Mirosław Prandota – Czarownice i pobożni sędziowie

0
308

Mirosław Prandota

 

 

 

 

CZAROWNICE I POBOŻNI SĘDZIOWIE

 

        

W dziejach każdego kraju istnieją okresy, które chętnie zostałyby przez jego mieszkańców wymazane z kalendarza na zawsze. Niestety, mimo pobożnych chęci, historii nie da się ani ulepszyć, ani też poprawić – trzeba się do niej przyzwyczaić.

 

 

palenie na stosieZbiorowe bajdurzenie

 Moda na czarownice zaczęła przemijać na południu Europy w drugiej połowie XVII wieku. Po roku 1675 już tylko kilka krajów, położonych „wyżej”, a wśród nich Austria, Węgry, Niemcy i Polska, polowało na czarownice.

Mniej więcej w tym czasie doświadczyła swojej narodowej paniki także Szwecja. Procesy miały tam jednak charakter odmienny, jako że prawo szwedzkie wymagało, aby potwierdzenie podejrzeń o czary dokonało się głosami sześciu świadków albo jednym głosem samej podejrzanej. Jeżeli takie warunki nie zachodziły, czarownicy nie wolno było skazać na śmierć.

Stała się jednak rzecz dość nieoczekiwana. Mianowicie na północy kraju, w pięknym pod względem krajobrazowym regionie Dalarna, mnóstwo dzieci lubiło słuchać legend o czarownicach nawiedzających jakieś mityczne polany, gdzie odprawiały imieniny lub urodziny.

Po pewnym czasie dzieci tak zasugerowały się historyjkami, że zaczęły opowiadać na prawo i lewo, jakoby to ich właśni rodzice lub sąsiedzi, a nawet starsi koledzy zabierali ich na taki szwedzki sabat.

5 lipca 1668 roku piętnastoletni Eryk Ericson uświadomił pastora z Elfdal (Dolina Elfów) w Dalarnie, że osiemnastoletnia Gertruda Svenson porywa dzieci, aby potem ofiarować je diabłu.

W jakiś czas później dziewczęta i chłopcy z Dalarny zaczęli oskarżać różne kobiety o to, że z nakazu diabła zabierały ich ze sobą, kiedy leciały na sabat, czyli na jakąś szwedzką Łysą Górę.

Już wkrótce Dalarna zaczęła być głośna w Sztokholmie. Oczywiście nie z powodu piękna krajobrazu, ale z racji diabła, który tam się przyczaił i zawładnął duszami setek dzieci. Panujący wówczas król Karol XI zarządził, aby pastorzy wygłaszali wychowawcze kazania oraz odprawiali modły. Diabeł jednak okazał się bardzo odporny na te zabiegi. W Dalarnie coraz więcej nastolatków czuło na sobie jego piekielną presję. Coś trzeba było zrobić z tym fantem. A nuż niepostrzeżenie pojawiła się tam armia duńska, aby zawładnąć krajem? Może żołnierze przebrali się za diabłów i chcą wypędzić mieszkańców z ich własnych domów?

13 stycznia 1669 roku w Dalarnie pojawiła się liczna i eskortowana przez wojsko komisja śledcza. Na powitanie wyszedł 3-tysięczny tłum, który domagał się natychmiastowego ukarania winnych, czyli tych czarownic, które tak nabroiły w regionie. Już następnego dnia komisja rozpoczęła przesłuchania trzystu dzieci oraz zadenuncjowanych przez nie czarownic.

 

Przelot na żerdzi

Dzieci poczuły się w roli przesłuchiwanych jakby urosły im skrzydła. Plotły co im ślina na język przyniosła. Zeznawały, że czarownice urządzały sobie ranking, bo każdej zależało na tym, aby na sabat przyprowadzić jak największą liczbę dzieci, a ta, która zwycięży, zajmie wysokie miejsce na diabelskiej liście zasłużonych. Jeżeli ta czy tamta czarownica nie przyprowadziła obowiązkowej piętnastki, wówczas diabeł bił je czym popadło.

Lecąc na sabat, owe panie dosiadały różnych zwierząt, ale przeważnie kozłów.

Kiedy dostojni komisarze królewscy pytali, jak mogło się zmieścić piętnaścioro dzieci na jednym koźle, odpowiadały, że czarownica wpychała długą żerdź kozłowi w zad, a na takiej żerdzi mogło zmieścić się nawet więcej niż piętnaścioro dzieci.

Lot takim niebotycznym wehikułem trwał dość długo, bo Szwecja jest rozległym krajem, a kończył się w Blakulli, gdzie na wszystkie strony rozciągała się piękna soczysta łąka. Kiedy czarownice i dzieci wylądowały i wyciągnęły kozłowi żerdź z tyłka, zwierzaki zajęły się chrupaniem trawy.

Wprawdzie na żadnej szwedzkiej mapie nie dopatrzono się miejscowości o nazwie Blakulla, ale śledztwo trwało nadal. A ze śledztwa wynikało, że sabat zaczynał się od uczty. Na pierwsze danie był kapuśniak ze słoniną, na drugie chleb z masłem, ser i mleko. Po uczcie następowała część artystyczna. Młodsze dzieci baraszkowały, zaś starsze uprawiały miłość z czarownicami przy dźwiękach muzyki.

Potem diabeł nakazał dzieciom wpisać się własną krwią do piekielnej księgi pamiątkowej, a kiedy już to nastąpiło, ochrzcił każde po kolei. Diabeł miał czerwoną brodę, nosił wysoki kapelusz z frędzlami, niebieskie pończochy i długie podwiązki. Krótko mówiąc – wyglądał jak wiejski drużba weselny i był w doskonałym humorze, chyba że za mało dzieci złoży mu wizytę, bo wtedy bije wszystkich kijem. Po tym pobiciu wszystkie dzieci miały siniaki i blizny.

 

Salomonowy wyrok

Sędziowie w skupieniu odnotowywali zeznania, a dopiero później zaczęli szukać siniaków u małych świadków. Niczego nie znaleźli, ale zaraz usłyszeli opowieść o tym, że czarownice swoją mocą sprawiły ich nagłe wyleczenie.

Zeznawały również przerażone czarownice. Od samego początku nawet nie próbowały zarzucić kłamstwa dzieciakom, bo były przekonane, że nikt nie uwierzy w żadne tłumaczenia. Gdy więc sędziowie zażądali okazania mocy diabelskiej, odpowiadały, że w tym bałaganie utraciły całkowicie moc.

Sędziowie udali się na długą nocną naradę, a zachwycone sobą dzieci nie mogły zasnąć z wrażenia, tak im się spodobała rola, w jakiej wystąpiły przed dostojnymi sędziami ze stolicy kraju.

Początkowo zaistniały obawy, że komisja odjedzie z przysłowiowym kwitkiem, bo prawnicy wchodzący w jej skład zgłaszali zastrzeżenia co do wiarygodności zeznań dziecięcych i zamierzali umorzyć sprawę. „Na szczęście” w porę zareagowali duchowni, również członkowie komisji, którzy wyperswadowali swoim świeckim kolegom taką lekkomyślność, powołując się na psalm biblijny mówiący o ustach niemowląt jako krynicy prawdy Bożej. Był to argument przekonywający.

Następnego dnia sędziowie odczytali nazwiska wybranych 23 czarownic, które przyznały się do winy i teraz miały zostać spalone na stosie. Tego samego dnia wykonano wyrok. Tłum patrzył, jak kobiety wyły z bólu, ale nikt jeszcze nie reagował, bo księża-dyżurni przekonywali, że dzięki bólowi diabeł również usmaży się w ogniu.

Potem komisja zabrała się do 47 kobiet, które nie przyznawały się do udziału w konferencjach z diabłami. Ponieważ były bardzo uparte, czego sędziowie nie mogli spokojnie znosić, poszły na stos co do jednej. Tłum cieszył się i klaskał, dzieci śmiały się z radości, a czarownice płonęły żywcem.

Niestety, komisja wcale nie miała zamiaru odjechać od razu do Sztokholmu. Po kolejnej debacie sędziowie ustalili, iż niektóre dzieci są już tak zainfekowane wpływem diabelskim, że nie ma dla nich miejsca na tej ziemi.

Ludzie nagle przestali się śmiać, a przerażeni rodzice nie mogli uwierzyć własnym oczom, kiedy żołnierze zabierali im płaczące dzieci, przywiązywali do kłód drewna, które cała wieś wcześniej ułożyła w eleganckie stosy i – podpalili. Nikt już nie bił brawa, nad wioską zaległo przerażenie.

Przy akompaniamencie przeraźliwego narzekania dorosłych piętnaścioro dzieci zostało spalonych żywcem.

Komisji nie wystarczyło również i to morderstwo. Aby sprawiedliwości stało się zadość, pięćdziesięcioro młodszych dzieci skazano na wychowawczą chłostę, po której kilkoro z nich zmarło. Dopiero wtedy komisja z czystym sumieniem powróciła do stolicy.

 

Plaga czarowników i czarownic

Wydarzenia w Dalarnie nie podziałały odstraszająco na urzędników królewskich, nie pobudziły do refleksji. Procesy o czary trwały więc nadal na terenie całej Szwecji.

W latach 1674 i 1675 na północy kraju, w Angermanlandii, rzadko zaludnionej krainie leśnej, tylko w trzech parafiach spalono 70 osób.

Pech chciał, że w tym samym roku 1675 czarownice pojawiły się w samej oświeconej stolicy kraju. Mieszkańcy zaczęli oskarżać się wzajemnie o najgorsze czary, plaga oskarżeń rosła z dnia na dzień, w końcu doszło do tego, że wszyscy mieszkańcy zasłużyli na renomę czarowników. Państwu groził prawdziwy dramat, bo zanosiło się na to, że kat, który wrzuci na stos czarownika lub czarownicę, za chwilę sam zostanie wrzucony w to samo miejsce przez innego kata, tamten znowu przez innego i w końcu Szwecja zarośnie lasem od morza aż po granicę z Norwegią.

Kościół, czując, co się święci, zaczął wzywać do ogólnego postu, żalu za grzechy i do publicznych modlitw, co i tak niewiele dało, bo więzienia były pełne czarowników płci obojga, a inni czarownicy mieli wyznaczony areszt domowy w oczekiwaniu na zwolnienie się miejsc za kratkami.

Król, któremu ciągle wydawało się, że na jego tron czyhają Duńczycy, Niemcy i Polacy, poczuł się totalnie zagrożony, kiedy aresztowanych zostało kilku czarowników-oficerów, pełniących obowiązki dowódców armii szwedzkiej. Jeżeli tak dalej pójdzie, to nie będzie komu bronić Szwecji przed inwazją z zewnątrz!

Zagrożony monarcha powołał nową komisję, stawiając na jej czele lekarza Urbana Hjaerna. Ten zaś nie dał się zastraszyć duchownym i zamiast prowadzić śledztwo wobec osób oskarżonych o czary, rozpoczął śledztwo od przesłuchań donosicieli. Historia nagle się odwróciła, bo kiedy donosiciel nie potrafił udowodnić, że oskarżony przez niego czarownik rzeczywiście potrafił czarować, lądował w więzieniu na miejscu oskarżonej dotychczas ofiary. Sytuacja zmieniła się więc o tyle, że ofiary zostały uwolnione, natomiast oskarżyciele zamknięci.

Tragikomiczną sytuację rozwiązał dopiero król, który wydał zakaz dalszych prześladowań w stolicy i w ten sposób Sztokholm wyzwolił się spod zarazy, jaką było oskarżanie o czary.

 

Złodziej przy palu męczarni

Ludność stolicy kraju przywołała rozum na swoje miejsce, ale nie oznacza to wcale, że podobna sytuacja zapanowała na prowincji. Tam ciągle straszyło. I znowu wypadło na Dalarnę, tyle że sto lat później. A było to tak:

Pewien złodziejaszek oskarżył trzynaście kobiet wiejskich o czary. Wybrał akurat te, które wcześniej w mniejszym lub większym zakresie obrabował i teraz obawiał się zaskarżenia, bo złodziejom szwedzkim ucinało się wtedy rękę. Nie wszędzie i nie zawsze, ale trzeba było liczyć się właśnie z takim obrotem sprawy.

Postanowieniem prokuratury czarownice zostały poddane torturowaniu, więc przyznały się do winy. Wyrok miał wydać starosta pełniący funkcję sędziego.

Tłum, jak to zwykle bywa, stał i czekał, domagając się tylko i wyłącznie kary śmierci na stosie, bo bardziej ekscytujących przedstawień wtedy nie urządzano. Tymczasem starosta po zapoznaniu się ze sprawą uwolnił wszystkie kobiety, natomiast chłopaka zmusił do publicznego opowiedzenia o swoim oszustwie, potem kazał przywiązać go do pala i bić tak długo aż wszyscy, którzy przedtem domagali się krwawego widowiska, zaczną błagać o litość dla intryganta. W efekcie chłopak bity grubym bykowcem szybko stracił przytomność, a w niedługi czas później również życie. Ludzie mieli więc widowisko, za jakim tęsknili.

Postępowanie starosty zostało już na drugi dzień zakwestionowane przez biskupa Dalarny, Troilusa. Napisał on do króla list, w którym ujawnił swoją głęboką troskę, jako że palenie czarownic powinno być obowiązkiem każdego pobożnego obywatela, a tymczasem starosta „dopuścił się rebelii względem wiary”.

Do zajęcia się sprawą został zmuszony sąd królewski.

Po przewlekłej rozprawie tenże sąd uniewinnił wszystkie kobiety, natomiast sędziego śledczego, który wcześniej bezprawnie nakazał wobec nich tortury, skazał na pięć lat więzienia, wysoką grzywnę i zapłatę odszkodowania osobom bezprawnie torturowanym.

Niestety, sędzia zdołał uciec do Niemiec, gdzie przyjęto go z honorami jako pobożnego podpalacza stosów (Niemcy dzierżyli wtedy europejski rekord palenia czarownic, co zresztą – jak twierdzą złośliwi historycy – weszło im w krew tak dalece, że nie potrafili zrezygnować z tej formy uszczęśliwiania ludzi aż do czasu rozgromienia Trzeciej Rzeszy), a wtedy skarb państwa wypłacił kobietom trzy tysiące talarów tytułem odszkodowania.

 

Protest ławników

Ostatnim krajem skandynawskim, gdzie zaczęto polowanie, była Finlandia, która wtedy należała do Szwecji. Czołowym inkwizytorem stał się tam sędzia sądu świeckiego Nils Psilander. Człowiek ten przyswoił sobie tradycję niemiecką w kwestii czarów, toteż szybko postarał się o wyłowienie pokaźnej liczby czarownic, a że posłużył się metodą tak zwanej reakcji łańcuchowej polegającej na domaganiu się podania jak największej liczby wspólników, cel osiągnął.

Na terenie Finlandii zawsze osiedlała się duża liczba Szwedów, szczególnie rybaków, którzy w fińskich jeziorach potrafili znaleźć dla siebie większe łupy niż w rodzinnym kraju. I okazało się rzeczą charakterystyczną, że w trakcie krótkiego okresu prześladowań było tam tylko kilku czarowników fińskich, natomiast cała reszta wywodziła się ze środowisk szwedzkich. Finowie okazali się więc lepszymi pragmatykami niż ich pobratymcy z zachodu i odrzucili zdecydowanie wiarę w czary.

Przeszkodą do zlikwidowania procederu był jednak ciągle ów Psilander, który nie ustawał w zabiegach namawiania Finów do poszukiwania czarownic, strasząc ich karami doczesnymi oraz piekielnymi. A kiedy już wydawało się, że ludzie ulegną i kraj zorganizuje sobie całkiem gorące żniwo mimo zimnego klimatu, nagle zaprotestowali ławnicy sądowi, dopatrując się manipulacji ze strony zimnokrwistego inkwizytora.

W efekcie na terenie szwedzkiej wtedy Finlandii skazano na śmierć zaledwie kilkadziesiąt czarownic, natomiast ponad połowa została uniewinniona, inne kobiety dostały karę pokuty lub grzywny, a w przypadkach dyskusyjnych więzienie.

Na szczęście wiek XVIII stał się dla Szwedów już tylko sceną wstydliwych wspomnień o żyznym posiewie głupoty, jaką ludzie, zdawałoby się, wykształceni zafundowali swoim obywatelom. Niestety, w Niemczech, Polsce i Szwajcarii wiara w czary była zbyt silna, aby odpuścić tak szybko, więc procesy czarownic trwały jeszcze kilkadziesiąt lat (w Polsce do 1775 roku). Natomiast ostatni europejski proces o czary odbył się w roku 1782 w szwajcarskim mieście Glarus, gdzie służąca została oskarżona przez sędziów miejskich o „zadanie choroby” córce lekarza i uśmiercona przez ścięcie.

Tym razem jednak Europa zareagowała gremialnym śmiechem. Niemal we wszystkich krajach gazety drukowały nazwiska sędziów, opatrując teksty ich karykaturami. Ośmieszenie okazało się do tego stopnia skuteczne, że po cichu wypuszczono z więzienia i uratowano przed stosem młodego pastuszka, który na wiosnę tak zaczarował krowy sąsiadów, że nie chciały dawać mleka. Na tym wydarzeniu oczywiście nie kończy się historia wszelkiej głupoty, ale akurat ten wycinek został prawdopodobnie na zawsze zamknięty.

                                                                                                             M. P.

* * * * *

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko