Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkami

0
165

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami



mebluje-glowe


Trudno powiedzieć czym jest ta książka – powieścią? reportażem? pamiętnikiem? dziennikiem bez dat? Nie wiem, nie bardzo potrafię przyporządkować ją jakiemukolwiek gatunkowi. Ale w każdym z nich byłaby ważna. I warta czytania.

Była sobie dziewczynka… Tak mogłaby się rozpocząć każda bajka, prawda? Ale byłaby to smutna bajka. I nie dla wrażliwców, co to każdą tragedię traktują poważnie. Bo ta dziewczynka urodziła się w Azerbejdżanie. Pierwsze skojarzenie? Daleko, biednie, bez wielkich perspektyw. Tatuś dziewczynki był kosmonautą. No, to już coś. Ale kosmonautą, który nie zrobił w dawnym ZSSR kariery na miarę Gagarina. Trenował, przygotowywał się, ale… ale w kosmos nie pofrunął. Tak, czy siak – jednak elita. Matka też niczego sobie. Pianistka. Ale traf chciał, że kiedy dziewczynka była malutka ZSRR szlag trafiał. A jak trafiał – były problemy. Górny Karabach, nienawiść – wzajemna – Ormian i Azerów, jeszcze na dokładkę Rosjanie, którzy nie tak łatwo chcieli się zgodzić na samodzielność Baku. Więc wszyscy do wszystkich strzelali i było źle. Całkiem źle. Ale dziewczynka miała jeszcze gorzej – była Żydówką. I trzeba było z tego Azerbejdżanu uciekać. Wielu sobie nagle przypomniało, że są Żydami. Ameryka nie przyjmuje, do Izraela – za żadne skarby. Niemcy? Najlepsza opcja – choć to przecież wróg największy, ledwie pokonany w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Tak naprawdę dawno, dawno temu, ale ten mit wciąż wypełniany był treścią.

rosjanin to ten kto kocha brzozyWięc wyprzedane sprzęty, dwie walizki, Niemcy, obóz dla azylantów, niemiecka szkoła. A w niej? Sami przesiedleńcy. Jej przyjaciel, turecki Niemiec opowiada:

„W podstawówce. Czwarta klasa, tuż przed tym, nim zdecydowano, kto się nadaje do gimnazjum. Do naszej klasy przyszedł nowy. Pierre-Marie. Nauczycielki były nim zachwycone. Prawie nie mówił po niemiecku, ale wszyscy uważali, że jest piekielnie inteligentny, bo był Francuzem, i sądzili że już po tygodniu będzie mówił perfekcyjnie. Rozejrzałem się po klasie: sami Kanaken. Marcel mówił po włosku, Georgi po grecku, Taifun po turecku, Farid po persku i ormiańsku, tak samo jak jego siostra bliźniaczka. I wszyscy po niemiecku, bez akcentu. Ale nikt z nas nie został uznany za wystarczająco inteligentnego, żeby pójść do gimnazjum, lepiej byłoby, gdybyśmy znaleźli się w szkole zawodowej. Uważali, ze rodzice nie będą nas wspierać. Pomyślałem o dziadku, który zawsze powtarzał mnie i bratu, że turecki jest językiem przodków, arabski modlitwy, a perski językiem miłości. Co za bzdury. Chyba wtedy postanowiłem nauczyć się tych ich wspaniałych języków lepiej niż oni, pokazać im, im i tej ich kulturowej hegemonii”.

Dziewczynka, jak jej przyjaciel, mówiła po niemiecku lepiej niż jej niemieccy rówieśnicy, poznała zresztą pięć języków, skończyła ze znakomitym wynikiem studia, została tłumaczem kabinowym, jakoś się wtopiła w niemiecki krajobraz. I może by się wtopiła. Ale dziewczynka miała pecha. Pecha w miłości. Ten pierwszy o arabskich korzeniach wyjechał do Stanów – czasami wracał we snach, rozmowach – tych rzeczywistych i tych tylko w wyobraźni. Ten drugi, Niemiec, Elias…

To wtedy ich poznajemy – we wspólnym mieszkaniu, wspólnym życiu. Są i dobrani, i – jednocześnie – niedobrani. Zakochani i jakoś zbuntowani, i w opozycji do samych siebie. Elias jeździ rowerem. To nie zawsze bezpieczne. Ma wypadek, złamana noga, szpital. Pozornie wszystko dobrze, ale dobrze nie jest. Nie jest i już. Bo dziewczynka ma pecha. Chłopak wychodzi ze szpitala, ale jest gorzej i gorzej. A na końcu całkiem źle. Elias umiera.

Ta śmierć tworzy inną warstwę, inną kategorię, przestrzeń tej książki. Przestrzeń rozpaczy traumy, ucieczki.

Tym razem do Izraela. Izraela pełnego rosyjskich Żydów, ciotek, konfliktów, strachu, szybkiego seksu – nie tylko zresztą z mężczyznami, jonitów, pozorów pracy, państwa w którym rozstrzeliwuje się już na lotnisku komputer, państwa lewackich działaczy pokojowych i ortodoksów – swoją drogą budzących strach – także Palestyńczyków, których nienawidzą inni Arabowie. Państwa, w którym jedni udają głuchych, inni z alergią reagują na arabski albo hebrajski.

Czym jest ta książka? Ucieczką od samej siebie? Swoich korzeni? Swojej wielokulturowości? Od rozkładu osobowości? Pecha? Od miłości? A może jest spadaniem, coraz głębiej i głębiej, odkrywaniem destrukcyjnych demonów w samym sobie? Szukaniem miejsca na Ziemi?

Łatwo się w niej zgubić. Bo to nie jest książka ani o Azerbejdżanie, ani o Niemczech, ani o Izraelu. Nie jest to książka o ich historii ani dniu współczesnym. Nie jest też to książka o ludziach, którzy tam mieszkają. Jak zresztą o tym opowiadać? Jak uogólniać, jak szukać wspólnego mianownika? Jest? Nie ma go? Pewnie nie ma i nie warto szukać. Przyjąć za własną rzeczywistość? Popękaną, niespójną, zagmatwaną.

Masza jest jak rozbita szyba. Jej okruchy leżą porozrzucane – trochę tu, trochę tam. Zbierane ranią, pozostawione wpędzają w depresję.

„Siedziałam na tarasie albo na łóżku, paliłam haszysz i nie wiedziałam, jak długo zostanę. Może na zawsze, może na kilka miesięcy. Płaskie dachy były w Tel Awiwie wiele warte, hotelowy neon stanowił ostatecznie jakiś punkt odniesienia”.

Nie została, raczej nie została, bo neony są wszędzie. W każdym miejscu kuli ziemskiej. I raczej nie stanowią busoli.

 

Olga Grjasnowa – Rosjanin to ten, kto kocha brzozy, przełożyła Elżbieta Kalinowska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015, str. 248.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko