Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
135

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami


mebluje-glowe


piano-rysuje-sufitJedenaści wywiadów, dwunastu rozmówców. Co ich łączy? Nic, kompletnie nic. Są różni pod każdym względem, wykonują różne zawody, mają inne pasje, nieproporcjonalne dokonania. W podtytule – „Rozmowy o przygodzie”. Tylko jak zdefiniować przygodę?

Kim są? Anatol Gotfryd – dentysta z Berlina, członek Kuratorium Stowarzyszenia Przyjaciół Galerii Narodowej i Towarzystwa Grafiki w Berlinie, Kasper Bajon – poeta, prozaik, Mikołaj Zalasiński – śpiewak operowy, Teresa Krasnodębska – inspicjent w Teatrze Wielkim Operze Narodowej, Anna Czerwińska i Maciej Walczak – ona historyk sztuki i konserwator dzieł sztuki, on – architekt krajobrazu, oboje zatrudnieni w Muzeum w Nieborowie, Wojciech Modest Amaro – kucharz, Agnieszka Wolny-Hamkało – poetka, pisarka, publicystka, Izabela Kłosińska – śpiewaczka operowa, Dorota Danielewicz – dziennikarka i pisarka, Iwona Malicka – działaczka społeczna, Jacek Paszkowski – rehabilitant ruchowy, nauczyciel metody Feldenkraisa. Kto z państwa zna więcej niż dwa, trzy nazwiska z tej listy? Pewnie niewielu.

Zacznę od niewypałów. Zupełnym banałem wydały mi się krótka rozmowa z młodym Bajonem /młodym, bo to syn Filipa/ i Agnieszką Wolny-Hamkało. Nic, dokładnie nic z tych rozmów nie wynika. Nieporozumieniem zdaje się też ostatnia rozmowa z Jackiem Paszkowskim. Nie dlatego, że to nieciekawy facet, że nieciekawe to, co robi. Nie wiem czyja to wina – przeprowadzającej wywiad czy pytanego – ale… po tej rozmowie, jak nie wiedziałem, tak dalej nie wiem na czym polega metoda Feldenkraisa. A chciałbym się dowiedzieć!

Są rozmowy letnie, ale w których każdy zainteresowany znajdzie coś ciekawego z Zalasińskim, Amaro, Krasnodębską, Malicką, Czerwińska i Walczakiem.

No i są trzy rozmowy, dla których po „Piano rysuje sufit” warto sięgnąć, rozmowy nawet nie ciekawe, dla mnie – fascynujące. To te z Anatolem Gotfrydem, Izabelą Kłosińską i Dorotą Danielewicz.

Gotfryd, polski Żyd /rocznik 1930/, który w ’58 wyemigrował z Polski do Berlina Zachodniego. Właściciel znakomicie prosperującego gabinetu stomatologicznego, przyjaciel wielu artystów, a  i sam autor – chyba arcyciekawego – „Nieba w kałużach”. Piszę „chyba”, bo książkę znam tylko z opisu. Opowiada Gotfryd o wojnie, ukrywaniu się, pomocy Polaków. Takich opisów znamy dziesiątki i to nie one powodują, że jest on postacią szczególną. Więc co? Fascynacja sztuką! „Istnieje zjawisko nazywane w medycynie syndromem Stendhala. Polega ono na tym, że kiedy na człowieku sztuka wywiera olbrzymie wrażenie, zaczyna mu się kręcić w głowie, serce bije mocniej, krążenie się zmienia, ciśnienie spada albo rośnie – to jest bardzo cielesna, fizjologiczna reakcja”. Dotyka go ten syndrom. Dotyka wielokrotnie. I opowiada o architekturze, o malarstwie, o tym, że gotów jest przejechać setki kilometrów aby zobaczyć jakiś detal, szczegół albo obraz, w miejsca powszechnie znane i te, o których prawie nikt nie wie /Madonna Brzemienna Pierra Della Franceski w Monterchi, Szklany dom w Paryżu/. Powiada Gotfyd: „…sztuka to w zasadzie jedyna konkurencja, w której człowiek może próbować rywalizować z Bogiem. Jeśli się wierzy, ze Bóg stworzył świat, to człowiek może stworzyć dzieło sztuki – prawdziwa sztuka tworzy świat, dlatego do nas przemawia”. I jeszcze jedno zdanie o malarstwie: „Bo najważniejsze jest nie to, co obraz przedstawia, tylko jak on to robi. To jest sedno przygody ze sztuką – zobaczenie tego, czego nie widać.”. Dodałbym od siebie – pozostając w metaforyce Gotfryda – to rodzaj łaski, łaski niewielu dostępnej.

Izabela Kłosińska… Śpiewa. I to jak! Lubiła i śpiewała od dziecka. Jazz… Aż ktoś jej powiedział, że szkoda jej głosu na jazz, że musi spróbować w operze. Nie znała nut, śpiewała ze słuchu. Ale się nauczyła. Akademia Muzyczna i wielka, wielka kariera. I jakieś nieprawdopodobne zdarzenia. Aria Suicidio z Giocondy. Zaśpiewała genialnie, ale raz w życiu. Raz jeden. Mogła ją śpiewać za dziesiątki tysięcy dolarów, uważano, że zbliżyła się w niej do ideału. Pewnie tylko ona wiedziała, że to nie jej, że nie ma prawa powtarzać tego „wybryku”. Kłosińska mówi też o oderwaniu od sztuki, o życiu poza nią, o wytchnieniu, rodzinie. I jest w tym nie tylko uczciwa, jest najzwyczajniej prawdziwa.

Dwadzieścia sześć lat temu chodziłem nocami po Berlinie. Wydawał mi się miastem niezwykłym – nie dlatego, ze wyrwałem się po raz pierwszy od dziesięciu lat z szarzyzny PRL-u – fascynującym swoją ruchliwością, jakimś podskórnym życiem, emocjami, ludźmi, którzy mówili sami do siebie, mieszanką kulturową. Dorota Danielewicz miała szesnaście lat, gdy wraz z rodzicami, w ’81, wyjechała z Polski. Myślała, że na wycieczkę. Ale to nie była wycieczka. Zostawiła za sobą wszystko – szkołę, przyjaciół, język. Musiała się wszystkiego uczyć na nowo. Zwłaszcza miejsca, w którym przyszło jej żyć – Berlina. Nauczyła się go jak mało kto. Ale jest dwujęzyczna – i tu i tam, w obu językach. Opowiada o Berlinie poprzez ludzi: „Czytając moją berlińską gawędę, można przejść się po parku z Franzem Kafką, wypić piwo z Czesławem Miłoszem nad jeziorem Wannsee, zatańczyć albo cza-czę z Billym Wilderem w hotelu Esplanade, poloneza w salonie Radziwiłłów. Pisze o znanych i nieznanych berlińczykach, którzy tworzyli i tworzą duszę Berlina”. Czy Berlina można się nauczyć? Czy jakiegokolwiek miasta można się nauczyć? Grzebiemy i doszukujemy się kolejnych warstw – tajemnic, brudów, błysków, ścieków, knajp, dobrej i złej twarzy. Danielewicz wchodzi w tę miejską tkankę głęboko, to przecież już jej miasto, coś z niego rozumie. Zazdroszczę jej, wiem, że Berlin wart jest czasu, który mu poświęca…


Agnieszka Drotkiewicz znalazła rozmówców nietypowych. Wycisnęła z nich tyle, ile można? Nie wiem, jest łagodnym „wywiadowcą”, nie stara się nikogo docisnąć, nie szuka sensacji, skupiła się na fascynacji ich pracą. Jeszcze raz powtórzę – nie wiem, nikogo z nich nie znam, nie wiem jakimi są osobowościami, gdzie zaczyna, a gdzie kończy się ich wola mówienia o sobie. Z pisarzy zapewne wycisnąłbym więcej, nie dał się zbyć banałami, z innymi byłoby trudniej. Ale to, co udało się na pewno, to te trzy rozmowy. Ważne, elektryzujące, poważne. Trzy z dziesięciu. Mało? Ja uważam, że aż nadto.

Agnieszka Drotkiewicz – Piano rysuje sufit, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2015, str 263.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko