Z lotu Marka Jastrzębia – Uzus drugiej świeżości

0
91

Z lotu Marka Jastrzębia

 

Uzus drugiej świeżości


jastrzab-marekCzy przetrwamy burzowy okres dominacji ludzi skoncentrowanych wyłącznie na sobie, nawykłych do absorbowania swoimi problemami całego otoczenia, skupionych  na zapobiegliwym krążeniu  wokół własnego biznesu?  Jacy są ci, co narzucają nam swój sposób życia?


Przeważnie są młodzi, dorodni, urodziwi nad podziw, szczęśliwi na pełen gaz, od małego kształceni na cwaniaków i wyrachowańców, co to niczego nie robią za darmo; od pieluchy są uczeni, że trzeba walczyć, rywalizować, tępić konkurencję, gdyż światem rządzi pieniądz oraz wywar z wrogości.


Owcza reszta stara się ich naśladować. Dorównać im kroku. Płynąć razem z masowym prądem. Zapobiegawczo dbają o higienę widocznego ciała; ciało niedostrzegalne, duch, wewnętrzne zmagania i rozterki, nie interesują ich wcale. Profilaktycznie więc przyozdabiają wspólną twarz ostrzegawczymi grymasami i przyjmują buńczuczną postawę wobec wszystkiego, co się rusza.


Troszcząc się o zachowanie fizycznej tężyzny, wściekle ćwiczą, uprawiają bicepsowe sporty. Odżywiają się sterydami, proteinami, witaminami, czymkolwiek gwarantującym chwilową długowieczność.


Ich naturalnym środowiskiem jest bokserski ring, na którym nie ma miejsca na przyjaźń, miłość, serdeczne i bezinteresowne uczucia, na jakieś ludzkie odruchy, te zaś odruchy traktowane są niczym objawy słabości. Zapatrzeni w siebie, chcą być twardzielami, pragną żyć bez oglądania się na innych.


Radzą więc sobie, jak potrafią: niektórzy są mądrzy na zabój: z naukowymi tytułami nadanymi przez uniwersytety. Inni szpanują mądrością tytułów kupionych na bazarze. A poza nimi, na społecznym dnie, w licznej grupie wykluczonych, zepchniętych na boczny tor dookolnego padołu, wegetują niekompletne i staruszkowate, ledwo zipiące stwory, nędzarskie figury przyspawane do bezradności, brudne i pokraczne, posiekane nieestetycznymi bliznami, bezdomne z losowego przypadku, odrzucone przez nasz porąbany czas, bezskutecznie dopominające się pomocy.   


Tu przynudzę: zdarzają się niebywale szpetni awanturnicy niweczący obraz wymagających opieki. Pod zmyślnym hasłem NAM SIĘ NALEŻY, wyrabiają krzywdzącą opinię ludziom jej potrzebującym.


To stada bezdusznych hipochondryków i sobkowatych roszczeniowców, to leserzy zapatrzeni  w swoje pępki, lekceważący innych, mniej cynicznych, przekonani, że szachrajstwo jest ich usprawiedliwieniem, że należą się im przeprosiny za parszywy los, jakaś godziwa rekompensata za ich usmarkane istnienie; sądzą, że krewni, znajomi, bliższa lub dalsza rodzina, wszyscy powinni im opatulać mimozowate ego, nadskakiwać, odgadywać zachcianki, przewidywać i uprzedzać ich najskrytsze życzenia.


Są sprytni w przesadnym manifestowaniu swoich cierpień. Oblatani z udawaniem nieporadności. Chcą być zaopiekowani, pozwalają się obsługiwać, pielęgnować, karmić. Chcą, by nad nimi lamentowano, załamywano ręce, wyrywano włosy z rozpaczy. Pragną, by martwiono się o nich, by razem z nimi współodczuwano. Przy czym WSPÓŁODCZUWANIE jest rozumiane przez nich w sposób specyficzny: polega na jednostronnym rozumieniu ich problemów, na pojmowaniu ich skomplikowanej sytuacji.


Gdyż ubzdurali sobie, że wszystkie istniejące na świecie rzeczy i sprawy, nijak się mają do stanu ich przygnębiającej egzystencji; fakt, że są pokrzywdzeni, poniekąd z automatu powinien nałożyć na resztę społeczeństwa obowiązek spełniania wszystkich ich postulatów.


Trują więc najbliższych swoimi humorzastymi, marudnymi dezyderatami. Z radością, dumą i nieskrywaną satysfakcją obserwują skaczących dookoła nich pocieszycieli. Pilnie zabiegają o to, by ich najbliżsi, ludzie dotychczas zdrowi, z usposobienia pogodni, optymistycznie nastawieni do świata, utracili werwę, nie byli przy nich aż tak denerwująco zadowoleni. Bo jak można być wesołym PRZY NICH, a zwłaszcza przy ich CIERPIENIU?


Są zazdrośni o przeżycia, które ich nie dotyczą. Zastanawiają się, jak można poruszać sprawy nie związane z ich pożałowania godnym położeniem. Czy nie lepiej jest poruszać tematy tak rozkoszne, jak ich samopoczucie? Dlatego, bezustannie, czy kto tego chce, czy niekoniecznie, składają swoje męczące, drobiazgowe raporty, biuletyny, sprawozdania ze stanu zdrowia.


Wymagają nieprzerwanego pochylania się nad ich nieszczęściem, podtrzymywania ich na charłaczym duchu, żądają bezdyskusyjnej aprobaty dla swoich poczynań; wolą nie myśleć o tym, że w pobliżu, w ich świecie, jest tyle piękna, miłości, tyle ciekawych widoków i niespenetrowanych miejsc, drzemie tyle zagadnień do rozwiązania, iż nie warto zajmować się tylko swoimi boleściami, plastrami i medykamentami.


Wolą nie wiedzieć i nie widzieć. Nic ich nie interesuje, a wszystko nuży. Czemu dają skwaszony wyraz. Mogą czytać, uczyć się, czują się jednak zwolnieni z obowiązku bycia normalnym człowiekiem.


 Dzięki ludziom interesownym, lecz przesiąkniętych duchem konsumeryzmu i dzięki ludziom pasożytującym na nas, mamy fikcję opieki nad wykluczonymi: odsywamy się od nich.


Proces degradacji społeczeństwa ciągle trwa, lecz powoli zapominamy, że nie każdy z nas nadaje się na wojownika z dzidą; milcząca mniejszość jest przerażona mołojeckim, ekspansywnym bydlęceniem i rozpustą pazerności ludzkiego gatunku; skromna i nieśmiała, nie pasuje do obowiązującego obrazka, uchyla się od odniesienia sukcesu za wszelką cenę, stroni od spektakularnego zwycięstwa, nie dąży do wbicia rywala w ziemię, a zapominamy, bo tak jest nam wygodniej.



Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko