Andrzej Wołosewicz – Nie pytaj poetę, co chce powiedzieć – o poezji Zbyszka Milewskiego

0
186
Ryszard Tomczyk

Andrzej Wołosewicz



Nie pytaj poetę, co chce powiedzieć – o poezji Zbyszka Milewskiego



Ryszard TomczykPoezję Zbyszka Milewskiego znam o dłuższego czasu (jak i samego poetę takoż) i tak samo długo mam z nią problem. Przypomnijmy dla porządku, że jest on autorem wielu tomików, laureatem wielu nagród (ostatnio nagrody im. Słowackiego) – daruję sobie ich wymienianie, nie jestem biografem Zbyszka, a informacje o jego niebagatelnym dorobku są i na stronach ZLP i w wielu miejscach miłościwie nam panującego internetu. Każdy potrzebujący znajdzie o Zbyszku wszystko sam, bez trudu. Mnie interesuje poezja i mój z nią kłopot, a okazja zdarza się taka, że w primaaprilisową środę jest spotkanie z Zbyszkiem w Domu Literatury w Warszawie. Pomyślałem, że warto się na nie wybrać, by zapytać o to i owo. Zerknąłem więc do moich uwag o poezji Zbyszka spisywanych zupełnie nie a propos, robię tak z wieloletniego przyzwyczajenia, nie ufam już tak swojej pamięci jak kiedyś. Nie to, że kiedyś była taka doskonała a teraz nie, tylko to, że teraz nie jestem tak naiwny wobec jej doskonałości, jak byłem kiedyś. Stałem się podejrzliwy wobec samego siebie.

Oto, co zanotowałem jakiś czas temu:

Zbyszek Milewski ma dobre poetyckie oko, przez co jego  są oryginalne, ciekawe, zaskakujące. I to w porządku. Jest tu Zbyszek jak dziewczynka z wiersza Safony, która dziwi się temu czemu zwykły śmiertelnik nie, nad czym on przechodzi do porządku dziennego, bo tego nie zauważa, albo świat jest dlań zupełnie niezaskakujący. (Tak zresztą – chwała Bogu –  wygląda nasze codzienne funkcjonowanie: nie musimy za każdym krokiem i każdą myślą wszystkiego od początku negocjować ze światem, bo działa zniewalająca moc kultury.) Co więcej, Zbyszek potrafi dla tych swoich obserwacji znaleźć  swój specyficzny prywatny język, co dla poety jest niezwykle ważne. To wszystko jest naprawdę ważne i dobre. Kłopot mam tylko z tym, że obu „środków” tego widzenia i języka używa do…. Opowiadania mniej lub bardziej banalnych treści, a często zadawala się poetycką sprawozdawczością tych obserwacji. Chciałbym, aby Zbyszek Milewski dojrzał treściowo właśnie, aby coś opowiedział, a nie tylko przyglądał się minoderyjnie w lustrze, że dobrze mu to wychodzi (to, czyli pisanie wierszy). Liczę, że Zbyszek kiedyś) zrozumie, że tak nie zostaje się w literaturze na trwałe.

No, to zrobiłem dopuszczalną, ale dziwną rzecz cytując samego siebie. Jednak było mi to potrzebne do dalszego wywodu, a ten dalszy wywód ma swoje niespodziewane uzasadnienie.  Wyniknął on bowiem – rzecz trochę skomplikowana – z lektury wypowiedzi Jalu Kurka będącej jego słowem wstępnym do wyboru myśli o poezji Tadeusza Peipera.[1] Kurek pozwolił sobie na dłuższe wynurzenia, bo skonstatował po latach, że i Peiper i Brzękowski (autor drugiego wstępu do tej samej książki) wydali swoje teoretyczne wypowiedzi w formie książek właśnie, gdy on tylko w postaci rozsypanych na przestrzeni lat artykułów w prasie literackiej. Tu sobie trochę to zrekompensował. Mamy dzięki temu możliwość przyjrzenia się rozważaniom wszystkich trzech poetów. I to przyglądanie się właśnie  o t w o r z y ł o mi oczy na wartości poezji Zbyszka Milewskiego, których wcześniej nie dostrzegałem, albo które mnie trochę denerwowały jak wskazuje przywołana już wypowiedź. Teraz jestem w stanie wytłumaczyć sam sobie swoje wcześniejsze nierozumienie Milewskiego. Mam nadzieję, że pomoże ono i innym w podobnej do mojej sytuacji. Wyjaśnić też od razu wypada, że nie idzie mi o żadne podobieństwa Milewskiego do któregokolwiek z przywołanych autorów; te tropy mnie interesują. Idzie raczej o uświadomienie, co i po co można robić z językiem w poezji. Kurek powiada: „Nieważne, co się poecie w głowie rozświetla, ważne, ile z tego blasku wytopi się w słowie. Nie sztuka widzieć cudowne krajobrazy, sztuką jest je cudownie wyrazić. Z uwagi na bogactwo wyobraźni zakasuje poetę byle nerwowy inteligent chory na bezsenność czy też narkoman. Czarować, przeklinać, zaklinać potrafi szofer, przekupka czy zakochana licealistka. Poeta powinien powściągać galopujące słowa, kierować nimi; w tym rozumieniu powiada Puszkin o poecie: „ty car”. A już stary Goethe uczył, że po umiarze poznaje się mistrza. W mitologii poeta jeździł na Pegazie, a więc jego rola kiełznająca, interwencyjna, trzymająca w cuglach jest tu wyraźna. Nie jest wylewem, zalewem, ani zlewem, to sprawa wyboru, doboru, kompozycji. Należy słowo opanować, zawładnąć nim, uczynić z niego instrument posłuszeństwa, nie – stawać się jego ofiarą, ginąc samobójczo od jego bełkotu. Jeśli wyobraźnia jest światem bez granic, to ogranicza ją właśnie i jedynie słowo. Stąd pragnienie poetów: rozsunąć jak najdalej granice słowa.”

Siedząc po raz któryś nad tomikiem Zbyszka „Złote i czerwone” (2010) dzięki stosunkowo krótkiej formie pomieszczonych tam wierszy, często zbliżonej do haiku doznałem owego otwierającego olśnienia, że mam przed sobą „szczęśliwe uściślenie procesu twórczego – nic z opisu, sam błysk widzenia.” (to znowu Jalu Kurek), że „nie w słowie zatem jako takim finalizuje się proces twórczy; wszelka myśl porządkująca skrapla się w doborze i w organizacji tkanki słownej.” (Kurek). Jeżeli – jak zauważa Kurek – „Przyboś widział poezję w międzysłowiu, a więc w czymś nieczytelnym, lecz doznawanym intelektualnie czy odczuwanym emocjonalnie”, to właśnie to dostrzegam u Zbyszka, teraz dostrzegam.

Tak więc – zostawiając na boku wszelkie możliwe porównania, których tu nie dokonuje i dokonywać nie chcę – warto czytać klasyków, bo otwierają oni oczy wcale czy nie tylko na siebie (na nich jesteśmy otwarci przez literacką socjalizację, której poddała nas szkoła, niektórych skutecznie zniechęcając do poezji niestety, ale to inny problem) lecz na nam współczesnych jak mnie tutaj na Zbyszka. Wydaje mi się, że teraz lepiej widzę u niego to, co Kurek (za Przybosiem) nazywa międzysłowiem, dzięki czemu będę mógł wrócić do wcześniejszych nie-rozpoznań z nadzieją, że uda mi się wejrzeć i  w treści, o których brak Zbyszka oskarżałem. Dla mnie jest to nauczka, że warto pozbywać się (na tyle na ile się da) „własnych okularów” w patrzeniu na innych poetów, szczególnie tych, którzy zdecydowanie inaczej niż my sami operują językiem. Nie łatwe to, ale możliwe, okazuje się też zasadne. A druga lekcja, to uporczywe wracanie do klasyków, bo to mi pozwoliło szerzej otworzyć oczy. Mam nadzieję, że Zbyszek nieustanie w swoim międzysłowiu i we własnym sposobie wytapiania słów i nie zgubi także takich jak ja, czyli bardziej opornych czytelników, czego Zbyszku sobie i Tobie życzę.



[1] Tadeusz Peiper,  Myśli o poezji, Kraków 1974

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko