Wacław Holewiński – Mebluję głowę książkam

0
170

Wacław Holewiński



Mebluję głowę książkami



mebluje-glowe


 

Trzydzieści cztery teksty Mariusza Soleckiego zawarte w „Historiach pisanych przez wojnę” były wcześniej publikowane w różnych czasopismach – Frazie, Gazecie Polskiej, Więzi, Tygodniku Solidarność, Odrze. Te szkice to ludzie, ludzie z tragiczną przeszłością, ludzie pozbawieni swych małych Ojczyzn, ludzie przeklęci i wyklęci przez władze, ale także Ci, którzy poświęcili tej Ojczyźnie to, co najważniejsze – życie.

Autor podzielił swoją książkę na trzy części: w pierwszej, nie będę ukrywał, dla mnie najlepszej, opowiada historie ludzi wysiedlonych z Kresów na „odwieczne ziemie piastowskie”, w drugiej przypomina – często zapomniane – sylwetki armii podziemnej, w trzeciej tych, którzy nigdy się nie poddali – Żołnierzy Wyklętych.

Mam pewien problem ze zdefiniowaniem tej książki – są tu reportaże, szkice, teksty najogólniej mówiąc dydaktyczne, są recenzje, jest też wywiad. Taki misz-masz – to nie zarzut – którym Solecki buduje polską historię. Tragiczną, smutną, czasami wzniosłą, czasami okrutną, zawsze jednak patriotyczną, niepodległościową. Bo nawet jeśli opisuje zbrodniarzy, kolaborantów, tych którzy oddali duszę diabłu, zawsze znajduje też przeciwwagę – dobro tych, którzy odnaleźli drogę bez zdziczenia, bez fałszu, bez wyrzeczenia się dekalogu.

Tragiczne losy polskich kresowian – dzieci oglądających mordowanie najbliższych, zanik jakichkolwiek więzi między żyjącymi przed wojną w zgodzie Polakami i Ukraińcami /także Żydami/, ucieczka, przesiedlenie. I trudne, piekielnie trudne budowanie od nowa życia na Ziemiach Zachodnich. Budowanie z poczuciem tymczasowości, niepewności, z wszechwładną nową władzą, która może dać, ale i może zabrać. Porozrywane nitki łączące najbliższych, okrucieństwo i bezwzględność.

Albo: łapanka do Ludowego Wojska Polskiego. Chcesz, nie chcesz, zagnali i już. Szczęście, że do artylerii i że z bratem. A potem coraz dalej i dalej na zachód, aż do Berlina. A potem zamiana kresowych Ostapii na – nikt nie wiedział na zawsze czy tylko na chwilę – poniemieckie Długie /Langheinersdorf/. Niemcy, Rosjanie, Polacy, UB, szabrownicy.

Albo: okupacyjna miłość – ona Niemka, on Polak, robotnik przymusowy. Wyszło na jaw. Pluton egzekucyjny za „związek nieczysty rasowo”, pohańbienie, wygolona głowa kobiety i kartka na jej szyi „ona k…ła się z Polakiem” i cudowne ocalenie siostry przez bohaterkę reportażu…

Niemka, Polak, ojczyzna – duża, mała, wyjeżdżać, zostać? Wyjeżdżać…

Albo: Sowieci na Podolu, UPA, ucieczka, tabory, strzały, wygnanie z Kresów, poniemieckie skarby, gwałcona przez trzydziestu czerwonoarmiejców baronowa von Kottwitz…

Albo, albo, albo… Wstrząsające to historie.

Jak to jest, gdy nazywasz się Adam Mickiewicz. Nie ukrywam, znałem tę historię wcześniej. Ale, jak to jest, gdy ten najsłynniejszy, ten, którego wszyscy Polacy znają już od wczesnych lat, zabiera należne ci miejsce w historii? Gdy podczas niemieckiej okupacji robisz więcej niż powinieneś, więcej niż możesz, a drugi okupant – to przecież właściwe słowo – wsadza cię do pierdla, torturuje, znęca się… I umierasz w zapomnieniu.

Jak to jest, gdy jesteś wielkim, uznanym pisarzem – takim był przecież Juliusz Kaden Bandrowski i gdy wojna odbiera ci synów-bliźniaków. Odbiera ci, bo poszli konspirować, bo Polskę znali nie tylko z książek ojca – znaczyła dla nich pewnie dużo więcej niż zapisane przez niego strony. Zginęli z bronią w ręku. Jak żołnierze… Cierń i rana nie do zagojenia.

Jak to jest być przełożoną w kobiecym klasztorze i na początku wojny przypomnieć siostrzyczkom: „Pamiętajcie, że Chrystus mówił: Nie ma większej miłości do Boga jak wtedy, kiedy się daje życie swoje za przyjacioły swoje”, a potem ten przekaz realizuje się z całą mocą i chroni kilkunastu Żydów bez żadnych wahań. I dać im granaty – a więc uczyć zabijać. A potem odejść – z klasztoru? Od Boga?

Stanisław Jerzy Lec, Zofia Kossak- Szczucka, Tadeusz Borowski, Baczyński, Krystyna Krahelska, Józef Szczepański /ten od „Czerwonej Zarazy” ale i od „Pałacyku Michla”/. Zginęli, przeżyli, zatracili się w komunizmie, albo odwrotnie nigdy nie zatracili wiary. Ile znaczyli dla polskiej kultury, ile mogli znaczyć? Gdzie była cienka granica oddzielająca bohaterów od zaprzańców?

I jeszcze ten nieszczęsny Hans Kloss. Pisze Solecki i trudno nie przyznać mu racji: „… jako żołnierz Armii Czerwonej, wojska najeźdźcy wykonujący rozkazy stalinowskiej ‘centrali’ – nie może być nasz. Chyba że… Poszedł do bolszewików z intencjami Konrada Wallenroda. Tak, przydałoby się Stawkę większą niż życie napisać od nowa.”.

I jeszcze część trzecia – Wilki. Świadomie piszę z dużej litery. Ci, którzy się nie poddali. Do końca wierzyli, do końca walczyli. Nie zawsze z własnego wyboru, może nawet częściej dlatego, że zmuszała ich do tego sytuacja, że nie dano im żyć, że szykanami, aresztami najbliższych zmuszano ich do powrotu do lasu. A czasami świadomie od początku do końca z jakimś tragicznym przekonaniem, że nie ma lepszego wyjścia, że należy trwać, chronić przed złem, że najeźdźca – niezależnie od tego czy z zachodu, czy ze wschodu – jest dalej najeźdźcą, któremu zaufać, znaczy tyle, co zawiązać sobie sznur na szyi.

historie-pisaneTrudne Solecki daje zestawienia – Herbert i Gałczyński /warto, naprawdę warto przeczytać jego obrzydliwą Piosenkę o wilkach – jak po niej dalej kochać autora Rozmowy lirycznej, no jak?/, Janinę Broniewską i Janinę Żubrydową, Czesława Białowąsa i trzech jego braci /to wstrząsający tekst, historia nie do uwierzenia/. Trudne też wybory – z jednej strony czterech braci Pawełczaków, którzy bili się do końca /przeżył jeden/, z drugiej Jana Rodowicza „Anody” i Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, którzy nie chcieli się już bić, chcieli ułożyć życie swoje i swoich podkomendnych tak, jak to było możliwe. Ale możliwa była tylko śmierć. Wcale nie w walce, wcale nie z honorami.

Na koniec drobna uwaga. Ponieważ autor poświęcił też szkic mojej osobie – muszę się do tego tekstu odnieść. Solecki polemizuje z moimi słowami, że nie ma literatury poświęconej Żołnierzom Wyklętym, a w każdym razie – nie ma jej dużo. I przytacza Popiół i diament, Białe plamy, Na spalonym miłość, Ptaki lecą na zachód, jeszcze jakieś inne „utwory”. Panie Mariuszu, dobrze pan wie, że nie o takich książkach myślałem. Będę się upierał przy swoim. Żołnierze wyklęci to wciąż pustynia, step, na którym od czasu do czasu zakwitnie Pilecki, Żubryd, Dziemieszkiewicz, Nachtman, Stempkowska. Ale daleko nam do przekształcenia tego stepu w piękny, kwitnący ogród. Tyle i aż tyle.

„Historie pisane przez wojnę” warto czytać. Splótł w nich autor tragizm i wzniosłość, rys bohaterski i rys zdrady, dodał pomniki i zwykły los. Zwykły?

 

Mariusz Solecki – Historie pisane przez wojnę, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2015, str. 264


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko