Tomasz Kozłowski – Minimum prawa i maksimum człowieka

0
138

Tomasz Kozłowski

 


Minimum prawa i maksimum człowieka

 

Paulina Czrniawska27 października 2014 odbyło się, zorganizowane przez SARP i Arche, spotkanie promocyjne opublikowanej w tym roku – a obronionej w 1987 – pracy doktorskiej Waldemara Sicińskiego Cele społeczne w koncepcjach osiedla mieszkaniowego [Instytut Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa, Warszawa, datowanej na 2013], w której Autor napisał, iż w kształtowaniu społecznej tożsamości ważna jest podatność (otwartość) przestrzeni miasta na wpływy i działania jego mieszkańców. Praca, jak to bywa z prawdziwymi odkryciami, dopiero teraz, po latach, jest szerzej doceniana.

Parę dni wcześniej w  Trybunale Konstytucyjnym Profesor Stanisław Sołtysiński stwierdził, że wielkie korporacje gospodarcze, powołując się na wolny rynek, zdobywają sobie w prawie pozycję dominującą, łamiąc tym samym podstawy prawa cywilnego, w tym zasadę równości podmiotów gospodarczych [Czy sądy konstytucyjne powstrzymają zmierzch zasady równości podmiotów gospodarczych ?, TK, 21.10.2014, Zmierzch zasady równego traktowania podmiotów gospodarczych, Wykłady „Państwa i Prawa”, Państwo i Prawo, styczeń 2015; ciekawie też: J. Ciapała, Pojmowanie wolności przedsiębiorczości w kontekście współczesnych uwarunkowań, Państwo i Prawo, luty 2015]. S. Sołtysiński zwrócił się, można powiedzieć, z odezwą, do najwyższych rangą polskich sędziów, nie tylko konstytucyjnych, by ratowali klasyczne modernistyczne podwaliny prawa. Tym bardziej godne to jest uwagi, iż Profesor nie tylko jest uznanym europejsko profesorem prawa cywilnego i uczestnikiem najważniejszych decyzyjnych gremiów pozapaństwowych regulacji rynkowych, ale i założycielem i liderem renomowanej kancelarii prawniczej, obsługującej również globalny biznes. Profesor zatem wie co mówi. Powyższa teza ma szersze znaczenie. Na naszych oczach to co społeczne, jest zawłaszczane przez to co korporacyjne – coraz częściej w glorii chwały pojęć, ubranych w szaty prawa i państwa. I coraz częściej, mówiąc prawniczo, argument z „wolnego rynku” jest argumentem mającym rozstrzygać również sprawy przestrzeni publicznej. Tym samym, moim zdaniem, mamy do czynienia z powstawaniem nowego zasadniczego sporu w filozofii prawa – faktycznie, zewnętrznie wobec człowieka pojmowanym prawem rynkowym i artefaktycznie oraz całościowo budowanym prawem powszechnym. Spór ten idzie  w poprzek dotychczasowych podziałów, na przykład potencjalnie łącząc katolicką doktrynę społeczną, nową lewicę i młodych pro-globalnych liberałów – a przynajmniej ich niektórych przedstawicieli, czego znakomitym przykładem jest prawna ochrona zwierząt. 

U podstaw tych rozważań mamy do czynienia z filozofią prawa. Jak to w tej dziedzinie bywa, jej rozstrzygnięcia, na drodze tworzenia i interpretacji prawa, łącznie z sądownictwem najwyższego szczebla, stoją na początku drogi, prowadzącej do rozstrzygnięć praktyki społecznej. Krytycznie prezentowane przez Sołtysińskiego podejście zakłada, że u podstaw owej praktyki leży prawo mające odzwierciedlać stan całkowitej, właśnie „naturalnej” wolności, czego – ponownie: moim zdaniem –  ostatnio też znakomitym przykładem jest orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie uboju rytualnego.

Stanowisko „naturalne” wzmacniane jest przez nowy kierunek w filozofii prawa zwany post-modernizmem prawniczym, związany z tematycznymi „filozofiami prawa”: feministycznymi, homoseksualnymi, ekonomicznymi, post-sekularnymi itd.  Zapewne w dużej mierze wbrew intencjom założycieli, w praktyce prawniczej oznacza on zanegowanie jakiejkolwiek systemowości prawa i uznanie, iż „czyj interes tego prawo”. W wersji szlachetnej i zarazem pro-faktycznej chodzi o dopuszczenie do głosu wszelakich poglądów prawnych i zanegowanie racjonalności zbiorowej jednego ustawodawcy. W praktyce oznacza to, że prawo to tylko prawnik broniący interesu danej grupy: czyli im grupa zasobniejsza, tym zasobniejsze jej prawo. Wymyślony w Europie kontynentalnej post-modernizm jest zbieżny z neoliberalnymi interpretacjami amerykańskiego realizmu prawniczego. W realizmie prawo to nie książki ale działanie, fakty społeczne, „to, co zje sędzia przed orzeczeniem”- jak formułują to amerykańscy wykładowcy. Neoliberalnie zaś trzeba otwarcie powiedzieć, że kawior z szampanem zaserwować mogą tylko nieliczni. Takie koncepcje nakładają się na dawny wzór myślenia o prawie, na tak zwany pozytywizm klasyczny, w którym prawo to przede wszystkim, a nawet „li tylko” nakaz organów państwa, zabezpieczony państwowym przymusem. Państwo staje się orędownikiem „naturalnego” prawa naturalnie wolnego rynku. I żadna społeczna mysz się nie przeciśnie.

Większe szanse dla tego co społeczne, co już trochę jest wykorzystywane w Polsce, daje współczesny pozytywizm – to głównie Oksford: zmarły w 1992 ważny w globalnym prawoznawstwie Herbert Hart oraz jego równie ważny uczeń Joseph Raz. Z J. Razem jest zbieżna – też ponownie: moim zdaniem – komunikacyjna filozofia prawa Jűrgena Habermasa. I jedno i drugie stanowisko wspierane jest przez prawo natury o zmiennej treści (u nas dzielnie reprezentowane przez Marię Szyszkowską) czyli prawo natury, ale w wersji rozumowej –  a nie boskiej czy naturalistycznej.  W tym ujęciu prawo jest dynamicznym wytworem społecznej komunikacji, uwzględniającej racje wszystkich stron oraz zwyczaje i obyczaje jak i nowe pomysły, obejmujące między innymi samorządy, lokalne i regionalne inicjatywy społeczne, organizacje pozarządowe, media, think-tanki, stowarzyszenia zawodowe i gospodarcze, wszelakie zarejestrowane partie polityczne, związki wyznaniowe, grupy interesów, grupy lobbystyczne, społecznościowe grupy internetowe (netokracja, sieciokracja) – słowem: obyczaje a’la Comte i człowiek a’la Kant w społeczeństwie otwartym  a’la Popper. Zacne to stanowisko ma trzy zasadnicze wady: supra-indywidualistyczny punkt startu, niebezpieczną zbieżność ze stanowiskami post-modernistyczno-realistycznymi, niejasność granic między prawem a obyczajami i zwyczajami oraz preferencjami indywidualnymi, co w praktyce prawniczej być różnostronnie wykorzystywane.

Dobroczynny wpływ pozytywizmu współczesnego i prawa natury o zmiennej treści na praktykę społeczną związaną z prawem jest trudny do przecenienia. Wymaga też nadal w Polsce dalszego krzewienia, gdyż często jeśli jest stosowany, to tak jak słynne mówienie prozą.  Jednak mimo wszystko uważam, że istota prawa nadal nie jest doceniona, a rola społeczna prawa jest przeceniona.

            Krótko. Należy zwrócić uwagę na historiozofię prawa. Zwykle, i słusznie, w rozwoju prawa współczesnego podkreślane są etapy rozwoju praw człowieka, przeżywające kolejny wzrost znaczenia w XXI wieku. Moim zdaniem nawet i one są niedocenione. To jest dosłowna rewolucja prawa – zaprzestanie wywodzenia prawa li tylko z takich czy innych społeczności (narodu, państwa) i początek wywodzenia prawa z człowieka jako takiego, z filozofii człowieka. W Polsce mocno to podkreślają  M. Szyszkowska, K. Motyka, M. Piechowiak,  M. Zirk-Sadowski, J. Zajadło (u Zajadły m.in. bardzo ważna zmiana paradygmatu prawa międzynarodowego publicznego). Dzięki temu przejście od tego, co indywidualne do tego, co społeczne nabiera nowych barw. Doskonale oddaje to mała objętościowo i wielka treściowo książeczka jednego z powojennych twórców praw człowieka Stéphane Hessela Czas oburzenia ! [Warszawa 2011].

Jednak prawa człowieka to nie wszystko. W tej samej linii rozwoju znajduje się między innymi sądownictwo administracyjne, sądownictwo konstytucyjne, prawo pracy, prawo antymonopolowe/ochrony konkurencji, prawo upadłościowe, prawo ochrony środowiska, prawo ochrony zwierząt i właśnie prawo planowania i zagospodarowywania przestrzennego. Czyli z jednej strony mamy niebywały – niebywale pro-indywidualny i prospołeczny – rozwój prawa. Ale mamy też obecnie niebywały regres: wszak wspomniana koncepcja „naturalna” to nic innego jak odrzucenie tej linii rozwoju, cofnięcie się akurat do czasu przed jej początkiem: co tak jest widoczne w praktycznym zanegowaniu nie tylko zasady równości ale i na przykład w faktycznej  negacji prawa pracy. To problem sam w sobie, pokazujący jednocześnie, iż pojmowanie prawa jako już trwałego elementu nowoczesnych społeczeństw jest błędne.

            Czyli: przestrzeń jako taka powinna być równie doceniona jak prawa człowieka (łącznie z prawem do przestrzeni publicznej). Przestrzeń w prawie przypomina ulubione powiedzenie niedawno zmarłego Igora Mitoraja o rzeźbach greckich, że tylko na pierwszy rzut oka przypominają naturę, ale zdecydowanie nie o to w nich chodzi. Przestrzeń nie może być traktowana naturalnie/samowolnie, prowadząc do społecznych wojen, które wygrywają najsilniejsi fizycznie (finansowo) i dlatego jest potrzebne prawo jako arte i arche zarazem, prawo jako nowe dzieło człowieka. Człowiek pozostawiony naturze, a nawet religii czy moralności nie potrafi zaprzestać wojowania. I dlatego musi wymyśleć coś, czego jeszcze nie było: prawo. Istotą prawa jest minimalizowanie owego wojowania i stwarzanie warunków do ludzkiego rozwoju: powszechnego. Dawno temu i tak konsekwentnie zauważyli to Anglicy, tworząc swe common law, wyrastające nie z wielkich idei, ale z chęci pokonywania konfliktów i stwarzania warunków do współpracy niezależnej od wyborów aksjologicznych [a co tak skutecznie już w powojennej Anglii współtworzył nasz wielki rodak, Sędzia George Dobry, CBE, QC – tzw. Raport Dobrego o Town and Country Planning dla Jej Królewskiej Mości].  Dotychczasowe, ewolucyjnie powstające normy zawodzą w sytuacjach konfliktu. Prawo nie jest normą wcześniej, poza-prawnie  utworzoną.  Prawo może takie normy inkorporować, ale i tu chodzi o prawną decyzję, niezależną od tej zewnętrznej normy jako takiej – prawo może ale nie musi jej uznać. Wspomniany rozwój prawa, zasada równości podmiotów gospodarczych są na pewno wielkimi osiągnięciami. Z punktu widzenia syntetycznego prawo to rozwijanie owego minimum, to rozwijanie pewności że silniejszy nie pożre słabszego, nie zabierze mu przestrzeni, nie zniszczy jej – tak jak rozwijanie pewności że ‘hetero’  nie wsadzi do więzienia ‘homo’ za samo bycie ‘homo’. Tylko tyle i aż tyle. Prawo nie jest zadane ani dane człowiekowi, prawo jest stworzone przez człowieka, chcącego przeżyć: własne słabości fizyczne i psychiczne, słabości międzyludzkie. Prawo musi zapewnić przeżycie jednostkowe i gatunkowe, W przypadku człowieka niezbędnym tego elementem jest przestrzeń zarówno naturalna jak i kulturowa. Z tego punktu widzenia,  punktu startu prawa, same obyczaje, moralność czy religia nie wystarczą. Prawo jest niezbędne na tym minimalnym poziomie.

Nie oznacza to oczywiście utrzymywania samego człowieka na tym minimalnym poziomie. I tak jak prawo spółek stwarza tylko lepsze warunki do ewentualnego rozwoju ekonomicznego, ale samo w sobie tego rozwoju nie spowoduje, tak prawo planowania przestrzennego powinno stwarzać warunki dla psycho-fizycznego rozwoju indywidualnego i społecznego, w tym rozwoju międzypokoleniowego. I tu oczywiście kłania się świat poza – i ponad-prawnych możliwości człowieka. Świat ten nadal jest potencjalnie przebogaty, choć został tak „zjurydyzowany” i zbarbaryzowany. I tu nadal kłaniają się obyczaje, zwyczaje, religie, tradycje, kultury narodowe, tu się kłania i modernizm i post-modernizm. I tu otwiera się całe spektrum możliwości docenienia tego co było i możliwości tego, co może być przez człowieka stworzone.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko