania dzieł na lekcjach) – ani też, najpewniej, nie zostanie zauważony, a zatem i poddany refleksji, przez te osoby, które literaturą zajmują się profesjonalnie, tj. przez historyków literatury czy krytyków. Po co więc ten esej piszę? Właściwie – jest jeden zasadniczy powód, niezmiernie subiektywny (jak na cykl Subiekcji przystało): irytuje mnie bezrefleksyjność! Pojęta i jako brak zrozumienia, i też jako niechęć przed podjęciem trudu rozumienia; w obu grupach „użytkowników” terminu podmiot liryczny: nauczycieli i uczniów z jednej, a  literaturoznawców i krytyków z drugiej strony.

Z konieczności kontynuacji, będę musiał przywoływać te zagadnienia, o których pisałem już w poprzednim odcinku Kłopotów (https://pisarze.pl/eseje/8798-janusz-taranienko-klopoty-z-poezja-4.html). Wrócę również do rozprawki profesora Janusza Sławińskiego pt. O kategorii podmiotu lirycznego (w tegoż Dzieło. Język. Tradycja, Warszawa 1974; pierwodruk artykułu w 1966). Warto dodać, że pisał ją młody badacz, naukowiec doktoryzowany w 30. roku życia (1964) za doskonałą Koncepcję języka poetyckiego Awangardy Krakowskiej (wyd. 1965) – do której to pracy również, być może, w dzisiejszych Kłopotach… nawiążę.

„Podmiot liryczny cierpi” – czyli o szkolnych praktykach czytania

Zaraz na wstępie swojej rozprawki, dokładnie w drugim akapicie, pisze Sławiński tak: Wydaje się, że nie należy w żadnym wypadku mieszać terminów, przy pomocy których określa się status ontologiczny „ja” literackiego i terminów, które mają charakter interpretacyjny, to znaczy ustalają jakieś relacje pomiędzy owym statusem i proponowanym przez badacza porządkiem wyjaśniającym. Nie mamy nic przeciwko interpretacjom podmiotu lirycznego – socjologicznym, epistemologicznym czy jakimkolwiek innym – sądzimy wszakże, że mogą one być zasadne o tyle tylko, o ile dotyczą zjawiska, które zostało już uprzednio zidentyfikowane i wyodrębnione w swojej macierzystej, jeśli tak rzec można, materii. Ujmując rzecz wprost: w semantycznej materii utworu. [podkr. autora – J. S.].

Pora na próbę odczytania myśli Sławińskiego. Pierwsze cytowane zdanie mówi o konieczności odróżnienia statusu bytowego podmiotu literackiego od jego interpretacji – czyli od prób wyjaśniania go poprzez umieszczenie w szerszym odeń kontekście, w którym się jawi i dzięki któremu się tłumaczy. Pamiętajmy, że pomiędzy podmiotem wewnętrznym (szczególnie w liryce) a tekstem zachodzi zawsze relacja dwuzwrotna: to słowa podmiotu powołują do bytu świat (przedstawiony) wiersza – a jednocześnie, z drugiej strony, tyle wiemy o podmiocie, ile on sam o sobie powiedział poprzez swoją wypowiedź, konstruującą taki, a nie inny, świat przedstawiony. Tyle tytułem drugiego członu pierwszego zdania Sławińskiego, tj. na temat interpretacji, porządku wyjaśniającego wiersz – jak określa to badacz.

I pierwszy człon cytowanego zdania: status ontologiczny „ja” literackiego. Sławiński stawia tu problem filozoficzny, z dziedziny teorii bytu: o to, jak owo „ja” literackie istnieje. W dalszej części szkicu autor napisze o trzech poziomach instancji nadawczych w literaturze, po to, by skupić się na ostatnim bycie, istniejącym wyłącznie w tekście, tj. na podmiocie literackim, oraz po to, by ten wewnątrztekstowy podmiot literacki (tu: liryczny) scharakteryzować poprzez odniesienie go do innych immanentnych podmiotów: w epice i w dramacie. Aby nie powtarzać tego, co napisałem w poprzedniej Subiekcji, znów wypada mi do niej odesłać. Na użytek bieżącego tekstu przypomnę tylko pokrótce wyróżnione przez badacza trzy „sposoby istnienia” kategorii nadawcy dzieła literackiego: 1. pisarz, realna osoba – obdarzona bytem „substancjalnym” (określenie Sławińskiego) – dookreśliłbym: „realnym”, „materialnym”; 2. podmiot czynności twórczych, tj. autor podczas procesu tworzenia – istniejący „funkcjonalnie” (jak pisze Sławiński); 3. podmiot literacki, tj. „osoba” mówiąca w utworze – o bycie „fikcjonalnym”. Dodałbym: jest to – ontologicznie – byt szczątkowy, niepełny, potencjalny: istniejący o tyle, o ile powoła go do życia aktywność czytelnicza. Niemający niczego wspólnego z „żywym” – czy „prawdziwym” autorem. Dokładniej: mający tyle oto wspólnego, że autor wbudował weń coś na kształt potencji, możliwości zaistnienia, w jakimś sensie porównywalnej do Arystotelesowskiej entelechii – ale, w przeciwieństwie do myśli Stagiryty – byt ten jest niepewny swego finalnego rozwoju, niezdefiniowany – chociaż jak entelechia jest akcyjny, „właśnie stający się (konstytuujący samego siebie)” w procesie lektury. Dodam jeszcze, dygresyjnie, że to „stawanie się” możliwe jest dopiero pro captu lectoris. (Aspekt pro captu lectoris w tej Subiekcji pominę: rozważania o odbiorze dzieła literackiego rezerwuję na kolejny esej!). Tyle na temat statusu ontycznego.

Tym niemniej, na tym nie koniec rozumienia przytoczonego na początku pierwszego zdania Janusza Sławińskiego; pisze on przecież (…) że nie należy w żadnym wypadku mieszać terminów (…) określających byt wewnętrznego podmiotu z terminami, które go wyjaśniają, tj. – najogólniej – interpretują jego zachowania, działania i przeżycia. Bowiem, czym innym jest pytanie „czy i jak ktoś lub coś istnieje?” – a czym innym jest pytanie „dlaczego (z jakiej przyczyny, powodu?) oraz dlaczego (w jakim celu?) tak a tak ów ktoś się zachowuje (postępuje, reaguje emocjonalnie)?”. Pytanie pierwsze, jak już była mowa, dotyczy teorii bytu, ontologii. Drugie pytanie nie ma nic wspólnego z filozofią. W przypadku realnych ludzi – zapewne leży ono w zakresie zainteresowań psychologii (lub szerzej: psychologii społecznej). W przypadku „fikcjonalnych bytów” – jakimi są literackie podmioty wewnątrztekstowe – problem zamyka się w kręgu dociekań wyłącznie literaturoznawczych. I tu Profesor Sławiński pisze wyraźnie: nie mieszajmy porządków! Nie zastępujmy ontologii – (psychologizującą) interpretacją, która to interpretacja miałaby wyjaśnić status ontyczny podmiotu. Nie interpretujmy, że „ktoś coś (w wierszu) zrobił”, tj. wykonał jakąś czynność mentalną lub emocjonalną, nakierowaną na osiągnięcie jakiegoś celu – lub wynikającą z jakieś przyczyny – skoro ten „ktoś” w ogóle nie istnieje jako byt fizykalny (materialny, substancjalny). Nie może być zatem rozumiany jak realna osoba, której działania dają się wyjaśniać poprzez opis mechanizmów psychologicznych. Podmiot literacki (liryczny) jest, że użyję tu określenia metaforycznego, uzurpatorem! Uzurpuje on sobie prawo do rzeczywistego (materialnego) istnienia o takim statusie, jak człowiek. Tymczasem jego immanentny byt jest fikcjonalny: polega na istnieniu wyłącznie w słowie i poprzez słowo – swoją wypowiedź. Podmiot mówiący w literaturze (węziej: w wierszu), „ja” liryczne, wciąż z ontologicznego punktu widzenia, istnieje zapewne w sposób zbliżony do istnienia pojęć, abstraktów. Ale jedynie w zbliżony, gdyż abstrakty mają swoją gotową semantykę – cóż, że wieloznaczną, ale tym niemniej skończoną (znaczenia słów, nazywających pojęcia, można wyczytać w słownikach i encyklopediach). Zaś podmiot liryczny jest akcyjny, jest potencją i rozwojową zagadką: jego „rozwinięcie się”, „spełnienie się w bycie” jest nieprzewidywalne. Ale, podobnie do abstraktów jest również myślowym konstruktem, kategorią uogólniającą, nieobdarzoną materialnością bytu. Więc jest nadużyciem, by owemu wewnętrznemu, „papierowemu” „ja”, przypisywać działania (czy reakcje) właściwe bytom realnym, tj. realnie i materialnie istniejącym postaciom, a najczęściej autorom (tu bez znaczenia: żyjącym w przeszłości czy w teraźniejszości).

Drugie cytowane zdanie przywoływanego fragmentu szkicu Sławińskiego precyzuje tę myśl. Oto (…) interpretacje podmiotu lirycznego (…) socjologiczne, epistemologiczne (…) mogą być zasadne o tyle tylko, o ile dotyczą zjawiska, które zostało już uprzednio zidentyfikowane i wyodrębnione (…) – że raz jeszcze przytoczę wybrane passusy. Cóż ta myśl oznacza? Ano tyle, że wyjaśnienia jakichkolwiek działań podmiotu lirycznego (emocjonalnych, racjonalnych czy czynnościowych) muszą być wcześniej nazwane poprzez interpretację wzajemnych relacji pomiędzy wypowiedzią podmiotu lirycznego a powoływanym przezeń do bytu światem wiersza! Uprzednio winny być zidentyfikowane i wyodrębnione – pisze Sławiński. Dopiero wówczas, na bazie wcześniej dokonanego określenia miejsca i roli podmiotu w semantyce wiersza, jesteśmy uprawnieni do przydawania „ja” lirycznemu cech „ludzkich”, do „upostaciowania” go, do stosowania wobec niego wyjaśniających określeń emocjonalnych typu „podmiot liryczny kocha / nienawidzi / cierpi” i podobnych, czy też określeń epistemologicznych – w rodzaju „podmiot liryczny wie / rozumie / pamięta” i innych, oznaczających jakiekolwiek procesy poznawcze. Dopiero wtedy, gdy zinterpretujemy wzajemne relacje pomiędzy przybywaniem świata w wierszu – i „akcyjnością”, „stawaniem się” lirycznego „ja”. Interpretacja semantycznej materii utworu – powtórzmy – jest procedurą poprzedzającą, uprzednią wobec epistemologicznych i emocjonalnych określeń podmiotu, wobec jego personifikacji. To Sławiński mówi wyraźnie i  jednoznacznie.

Pozwolę sobie zaprezentować jeszcze bardziej restrykcyjnie stanowisko: według mnie w ogóle nie jesteśmy uprawnieni do stosowania w interpretacji podmiotu lirycznego wyrażeń oznaczających emocje, procesy poznawcze, czy jakiekolwiek działania; nawet po wcześniejszym umiejscowieniu konstytuującego się „ja” w wewnętrznym świecie stającego się utworu. Uważam, że jedyną czynnością, jaką bez wątpienia możemy przypisać wewnątrztekstowemu podmiotowi, jest mówienie, komunikowanie, informowanie. I dalej, w konsekwencji: podmiot liryczny nie kocha – ale komunikuje, że kocha; nie cierpi, nie tęskni, nie poznaje, nie wie, nie przypomina sobie czy wspomina – ale mówi, że przeżywa, że wie, że wykonuje jakąś czynność. Bowiem jest on tylko „szczątkiem”, „wyrywkiem”, jedynie uzurpatorem do bycia realną postacią. Czym innym jest zagadnienie, że być może uzurpacja ta wynika nie tyle z jego bytowego statusu, ile również z czytelniczych odczytań? Pro captu lectoris? Zapewne jest tak, że immanentnie jest ona przynależna podmiotowi – więc w tym sensie jest obiektywna, przedmiotowa (tu podzieliłbym zdanie Ingardena), a w lekturze czytelniczej w rozmaity sposób aktualizuje się potencjalność „ja” (czytelnik konkretyzuje: wypełnia obiektywnie istniejące „miejsca niedookreślenia”, by pozostać w kręgu myśli najwybitniejszego polskiego fenomenologa). Gdyby jednak kontynuować tę myśl i stawiać kolejne pytania filozoficzne: i ontologiczne, i epistemologiczne, to wówczas na pewno ugrzęzłoby się po uszy w zawiłościach różnych teorii bytu i poznania…

Nie w tym jednak, na użytek tego eseju, rzecz, by nad miarę filozofować czy teoretyzować; tutaj, dla mnie, ważna jest postawa refleksji. Chęć i wysiłek, by taką refleksję podjąć. Tymczasem jak jest w polonistycznej edukacji, w liceach? Sprawdziłem, pytałem, rozmawiałem. Z tak niewielką ilością uczniów, na tak niskim poziomie „istotności statystycznej” – że moje słowa nic nie są warte jako dowód. Nie prowadzę przecież badań socjologicznych i to mnie tu nie interesuje. Ale potwierdziłem swoją intuicję, choć trochę, częściowo; dla samego siebie. Otóż: jak jest w szkolnej praktyce? Wiadomo dziś wszem i wobec, w tym oczywiście również wśród nauczycieli-polonistów: przy analizie wierszy nie używamy słowa „autor” i jego synonimów (np. „poeta”, „twórca”), zamiast tego stosujemy określenie „podmiot liryczny”. Podczas interpretacji więc jedno określenie konsekwentnie zastępuje się drugim. Słowo „zamiast” traktowane jest nad wyraz „do-słownie”. I wszyscy są zadowoleni – bo nowocześnie i zgodnie z metodologią. Przecież obecni nauczyciele polskiego byli wcześniej studentami polonistyki i większość z nich na pewno podczas zajęć z poetyki musiała czytać przywoływaną tu rozprawkę Sławińskiego, jak też i znane powszechnie „Trojaczki”, czyli Zarys teorii literatury, napisany przez Profesora, jego żonę – Aleksandrę Okopień-Sławińską oraz Michała Głowińskiego. I wiedzą, że nie należy popełniać grzechy psychologizmu czy biografizmu oraz stosować termin „podmiot liryczny”. Jak się więc tego używa w praktyce interpretacyjnej, jak się mówi na lekcjach? Ano tak, na przykład, że w Stepach Akermańskich to nie Mickiewicz tęskni za Litwą, ale podmiot liryczny tęskni, nie Kochanowski rozpacza w Trenach po śmierci Urszulki – ale podmiot liryczny rozpacza. I uczniowie taką terminologię równie bezrefleksyjnie stosują w swoich pracach, zupełnie nie widząc w tym niczego złego. No bo skąd i jak?! Zajrzyjmy również do portali internetowych publikujących omówienia szkolnych lektur, np. na witrynę http://sciaga.pl; poczytajmy, jak używane (a przez to i rozumiane) jest pojęcie podmiotu – a jak autora. Ważne, że – dzięki zastosowaniu nieuprawnionego synonimu, bezrefleksyjnemu zastąpieniu słowa „autor” określeniem „podmiot liryczny”, nieprzemyślanej „podmiance” – jesteśmy oto polititically correct! A w zasadzie: methodologically correct! I wszystko gra!

 

„Nam wolno, bowiem wiemy, że nie należy” – czyli o profesjonalistach

Na koniec dosłownie kilka zdań na temat lekturowych czytań zawodowych literaturoznawców, przejawianych publicznie w głoszonych przez nich referatach, wykładach, pogadankach, skierowanych do – niekoniecznie i nie tylko akademickich – słuchaczy. Coraz częściej słyszę wypowiedzi, omówienia twórczości tego czy innego autora, poprzedzone wyznaniami metodologicznymi, których zupełnie nie jestem w stanie pojąć i zaakceptować. Profesjonaliści, mając świadomość, że odczytywanie utworu poprzez konteksty zewnątrztekstowe, heterogeniczne – szczególnie biografistyczny i psychologistyczny, ale i historyczny, i socjologiczny – nieuchronnie grożą i brakiem dowodliwości (np. doszukiwania się w biografii autora przyczyn sprawczych tekstu, czy domniemywania stanów psychicznych autora, które miałyby mieć wpływ na tekst), i skutkują nadinterpretacjami – to, mimo swojej wiedzy o tych zagrożeniach, z upodobaniem godnym lepszej sprawy uruchamiają oni takie właśnie perspektywy badawcze. Tak więc, zdarzało mi się słyszeć: „Wiemy o tym, że nie należy ufać biografizmowi. Więc, skoro o tym wiemy – to sama ta wiedza (świadomość) upoważnia nas do tego, by taką właśnie biografistyczną interpretację przeprowadzić”.  Innymi słowy: jeśli my wiemy, że nie wolno – to nam wolno! Dlatego, że wiemy! Oto prawdziwa moc wiedzy! Sprawcza! I znowu jest methodologically correct…


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko