Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
201

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami



mebluje-glowe


rumun goniNa zakończenie swej książki Bogumił Luft pisze: „Ta książka nie jest obiektywna, bo ja po prostu lubię Rumunów. A także ich besarabskich pobratymców, niezależnie od tego, czy uważają się za Rumunów, czy nie. Nie znaczy to, że nie jest to książka prawdziwa, bo przyjazne uczucia otwierają oczy skuteczniej niż zimny obiektywizm, ubabrany podświadomie w stereotypy, które są formą prawdy dotkniętą ciężkim kalectwem.”. Te kilka zdań najlepiej oddaje klimat tej książki. Dla mnie porywającej i w jakiś sposób odkrywczej.


Kim jest jej autor? Dziennikarzem, dyplomatą  – przez sześć lat, od czerwca 1993 do czerwca 1996 – ambasadorem Polski w Rumunii i… i mężem swojej żony, zrodzonej po niezwykłej polsko-rumuńskiej historii z takiegoż małżeństwa. Możemy też powiedzieć inaczej: Luft jest zakochany w Rumunii, nie tej, albo nie tylko tej zapisanej na kartach podręczników, ale raczej tej Rumunii ludzi zwykłych i wyjątkowych. Bo, mam wrażenie, że napisał książkę o Rumunii – tej z przeszłości, z dzisiaj i z jutra właśnie poprzez ludzi, poprzez ich indywidualne losy. I wcale nie jest to hagiografia. Są tu postaci wybitne, takie, które zmieniały losy kraju, stanowiły o jego dniach ważnych, ale i podłe, głupie, niszczycielskie.


Cóż my wiemy o tym naszym przedwojennym sąsiedzie? Granicznym sąsiedzie! Nic, prawie nic poza stereotypami. Tym może wbitym najbardziej w głowy o żebrzących na polskich ulicach Rumunach? Nie Cyganach (czy Romach – ale po prawdzie, kto tak mówił?), a właśnie Rumunach. Ci, którzy interesują się historią pamiętają, że internowano tam polskie oddziały przekraczające granice w trzydziestym dziewiątym (sławne Zaleszczyki, choć tam przecież był tylko most kolejowy, a drogowe przejście graniczne w Kutach), a i polski rząd – czego Rumuni zrobić nie powinni, a zrobili, bo taki był interes wszystkich – łącznie z zachodnimi aliantami i powstającym we Francji rządem Sikorskiego. No i  Ceausescu, „geniusz Karpat” – najpierw przez Polaków stawiany jako wzór oporu przeciw Sowietom, który nie zgodził się na interwencję, między innymi z Polakami, w Czechosłowacji w 1968 roku, a potem już tylko jako anachroniczny tyran o tragicznym końcu. Koniec, kropka. Czyli ubogo. Więcej niż ubogo. Żałośnie mało. Zastanawiam się dlaczego? Może to nasze, polskie kompleksy. To, że od kogoś z tego sowieckiego bardaku, chcieliśmy się poczuć ważniejsi, lepsi? No, przecież nie od Czechów, Niemców (tych z NRD), Węgrów. Ale od Rumunów już tak. Mieli gorzej, mieli mniej, byli zacofani. Gdzie, gdzie im do nas…


Luft podzielił swoją książkę na dwie części. W pierwszej opowiada o Mołdawii. O jej powstaniu, historii, przemianach. O Mołdawianach – bo choć mówią po rumuńsku, nie są to chyba jednak Rumuni – wiemy jeszcze mniej. Mały kraj gdzieś na krańcach Europy z trudem przebijający się do Zachodu. Kraj z Naddniestrzem, rosyjską enklawą, z wszechogarniającą korupcją, nepotyzmem, komunistycznymi klanami („upadek komunizmu był katastrofą. Związek Radziecki był najbardziej demokratycznym państwem w historii”), a jednocześnie krajem z takim szacunkiem dla nauki, ze prezes tamtejszej Akademii Nauk jest z urzędu członkiem rządu. I drugiej, nieporównanie obszerniejszej, tyczącej Rumunii właściwej – jej historii, kościoła, konfliktów, rodziny królewskiej, rządu, przemian po roku 89. Są fragmenty, które mną wstrząsnęły, na przykład te o rumuńskich Żołnierzach Wyklętych, o odbieraniu dzieci takim rodzicom, o morderstwach, zacieraniu śladów, przydrożnych grobach. A potem o oporze trwającym latami, o samotnych ludziach, jak Julius Filip, który przesłał swoje posłanie do I Krajowego Zjazdu „Solidarności” w Hali Oliwii w 1981 roku, albo o profesor Doinie Cornei, rozrzucającej na ulicach setki własnoręcznie napisanych ulotek. To nie był „łagodny” Gierek. O nie. Tamtejsza bezpieka była wyjątkowo brutalna. Od swych pierwszych aż do ostatnich dni.


Nie mogę nie zacytować dłuższego fragmentu książki. Rzecz dotyczy Nicolae Steinhardta, rumuńskiego eseisty, fantastycznej postaci kultury rumuńskiej, pod koniec życia prawosławnego mnicha.


„31 grudnia 1959 roku został wezwany do siedziby Securitate, czyli rumuńskiej bezpieki, by usłyszeć prośbę o współpracę przy sformułowaniu aktu oskarżenia o ‘zbrodnię spisku przeciwko porządkowi społecznemu’ w pichconym pospiesznie procesie grupy czołowych bukareszteńskich intelektualistów aresztowanych jakiś czas przedtem. Poinformowano go uczciwie, że w przypadku odmowy złożenia oskarżycielskich zeznań zostanie do owej grupy dołączony, ale z bezpieczniacką uprzejmością dano kilka dni do namysłu. Nicolae przypomniał sobie zdanie Alberta Camusa, że ‘przychodzi zawsze w historii taki moment, gdy skazuje się na śmierć tych, którzy twierdzą, że dwa plus dwa równa się cztery’.


Pytany o radę sędziwy ojciec powiedział mu wtedy, że jeśli się zgodzi, to w dalszym życiu za dnia będzie miał święty spokój, ale w nocy trudno mu będzie spać. Jeśli jednak współpracy z bezpieką odmówi, to za dnia będzie cierpiał, ale w nocy ewentualnie może liczyć na sen sprawiedliwego. ‘Nie sądzę, by kara była bardzo ciężka, prawdopodobnie zarobisz jakieś osiem lat – kontynuował ojciec z niezmąconym spokojem, według relacji syna zamieszczonej potem w książce Jurnalul Fericirii (Dzień szczęśliwości). – A jeśli ci mówią, żebyś nie pozwolił, bym umarł sam jak pies, to ja nie umrę w ogóle, tylko będę na ciebie czekał. Więc przygotuj rzeczy na poniedziałek i zabierz przede wszystkim zużyte ubrania. A przez te trzy dni, które nam pozostały, nie chcę więcej słyszeć z twoich ust: proces, Securitate, więzienie. Chcę, żebyśmy spędzili trzy dni przyjemnie i pogodnie”.


Po trzech pogodnych dniach, w poniedziałek 4 stycznia 1960 roku, Nicolae umył się, starannie ogolił, ubrał i wyszedł z domu żegnany przez ojca upomnieniem, by nie zrobił mu wstydu. Stary Oscar Steinhardt okazał się zarówno pesymistą, jak i optymistą. Jego syn przesiedział w strasznych więzieniach Jilava, Gherla i Aiud niespełna pięć lat, choć wyrok opiewał na lat trzynaście.”


Ojciec, jak obiecał, tak zrobił. Doczekał wyjścia syna z więzienia. Nie umarł „sam jak pies”.


A co potem? Co po dyktaturze? Rumuni na polski wzór utworzyli swój IPN. I…? Prośby o własne teczki w ciągu kilkunastu lat złożyło ledwie kilka tysięcy osób? Dlaczego? Nie są ciekawi swojej przeszłości. Są do bólu pragmatyczni? Chcą oddzielić przeszłość jeszcze grubszą kreską niż Polacy? Uciekają do przodu? Luft chyba przychyla się do tej ostatniej koncepcji, zgodnej zresztą z dużą częścią ich historii. Tak było przecież z wyborem dynastii panującej w Rumunii, tak jest i dziś. Nie przeszłość jest ważna, a przyszłość.


Szuka też Luft w tej Rumunii polskich śladów. I o dziwo nie tylko znajduje. O dziwo Rumuni mają nas za przyjaciół, nie dlatego, że są nam coś winni. Widzą wspólne korzenie, przeplatanie się historii, Piłsudskiego, który na nich i na Turkach oparł wymarzony sojusz. I jeszcze na najlepszej bukareszteńskiej klinice zbudowanej przez Budimex, już za Ceausescu, po wielkim trzęsieniu ziemi. Takie gesty się pamięta, są ważne na pokolenia. Wbrew pozorom dużo nas łączy. I nie warto zamykać oczu, a na pewno nie warto krzywić się z pogardą.


Gdzie więc ten tytułowy happy end? Widać go? Jest gdzieś na horyzoncie? Wyjeżdżają tysiącami na Zachód, zostają, asymilują się (dla nich nasza Anglia to Hiszpania). Szukają lepszego życia, spokoju, socjalnej pewności. Ale ci, którzy zostali prą do przodu wcale nie wolniej od nas – z czego pewnie nie zdajemy sobie sprawy. Wykorzystują swój czas, zmieniają, budują kraj i wierzą w sukces. Tak, są wciąż, na tle bogatego, sytego Zachodu, biedni. Ale na pewno nie mają się czego wstydzić.


Czego mi zabrakło w tej książce? Rozmowy o kulturze. Wciąż niewiele o niej wiem. A Luft, tu nie mam wątpliwości, wie o niej bez wątpienia więcej niż inni. Bo zakochał się w tym kraju nieprzytomnie. Znalazł tam i przyjaciół, i rodzinę.

 

Bogumił Luft – Rumun goni za happy endem – Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, str. 295.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko