Mirosław Prandota – Majorka oknem na świat

0
191

Mirosław Prandota

 

 

Oficjalnie to Szwedzi wyrażają głośne oburzenie z racji przymusowego obowiązku sterylizacyjnego, któremu przed laty były poddane osoby chore psychicznie i niedorozwinięte umysłowo. Prywatnie natomiast sprawa nie jest aż tak jednoznaczna.

 

 

MAJORKA OKNEM NA ŚWIAT

 

Jan CybisKtóregoś dnia moja znajoma, 50-letnia Katarina, poprosiła mnie o wykopanie głębokiego rowu wokół domu. Miała tam zakładać nowe przewody kanalizacyjne. Proponowała tę pracę znajomym i sąsiadom, obiecywała przyzwoite wynagrodzenie – bez odzewu. Za ciężka praca i tyle. Katarinę znałem już ćwierć wieku. Chorowała na nogi, miała kłopoty z krążeniem żylnym – sama na pewno rowu nie wykopie, a tu woda zalewa piwnicę. No cóż? Wybierałem się nad morze, a pojechałem do Katariny.

Kopanie szło mi nieźle, gospodyni ustawiła na trawniku skrzynkę z różnymi napojami, było więc czym nawodnić rozgrzane mięśnie, a w samo południe czekał na mnie smaczny obiad.

Gdy już usiadłem za stołem, a gospodyni krzątała się jeszcze w kuchni, szykując jakiś barwny deser, poczułem za plecami głośny oddech. Odwróciłem powoli głowę i odruchowo wzdrygnąłem się. Za mną stał… potworek. Na pewno nie dosłownie, ale w pierwszej chwili takie właśnie miałem skojarzenie. Mężczyzna w nieokreślonym wieku, o maskowatej twarzy i wyłupiastych, wodnistych oczach bez wyrazu, kiwał się rytmicznie, przestępując z jednej nogi na drugą. Widziałem go po raz pierwszy, chociaż już wcześniej słyszałem, że Katarinę spotkało nieszczęście i że nie potrafi uporać się z nim. Przed trzydziestu laty urodziła dziecko, mimo że już w trakcie ciąży lekarze ustalili patologię i usilnie doradzali pozbycie się ogromnego kłopotu na przyszłość. Katarina miała jednak aż trzy koleżanki, którym nie udało się utrzymać ciąży, widziała, jak one to przeżywają, i postanowiła, że będzie matką, otoczy dziecko najczulszą opieką, dzięki czemu na pewno uda się z czasem doprowadzić je do dobrego zdrowia.

W rok po urodzinach odszedł mąż, Olle. To on był „sprawcą”, a jednak nie wytrzymał psychicznie. W jego rodzinie mikrobiolodzy wykryli skazę genetyczną, która według obowiązującego w latach sześćdziesiątych prawa, powinna zostać wyeliminowana na stałe. Ollemu zaproponowano sterylizację, a była to propozycja z tych nie do odrzucenia, ponieważ od 1935 roku obowiązywała w Szwecji polityka poprawiania masy genetycznej. Oznaczało to, że osoby z zaburzeniami psychicznymi albo też dotknięte chorobami dziedzicznymi, wykazujące nawet niedorozwój umysłowy średniego stopnia, przeznaczone były do przymusowej sterylizacji.

Szwecja wcale nie należała do państw wyjątkowych, bo takie samo podejście do zagadnienia prezentowały przed wojną inne kraje europejskie, a także Stany Zjednoczone. Jednak po wojnie w tamtych krajach akurat wszystko się zmieniło, a Szwedzi realizowali swój program aż do 1975 roku. Nie odbywało się to bynajmniej za sprawą jakiejś grupy politycznej, nie było też środowiskową formą nacisku, lecz stanowiło jeden z punktów rządowego programu reform. Socjalni naprawiacze państwa doszli do wniosku, że nie czas już wzorować się na metodach starożytnej Sparty, gdzie strącano w przepaść osoby pod jakimś względem niepełnowartościowe, ale jednak już urodzone, bo to jaskrawe barbarzyństwo, o wiele bezpieczniej jest nie dopuścić do narodzin zagrażających szwedzkiemu systemowi zdrowotnemu.

W zasadzie aż dziewięćdziesiąt procent osób poddawanych sterylizacji stanowiły  kobiety. Mąż Katariny należał do mniejszości i był już wyznaczony na zabieg, ale jakoś wymknął się z segregatora reformatorów, wziął ślub i narobił nieszczęścia, którego potem sam już nie potrafił udźwignąć. Poddał się zabiegowi w rok po urodzeniu przez Katarinę potomka, a w kilka lat później takie praktyki przestały obowiązywać, do perfekcji natomiast doprowadzono system pomocy społecznej i medycznej wobec osób niepełnosprawnych, organizując im takie warunki rehabilitacji, jakich nie uświadczyliby w żadnym innym kraju.

Dzisiaj szwedzcy ministrowie biją się w piersi za grzechy swoich poprzedników, obiecują rekompensaty pieniężne i publiczną ekspiację, powołali nawet specjalną komisję mającą przyznawać odszkodowania za utraconą zdolność do macierzyństwa, ale spośród 65 tysięcy osób, które poddano zabiegowi, żyje już niewiele. Do pewnego czasu nie było nawet mowy o żadnych odszkodowaniach, bo rząd powoływał się na stare ustawy, który ongiś obowiązywały, ale po serii artykułów zamieszczanych w „Dagens Nyheter” przez dziennikarza polskiego pochodzenia Macieja Zarembę w 1996 roku, kiedy to cały świat krytykował Szwecję za brak aktualnej interpretacji tego, co się przed laty wydarzyło, rząd przyznał wreszcie, że przymusowa sterylizacja była jednak barbarzyństwem.

Nie oznacza to wcale, że takie samo stanowisko zajmują przeciętni zjadacze chleba w Szwecji. Mój stary przyjaciel Erik, chłop z dziada pradziada i najlepszy kumpel pastora ze swojej wioski, wręcz stwierdził, że nie widzi nic złego w sterylizacji jednostek, bo to ma na celu dobro narodu, a osoba bezdzietna zawsze może sobie zaadoptować dziecko, za przeproszeniem, z Europy Wschodniej. I jest to często praktykowane, a nikt z tego nie robi problemu.

Koledzy Erika mają podobne zdanie. Oni, zahartowani w boju z kamienistą ziemią, uważają, że złe plony są diabła warte, a rząd szwedzki ogłosił samokrytykę tylko dlatego, aby podlizać się opinii międzynarodowej.

Inżynier Bogacki, który mieszka w Szwecji piętnaście lat, i doktor Sułkowski, który mieszka tam lat dwanaście, mówią, że rozumieją Szwedów. Ustanowili takie praktyki, bo zależało im na wartości narodu, który bynajmniej nie słynie z romantyków, lecz z trzymających się ziemi pragmatyków, którzy każde zadanie rozpatrują pod kątem qui bono – komu to potrzebne? komu to służy? O dziwo, takie samo stanowisko zajmują imigranci z byłej Jugosławii, którzy nie asymilują się tak szybko w obcym środowisku jak Polacy, a swoje tradycyjne poglądy pielęgnują przez całe życie. Zdravko Jukić, właściciel sklepu meblowego w Goeteborgu wyznał, że można współczuć kobietom, które nigdy nie urodziły dziecka, ale przecież tyle jest na świecie dzieci, które szukają kochających rodziców. Zdravko ma raczej pretensję do rządu, że nie potrafił zorganizować osobom wysterylizowanym możliwości masowej adopcji, jeżeli tylko owe osoby nadawały się do zastępczego macierzyństwa, bo jeżeli nie, to nie ma o czym mówić.

Szwedka Ulla, która wyszła za Gyorgya, mężczyznę przybyłego z Węgier, mówi jednak, że jest o czym mówić, bo reformatorzy od sterylizacji poddawali zabiegowi nie tylko niepełnosprawnych psychicznie,  ale również, na szczęście nie masowo, osoby o artystycznej wyobraźni, zachowujące się niekonwencjonalnie, nie poddające się szwedzkim rygorom upodobniania jednych osób do drugich jak na przykład w Chinach „czy w innym Wietnamie”. I właśnie w tych wszystkich przypadkach należy dopatrywać się winy przedwojennych reformatorów, a nie wtedy, gdy rzeczywiście poddawano sterylizacji osoby, dla których urodzenie potomka byłoby dodatkową karą za to, że się same urodziły.

Tak czy owak wtedy, przy stole, a więc w dwadzieścia parę lat po rezygnacji państwa z uprawiania polityki poprawy masy genetycznej, nie wiedziałem, jak się zachować. Zapytać o zdrowie czy odprowadzić delikatnie gdzieś na miejsce? Czy w ogóle coś mówić, czy raczej udawać, że nikogo nie widzę? Człowiek stojący za moimi plecami był jednak na takim poziomie rozwoju umysłowego, na którym nie reaguje się na żadne bodźce poza wyuczonymi w dzieciństwie, a sprowadzającymi się do najprostszych odruchów warunkowych.

Weszła Katarina. Z niebywałym zażenowaniem podeszła do syna i delikatnie odprowadziła go do innego pokoju. Jej trzydziestoletnia tragedia osobista ma niewyobrażalny rozmiar. Wszystko co robi, musi być podporządkowane harmonogramowi, w jakim wegetuje syn. Żadne wyjazdy, żadne wczasy, żadna praca, żadne towarzystwo na dłużej, żadna miłość nie wchodziły i nadal nie wchodzą w grę. Katarina jest materialnie zabezpieczona, bo pieniądze łożą na nią jej bracia, a poza tym otrzymuje ona wysoki zasiłek od państwa. Na siebie i na syna.

Tylko raz oddała chłopaka do ośrodka dla niepełnosprawnych. Miała nadzieję, że fachowy personel nauczy go przynajmniej kilku podstawowych rzeczy. Nie udało się. Zbyt głęboki poziom niedorozwoju. Coś tam się polepszyło, ale nie na tyle, na ile życzyła sobie Katarina. Może byłoby lepiej, gdyby syn pozostał w ośrodku na kilka lat, ale dano jej do zrozumienia, że niewiele się polepszy, a ośrodek jest po to, aby pomagał tym, którzy mają szansę.

Byłem kilka razy w takim, jak to sam określiłem, niebiańskim sanatorium dla niepełnosprawnych. W miejscowości Furuboda, na południowym  wybrzeżu, niedaleko znanej miejscowości turystycznej, Aahus. Komfort niewyobrażalny! Jest nawet drewniana ścieżka długości kilometra prowadząca na plażę, aby można było dotrzeć wózkiem inwalidzkim do morza w ciepłe dni. Pięćdziesięcioro niepełnosprawnych jest tam pod opieką czterokrotnie większego personelu. Rehabilitanci, ortopedzi, psychologowie, lekarze, wychowawcy na każde zawołanie. Jedzenie jak w restauracji. Basen, sale gimnastyczne, naokoło kwiaty i las, a od morza powietrze najlepsze z możliwych. Tu naprawdę rehabilitacja ma sens. Raz po raz odnotowuje się sukcesy terapeutyczne, które następnie publikowane są ku pokrzepieniu serc w regularnym periodyku pod nazwą „Tallkotten” (szyszka sosny). Periodyk ten wydawany jest w 35 tysiącach egzemplarzy i nie ma potrzeby przekonywać nikogo, że czytają go pacjenci, bo tak nie jest. To lektura dla ludzi, którzy żywo reagują na los nieszczęśliwych osób, a przy okazji chętni są zapłacić mniej lub więcej pieniędzy, bo urzędowej ceny brak, za każdy egzemplarz. Ośrodek jest otwarty dla zwiedzających, którzy mogą tu zjeść obiad i kupić kasety obrazujące postępy wychowanków.

Szwedzi to lubią. Po okresie obowiązkowej sterylizacji nastała epoka niebywałego zainteresowania się postępami rehabilitacji niepełnosprawnych. Nie ma dnia bez wizyt turystów, szczególnie wtedy, gdy słońce ociąga się z planowaną dawką upałów, a na plaży raczej wieje niż grzeje. Goście zasiadają w ogromnej jadalni, spożywają obiad i podglądają jedzących pacjentów, wypytując przy tym wychowawców, jak im idzie, czy ten a ten wychowanek już jest lepszy niż tydzień temu i tak dalej.

W zasadzie państwo łoży na utrzymywanie tego rodzaju ośrodków, Furuboda otrzymuje 55 milionów koron rocznie (7 milionów dolarów!), ale przecież ofiarność społeczeństwa jest również godna podziwu. Szczególnie emeryci odznaczają się szerokim gestem, ofiarowując nierzadko połowę swoich majątków na rozwój szkoły, bo tak to można określić, dla niepełnosprawnych. Pacjentami są zwykle dzieci z zespołem Downa, z różnego rodzaju odmianami paraliżu połączonego ze zmianami w centralnym układzie nerwowym, z niedorozwojem średniego stopnia, autycy oraz maniacy niezdolni do samokontroli. Obok dzieci są też osoby w średnim wieku, a każdy pacjent ma swojego wychowawcę, który tylko nim się zajmuje.

W soboty i niedziele do ośrodka przyjeżdża rodzina. W tych dniach wychowawcy uczą rodziców, jak należy obchodzić się z upośledzonymi dziećmi, aby wzajemny kontakt miał charakter twórczy i prowadził stopniowo do poprawy niedobrej formy pacjenta. Rodzice karmią swoje pociechy mające nierzadko po dwadzieścia lub trzydzieści lat, próbują rozmawiać z nimi, wykazują bardzo dużo cierpliwości w przypadkach, gdy pacjent reaguje dopiero za piątym czy dziesiątym razem na ich inwencję, starają się odnaleźć kod, za pomocą którego najłatwiej trafić do umysłu chorego dziecka.

Terapeuci raz po raz włączają swoich pacjentów do samodzielnych zajęć, robią to świetnie, wydobywają z pacjentów wszystko, co tylko można, aby ich apatia uległa transformacji w jakąś względną formę aktywności. Udział zdeklarowanego autyka w orkiestrze rockowej ośrodka wcale nie należy do wyjątków. Jeżeli jeden człowiek zajmuje się intensywnie jednym pacjentem, szanse poprawy są ogromne.

Niepełnosprawni poznają też świat. Wycieczki po kraju to reguła, o której nie warto nawet mówić, bo to rzecz na porządku dziennym. Są jednak turnusy zagraniczne: Wyspy Kanaryjskie, Majorka, Tunis, Maroko, Francja, Włochy… Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że taki niepełnosprawny o ograniczonych możliwościach percepcyjnych i tak nie wie, dokąd jedzie i co tam będzie robił, ale terapeuci mają własną koncepcję usprawniającą umysł, a w razie potrzeby gotowi są pochwalić się sukcesami, które wynikły właśnie z takiego sposobu działania.

Furuboda to ośrodek rotacyjny. Gdy po jakimś czasie pacjenci usamodzielnili się w określonym programem stopniu, zostają odsyłani do domów, a na ich miejsce przyjeżdża nowa grupa, poddawana podobnym zabiegom. Starzy pacjenci mogą jednak w każdej chwili liczyć na ponowne przyjęcie, jeżeli tylko z jakichś względów pogorszył się ich stan zdrowotny lub osłabły usprawnione tutaj nawyki adaptacyjne.

Jak znaczną rolę przypisuje dziś społeczeństwo szwedzkie do działalności  rehabilitacyjnej, świadczy przypadek Martiny Schaub. W rok po zarzuceniu kontrowersyjnych praktyk sterylizacyjnych urodziła się Martina. Zgodnie z dotychczasową teorią właściwego doboru genetycznego dziewczynka nie powinna się urodzić, ale… przyszła na świat jako mongoloid z upośledzeniem umysłowym średniego stopnia (imbecylizm). Ponieważ jej matka zadeklarowała publicznie, że zrobi wszystko, aby dziecko wyszło z kalectwa, jeden z dziennikarzy telewizyjnych, Bjoern Henriksson, postanowił uwiecznić jej dzieło na taśmie. Robił to systematycznie, jak zagorzały kibic odnotowujący kolejne sukcesy ulubionej drużyny piłkarskiej. Bez tego filmu nawet najbardziej optymistycznie nastawiony do świata psycholog nie uwierzyłby w to, co się stało. Upośledzone umysłowo dziecko mongoloidalne ukończyło dziewięć klas szkoły normalnej, nauczyło się grać na pianinie, mówić po angielsku i obsługiwać komputer.

Dzieła tego dokonała uparta matka, wspierana w ciągu tych wszystkich lat przez specjalistów, opłacanych państwowymi pieniędzmi. To naprawdę zakrawa na cud, ale ten cud zdarzył się na oczach całego społeczeństwa szwedzkiego.

Jak wszędzie, tak i tu problem ma swoje plusy i minusy. Na absolutnym minusie jest matka Martiny, która przez dwadzieścia cztery godziny na dobę poświęcała się tresurze własnego dziecka. Słowo „tresura” jest jedynym adekwatnym określeniem dla jej pracy. Przynajmniej w pierwszych latach przystosowywania dziecka do życia. Zademonstrowała nieprzeciętną wiarę w sukces tego, co robiła, mimo że podręcznikowa psychologia rozwojowa wyklucza urzeczywistnienie takich marzeń.

Martina jest świadoma, jaką pracę wykonała jej matka. Przed kamerą głośno oświadcza, że to, do czego dziś doszła, jest teoretycznie niemożliwe. Natomiast praktycznie ma Martina samodzielną pracę w szpitalu, gdzie obsługuje pacjentów jako asystentka personalna. Wbrew wszystkim teoriom rozwoju człowieka!

 

* * * * *


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko