Andrzej Walter – Nasza klasa

0
55

Andrzej Walter

 

 

Nasza klasa


Zdzisław BeksińskiCo się wydarzyło w majowej Polsce tego roku? Skąd się wzięło tyle niechęci, agresji i wzajemnych upokorzeń? Wydawałoby się, to proste. Rok wyborczy i polityka wtargnęła w nasze życie jakoś bardziej intensywnie. Wydawałoby się że po okresie stagnacji na horyzoncie majaczy pewna zmiana. Jednak nie jest nigdy nie było. Dlaczego?

 

Odpowiedzi będą dwie. Różne jak ogień i woda. Odmienne jak dzień i noc. Rozpołowione, jak kraj, który przebudził się z letargu. Choć mam wątpliwości, czy można nazwać letargiem duszną atmosferę miejsca, z którego odlatuje się na zmywak do Irlandii. Albo też, czy można nazwać stagnacją kraj, w którym z głównych mediów sączy się nieustanna propaganda, rozprzestrzeniająca się niczym nachalna ideologia nowego wspaniałego świata, czy też jednostronna wizja sukcesu przykrywająca oczywiste porażki. Nasze elity, lub, jak kto woli, „tak zwane” elity, zobrazowała kamienna twarz Andrzeja Wajdy z małżonką podczas ogłoszenia wyników pierwszej tury wyborów. Ten obraz był na tyle wymowny, że po cóż go komentować. Roztrwonienie w pół roku 70 procent poparcia ociera się o wyborczego nobla, a mogła tego dokonać tylko jednostka nieprzeciętna. Powiedziałbym, jednostka tak bolesna, jak owe złotouste postaci ze szklanego ekranu.

 

Kolejną perełką majowych wieczorów stała się odezwa redaktora naczelnego organu krzewienia patriotyzmu pod hasłem: „nie oddajmy Polski gówniarzom” …

 

Jako wywołany gówniarz – wybaczcie nieskromność perspektywy wieku – odpowiem: ależ nie macie czego oddawać. Przecież prawie wszystko sprzedaliście. Komu popadło.

 

Gazeta Polska codziennie w wydaniu sobotnio-niedzielnym z 30-31 maja 2015 publikuje tekst Wandy Zwinogrodzkiej pod znamiennym tytułem „Co się stało z naszą klasą?”. Porusza temat bliskiego sobie reżysera teatralnego Piotra Cieplaka, który ogłosił na portalu Teatralny.pl „Przegrałem wybory prezydenckie”. Klasyczny Rejtan jest wymowny. Jak oświecił nas swego czasu Leszek Miller mężczyznę poznaje się po tym, jak kończy.

 

Nie wnikajmy zbyt mocno w te końce. Nie są tego warte. Natomiast Zwinogrodzka zamyka ów tekst bardzo mocnym sformułowaniem, czy, jak kto woli podsumowaniem. Przytoczę je tu w całości:

 

Objawiasz czytelnikom >uwielbienie dla temperamentu< swojej żony, która dowiedziawszy się o zwycięstwie Andrzeja Dudy, >trzasnęła drzwiami<. A wyobraziłeś sobie – jako reżyser jesteś przecież kreatorem wyobraźni – jak byś się czuł, gdyby to ona zginęła pod Smoleńskiem, a Ty nie wiedziałbyś, gdzie jest pochowana, albo był świadom, że fragmenty jej ciała wciąż tkwią w tamtejszym błocie, zalane betonem nowo zbudowanej drogi?

 

Co się stało z Twoim sercem, Piotrze? Zastygło w kamień? Co się stało z naszą klasą? Z nami wszystkim? Jak do tego doszło, że skłonni jesteśmy – my, niegdysiejsi przyjaciele – upodlać się i znieważać bez skrupułów?”

 

Pani Wanda Zwinogrodzka wyraża tym samym, tak sądzę, opinię w Polsce mało dziś słyszalną. Opinię ludzi pomiędzy. Opinię ludzi, dla których konflikt (nie czarujmy się – umiejętnie podsycany) nie jest ani drogą, ani prawdą, a już na pewno nie sposobem na życie. Tyle, że sama niechęć do konfliktu już dziś nie wystarczy. Nie jest już możliwa. Utraciliśmy tę pokojową możliwość wtłoczeni w kłamstwa, agresję i darcie szat. Dziś – wbrew sobie nawet – trzeba zająć stanowisko; każdy jest zmuszony postawić sobie pytanie o te minione ćwierć wieku wolnej Polski.

 

Owszem, jest wiele aspektów pozytywnych – zwłaszcza widzianych z perspektywy doraźnej „ciepłej wody w kranie”. Niestety z perspektywy już choćby trochę dalszej, współczesna Polska jest krajem skolonizowanym, pozornie wolnym (jeśli nie widzieć plątaniny interesów wielkich korporacji), mało demokratycznym (jeśli wziąć pod uwagę fatalne skutki postanowień prawnych) i w efekcie krajem łatwo manipulowanym, które można zawłaszczyć odpowiednim przekazem medialnym, które nie byłoby w stanie obronić się samo, które w obce ręce oddało większość swych strategicznych dziedzin życia …

 

Wyliczać dalej? Ponoć nie kopie się leżących. Tylko – przytaczając dawny, dobry i wytrawny, kabaret – kiedy ich kopać? Jak ich posadzą?

 

Dziś bardzo wielu nie dostrzega tego, bądź też nie chce tego widzieć. Dostroili się do kabaretu obecnego – żenującego. Nie chcą szukać, sprawdzać informacji, analizować aspekty, i rozważać cokolwiek, czy rzetelnie oceniać. Wolą pójść na łatwiznę. Kalkować rzeczywistość zgodnie z tendencją, trendem, opisem czy gotowym rozwiązaniem, do którego ktoś autorytatywnie przekona – tylko tak dalej być może, nigdy, nie inaczej. Dokąd nas to zaprowadzi? Ależ do bananowej republiki do wynajęcia. Do tego, kto da więcej.

 

Nasze nieświadome niewolnictwo jaskrawo ukazuje stan postrzegania kultury. I sam stan tejże kultury. Ludzi nie razi już dziś nawet język, jakim porozumiewają się „tak zwane” elity. Język, jakim posługują się znani dziennikarze, czy w końcu język, jakim porozumiewamy się my sami w kuluarach życia publicznego. „i kamieni kupa” jawi się tu jako norma oceny stanu państwa, i stanu na samych.

 

Nasza klasa przestała jednak już być – wbrew życzeniu redaktora naczelnego – gówniarzem. Ja wiem, niełatwo to było dostrzec… Ugruntowanym autorytetom wolno więcej, wiagra wciąż działa i w orędziu „do narodu” puszą się słowa, puste słowa, bez pokrycia, albo pokryte – patyną obsesji. Dlatego też pojawił się Kukiz 2015 i cała ta przedziwna zabawa w bunt. Tylko, przeciw czemu ten bunt? Albo, przeciwko komu? Czy jest się jeszcze, przeciw czemu, czy też, przeciwko komu buntować?

 

I nam, chyba również, Panie Pawle, pozostaną tylko słowa – bo tutaj jest, jak jest. Choć nie robić nic, to tylko potwierdzać stan obecny – obecny stan bez stanu. Stan marazmu, bytności w tunelu, z którego nie widać nawet iskierki światła. Stan zagubienia, eutanazji ducha, który ponoć miał odnowić oblicze ziemi. Tej ziemi.

 

Ćwierć wieku temu wierzyliśmy, że to odnowione oblicze spełni nasze oczekiwania i sny. Oblicze jednak stało się materią. Duch zniknął. I wszyscy zmienili pracę i wzięli kredyt. Cała reszta (zwłaszcza tych jeszcze młodszych gówniarzy) przeniosła się z kolei za granice. Granice, których rzekomo nie ma. Na pytanie, co dalej, odpowiadamy jak rasowi Polacy. Jakoś to będzie. Tak. Jakoś to będzie. Do czasu, aż koło historii potoczy się ciut szybciej i nasza armia (tak, właśnie ta w stanie liczebności z jednego stadionu) podda się w trzy dni, albo może i jeszcze krócej …

 

Kojarzy mi to z sytuacją z okresu przez rozbiorami, hen, dawno temu, kiedy konflikt narósł tak mocno, że jego strony poczęły szukać poparcia swoich tez u obcych, aby tylko zanegować słuszność opinii oponenta. Nadzieję rozbudza jednak fakt, iż kiedy sięgamy dna, potrafimy wspólnie podnieść się dla dobra ogółu.

 

   Zatem kiedy dogasną grille proponuję namysł. Nie. Nie patos. Nie zadumę, czy załamanie rąk: nad krajem, nad prezydentem, nad losem, nad polityką, gospodarką i mediami. Proponuję namysł nad sobą. Nad ilością przeczytanych książek, nad ich jakością, nad sumieniem, czy choćby jego posiadaniem, nad czasem, tak, nad czasem, którego ponoć zawsze brakuje, ale którego będzie z pewnością więcej, od kiedy wyłączymy wszystkie otaczające nas gadżety, zamkniemy te piękne galerie – tak, te handlowe i zanurzymy się w fotel własnych myśli. Tylko żeby to jeszcze były –ależ tak

– własne myśli…

 

Andrzej Walter


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko