Hanna Dikta – Ta kobieta

0
121

Hanna Dikta



Ta kobieta


Andrzej HałajkiewiczWiedziała, z czym przyszedł, zanim wymówił pierwsze słowo. Właśnie tak to sobie wyobrażała, stanie w drzwiach, nagle poważny i dorosły, odgarnie grzywkę, odkaszlnie nerwowo.

– Mamuś, możemy porozmawiać?

– Oczywiście, synku. – Zdjęła okulary i ostrożnie położyła je na stoliku. Wsunęła zakładkę do książki. Trzymając się podłokietnika, podniosła się powoli z fotela. Od złamania minęły cztery miesiące, ale noga wciąż ją bolała. Zachciało się starej wariatce joggingu. Marcin musiał zauważyć bolesny skurcz, który na moment wykrzywił jej rysy, bo wyciągnął do niej rękę. – Usiądź – Złapała go pod ramię i łagodnym gestem pociągnęła za sobą na tapczan. Siedzieli w milczeniu, popatrując na okno, za którym rozszalała się właśnie śnieżna zawierucha. Duże płatki lepiły się do szyby niczym strzępy cukrowej waty. Sonia była zupełnie spokojna, nie odczuwała lęku, najdrobniejszego nawet niepokoju. Działo się to, co miało się zdarzyć, na co podświadomie czekała od dziewiętnastu lat.

– Mamo, nie chciałbym, żebyś mnie źle zrozumiała… – w końcu Marcin przerwał milczenie. Lewy kącik ust drżał mu delikatnie, jak zawsze, kiedy się denerwował. Uspokój się, syneczku, miała ochotę powiedzieć, ugryzła się jednak w język. Przecież Marcin od dawna nie był już dzieckiem.

– Nie zrozumiem. – Pogłaskała syna po ręce. Przyglądała się jej, dużej i ciepłej, pokrytej meszkiem ciemnych włosów, z niedowierzaniem. Wciąż tak dobrze pamiętała moment, kiedy zobaczyła rączkę synka po raz pierwszy. Złapał ją za palec i nie chciał puścić. Potem zasnął ufnie wtulony w jej ramiona. – Od dawna jestem gotowa na tę rozmowę. – Podniosła oczy na Marcina.

– Wiesz, o co mi chodzi? – zapytał, marszcząc czoło.    

– Chciałbyś poznać swoje korzenie, tak? Chcesz odnaleźć… – zawahała się na moment – tę kobietę? – W rozmowach z synem o adopcji, których nie było zresztą zbyt wiele, bo nigdy szczególnie nie interesował się tematem, zawsze tak właśnie ją nazywała – ta kobieta. Gdy był młodszy – pani, która cię urodziła. Wyraz “mama”, nawet “matka biologiczna” nie chciały jej przejść przez gardło. Zresztą w ośrodku doradzali im właśnie taką terminologię, psycholog powiedział, że posiadanie dwóch matek tylko namieszałoby dziecku w głowie. “Mamą jest pani, ona – kobietą, która urodziła” – tłumaczył. Sonia czekała, aż na twarzy Marcina pojawi się ulga, nic takiego jednak nie nastąpiło. Nadal był spięty. Wysunął dłoń z rąk matki i zaczął bawić się frędzelkami przy bieżniku. Pomarańczowy, wełniany, dzisiaj już się takich nie robi. Odziedziczyła go po ciotce Krystynie, siostrze mamy. Podobnie jak dwa obrotowe fotele z wysokimi oparciami, które uwielbiała jako mała dziewczynka, a potem przepadał za nimi jej syn i wszystkie odwiedzające ich dzieciaki. Wygodne siedziska miały tylko jeden feler, zawsze spadały z nich narzuty. Patrząc na zaciętą twarz Marcina, Sonia poczuła delikatne ukłucie niepokoju. Skąd ten dystans między nimi? Dlaczego syn wciąż się denerwuje? – Nie martw się, pomogę ci. Jesteś już pełnoletni, ośrodek poda nam jej adres. Potem, jeżeli będziesz chciał, pojadę tam z tobą – tłumaczyła spokojnym głosem.

Syn błądził wzrokiem ponad jej głową, zagryzając wargi, aż stały się zupełnie białe. 

– Nie musisz, mamo. Ja… – przełknął głośno ślinę – już się z nią spotkałem.

– O czym ty mówisz? – Spojrzała na syna przerażonym wzrokiem.

– Spotkałem się z nią, mamo. Kilka razy. Ona – wyraz jego twarzy nagle złagodniał – jest w porządku. Nie chciała mnie skrzywdzić. 

Sonia poczuła wirowanie w głowie. Język zamienił się w drewniany kołek, kompletnie wyschło jej w ustach. Sięgnęła po zimną kawę, stojącą na stoliku od śniadania i upiła duży łyk. Cierpki napój wykrzywił jej twarz.

– Szukałeś jej sam, beze mnie? Spotykasz się z nią? – W głębi duszy ciągle jeszcze miała nadzieję, że syn zaprzeczy. Mogła się przecież przesłyszeć, źle zrozumieć…

Potaknął. Ciemne kosmyki opadły mu na policzki.

– Kiedy?

– Co kiedy? – Marcin spojrzał na nią z ukosa.

– Kiedy ją odnalazłeś? – Odpięła guzik przy kołnierzyku, nagle zrobiło jej się duszno.

–  Zacząłem szukać pół roku temu, pierwszy raz spotkaliśmy się – ściągnął usta –  jakiś miesiąc później.

– Skąd miałeś adres ośrodka? Szperałeś w moich rzeczach? A potem pojechałeś we wszystkie te miejsca i nie powiedziałeś mi o tym ani słowa?! Przez pół roku?! – Szok ustępował miejsca wściekłości. Sonia przemierzała pokój energicznym krokiem, nie zważając na rwący ból nogi. W końcu stanęła naprzeciwko syna, opierając ręce na biodrach. – Wyjdź – powiedziała, dziwiąc się brzmieniu swojego głosu. Był zgrzytliwy, jakby ktoś przejechał nożem po szklance. Nie mogła sobie przypomnieć, aby kiedykolwiek odezwała sie do Marcina w taki sposób.

Syn podniósł się posłusznie z tapczanu, ale zamiast do drzwi, podszedł do matki.  Wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia. Skurczyła się, jak oczekujące na cios dziecko.

– Mamuś, uwierz, strasznie mnie to męczyło… – szepnął.

– Rzeczywiście, strasznie! – Na zaczerwienionej ze złości twarzy Soni pojawił się ironiczny uśmieszek. Podeszła do barku, z którego wyjęła paczkę Marlboro. Miętowych, paliła tylko takie. Wysupłała z kieszeni podomki zapałki, potarła siarką o drewnianą ściankę. Z tlącym się papierosem stanęła przy oknie. – Marcin, wyjdź, chcę zostać sama – powtórzyła normalnym głosem, z twarzą przy szybie. Śnieg przestał padać, nad ciemną ulicą rozbłysły żółtawe światła latarni. Wszystkie cztery zapaliły się w tym samym momencie.

Przez kilka sekund panowała zupełna cisza, po chwili Sonia usłyszała odgłos zamykanych drzwi. Najpierw ciche kliknięcie tych prowadzących do przedpokoju, potem głuchy trzask wejściowych. Przez drobne kleksy przyklejonego do szyby śniegu zobaczyła ciemną sylwetkę syna szybkim krokiem przemierzającego chodnik. W narzuconej niedbale kurtce, bez czapki wybiegł na ulicę. Nie widziała dokąd, nagie gałęzie jabłoni, gęsto porastających podwórko zasłaniały jej drogę. Wróciła na tapczan i otuliła nogi kocem, nagle zrobiło jej się zimno. Sięgnęła po telefon z zamiarem zadzwonienia do siostry, ale po chwili tępego wpatrywania się w aparat, odłożyła go z powrotem na stolik. Nie, nie chciała rozmawiać z Ewą o Marcinie. Co miałaby jej powiedzieć? Że ukochany syn ją zdradził? Że przez wiele miesięcy ją oszukiwał? Wiedziała, spodziewała się, że będzie kiedyś chciał odnaleźć kobietę, która go urodziła, uważała, że to naturalna potrzeba i godziła się z nią od samego początku, nigdy jednak, w najgorszych koszmarach, nie przypuszczała, że zrobi to za jej plecami. Czuła się żałośnie, jak zdradzona żona, która przypadkowo odkrywa w kieszeni mężowskiej marynarki rachunek za hotel. Nie, nie zadzwoni do Ewy, siostra by jej nie zrozumiała. Jedyną osobą, która w pełni potrafiłaby pojąć ból i rozczarowanie Soni, był Grześ. Do niego jednak nie mogła już zatelefonować. Spojrzała na fotografię męża stojącą na komodzie. Wysoki, przystojny brunet, o pociągłej, szlachetnej twarzy, do którego Marcin w jakiś kompletnie zaczarowany sposób stał się podobny. Ten sam uśmiech, spojrzenie ciepłych oczu, delikatne, ładnie wykrojone usta. Sonia dokładnie pamiętała dzień, kiedy Grześ zrobił sobie to zdjęcie. Trzy dni przed diagnozą. Potrzebował fotografii do paszportu, planowali wyjazd na rodzinne wakacje. Zamiast na włoskiej plaży, mąż wylądował jednak w szpitalu. Już stamtąd nie wrócił.

Spróbowała sobie wyobrazić, jak zareagowałby na całą tę sytuację. Zawsze bardzo liczyła się ze zdaniem męża, podziwiała jego opanowanie i dyplomację. Na pewno nie wyrzuciłby Marcina z pokoju, na pewno nie byłby dla niego nieprzyjemny. 

– A co byś zrobił? – spytała cicho, podciągając koc wysoko pod brodę. Papieros zaczął parzyć ją w palce, zgasiła go w popielniczce. 

– Dał wsparcie, przytulił, zrozumiał – miała wrażenie, że słyszy cichy głos męża. – Przecież to nasz synek. Nasz cud. Nasze wymarzone maleństwo.

I właśnie o to chodziło. Od dziewiętnastu lat życie Soni kręciło się wokół Marcinka. Pokochała go już podczas pierwszej wizyty w pogotowiu rodzinnym. Płakała, kiedy okazało się, że muszą czekać na zabranie go do domu cały długi miesiąc, bo sędzina, która miała podjąć decyzję w sprawie pieczy, jest na urlopie. Codziennie do niego jeździli, osiemdziesiąt kilometrów w jedną stronę. Tylko po to, żeby przez dwie godziny wpatrywać się w zachwycie w jego wielkie, niebieskie oczy. Kiedy wreszcie zabrali dziecko do domu, była najszczęśliwszą kobietą na świecie. “Pani synek ma szczęście” – skomentowała sąsiadka, którą spotkała na pierwszym spacerze z Marcinkiem. “Nie, to ja mam szczęście” – sprostowała. I tym właśnie Marcin był dla niej przez wszystkie te lata – szczęściem, cudem, sensem życia. A teraz ta jego zdrada. Cios prosto w serce.

– Dlaczego nie zapytałeś, nie poprosiłeś o pomoc? – rozmawiała z Marcinem w myślach. Może to błąd, że sama nigdy nie wyszła z tym tematem, nie powiedziała: pomogę ci. Czekała jednak na jego pytanie, nie chciała wywoływać przysłowiowego wilka z lasu. Bo też się bała? Nie. Bała się wielu rzeczy: chorób, pożaru, wypadków, ale nie tego. “Nie obawiasz się, że Marcin kiedyś odejdzie, że pokocha biologiczną matkę bardziej od ciebie?” – spytała ją kiedyś siostra. Pamiętała ten dzień. Siedziały w ogrodzie, Marcinek i siostrzeniec wspinali się na drzewa, a one popijały czerwone cin-cin, z dumą popatrując na wysportowanych synków. Zaprzeczyła zaskoczona, że Ewie coś podobnego mogło w ogóle przyjść do głowy. Marcinek był jej dzieckiem, a ona była jego mamą, nie było w życiu Soni większej prawdy ponad tą. Tamta kobieta, nawet jeśli syn ją pozna, pozostanie dla niego obcym człowiekiem. Nie, nie chodzi o to, że Sonia była zła na matkę biologiczną syna, że ją potępiała albo osądzała. “Pani, która cię urodziła, to dobry człowiek, dzięki niej jesteś na świecie” – powiedziała kiedyś do Marcina i nie była to bynajmniej polityczna poprawność, ale wierne odbicie jej uczuć.

Sonia wysunęła się spod koca. Ciało osiągnęło już normalną temperaturę, ręce przestały się trząść. Zapaliła lampkę z pomarańczowym abażurem, stojącą za tapczanem. Staroświecki, papierowy klosz osadzony na drewnianym stojaku, kolejna pamiątka po ciotce Krystynie. Lubiła delikatne, ciepłe światło lampy. Tym razem jednak nie poczuła się dzięki niemu bezpieczniej. Pod wpływem nagłego impulsu wstała i sięgnęła po album, stojący na półce za szybą. Był duży i ciężki, pokryty szarą warstewką kurzu. Ostatni raz przeglądała go jeszcze przed śmiercią Grzesia, po odejściu męża nie miała odwagi oglądać wspólnych zdjęć. Teraz otworzyła na przypadkowej stronie. U góry, za cienką błonką folii pojawiła się umorusana zupką twarz małego Marcinka. Patrząc na niego, Sonia uświadomiła sobie, że wciąż pamięta cudowny, niemowlęcy zapach synka. “Dmuchnij na mamusię” – prosiła, kiedy się budził. Po śnie tak słodko pachniało mu z buzi. Wzruszyła ją ta fotografia. Otarła łzy wierzchem dłoni i przerzuciła kilka kolejnych stron. Zatrzymała się przy zdjęciu przejętego siedmiolatka, trzymającego na kolanach róg obfitości. Jak on się wtedy strasznie bał, co chwilę obracał się, żeby sprawdzić, czy rodzice na niego czekają. Po nudnej akademii poszli uczcić początek szkoły dużymi lodami. Kolejne fotografie, zrobione różnymi aparatami, więc o różnych formatach i nasyceniu koloru, przedstawiały synka podczas Pierwszej Komunii, w czasie komersu i niezliczonej ilości szkolnych wycieczek. Zdjęcie zajmujące ostatnią stronę Sonia zrobiła rok przed śmiercią Grzesia, na wakacjach w Białogórze. Półnagi, opalony Marcin siedzi na piasku, obejmując ojca, w tle spokojna tafla wody i biały statek niczym plastikowa zabawka, którą małe dzieci bawią się w kąpieli. Pamiętała ten pobyt w najmniejszych szczegółach. Jakby mózg przeczuł, że sielanka się kończy i starał się zarejestrować każdy drobiazg.  Przechadzki do stadniny, gdzie Marcin pierwszy raz w życiu wsiadł na konia, kąpiele w wyjątkowo tego lata ciepłym morzu, nocne sączenie piwa przy akompaniamencie szant i starych, rockowych ballad.  Zapamiętała też tamten poranek, kiedy biegli z Marcinkiem na plażę, żeby pierwszy raz w życiu zobaczyć nad morzem wschód słońca. Grzesiowi nie chciało się wstawać o tak wczesnej porze, “zobaczę za rok” – powiedział, kiedy próbowali nakłonić go do spaceru.

Sonia ukryła twarz w dłoniach, powietrze w pokoju przeciął rozpaczliwy płacz. Czuła się jak wisząca nad przepaścią drewniana marionetka, której los powoli obcina wszystkie sznurki. Wszyscy od niej odchodzili. Wszyscy, których kochała. Najpierw Grześ, teraz Marcin… Skończy jak ciotka Krystyna, samotna, stara kobieta z kotem na kolanach i papierosem w dłoni.

– Nie, to bez sensu – zerwała się z tapczanu – nie stracę go, nie pozwolę go sobie odebrać! – Narzuciła na ramiona puchową kurtkę, na bose stopy naciągnęła skórzane kozaczki. Owijając szyję wełnianym szalikiem, pokuśtykała na drogę.

Mieszkali przy niedużej, wybrukowanej kocimi łbami ulicy, daleko od centrum. Z jednej strony znajdował się park, z drugiej rozsiane z rzadka nowoczesne wille. Drobnomieszczańskie straszydła, jak w myślach nazywała je Sonia. Miała wrażenie, że każdy kolejny sąsiad robi wszystko, żeby przebić pozostałych. Biedni ludzie, którym wydawało się, że to kim są, zależy od tego, ile mają. Ona sama miała coraz mniej. Coraz mniej ubrań w szafach, coraz mniej książek. Przestała gromadzić, zaczęła oddawać. Ciuchy do Caritasu, książki do biblioteki. Z każdym wyniesionym z domu przedmiotem czuła się lżejsza, bardziej wolna.

Z głośnym skrzypnięciem oworzyła furtkę. Spoglądała raz w prawo, raz w lewo, zastanawiając się, gdzie ma szukać syna. Od jego wyjścia minęła prawie godzina, jeśli chodzi po dworze, zmarzł na kość. Już miała skierować się do parku, kiedy zauważyła, jak zbliża się od strony upiornych willi.

– Mama? – Stanął naprzeciwko, z rękami w kieszeniach. W świetle latarni zauważyła, że ma bladą, zmęczoną twarz. Po zaczerwienionych powiekach poznała, że płakał.

– Chodź – powiedziała. Zaciśnięte gardło nie pozwoliło jej wymówić ani słowa więcej.

Szła wolno za synem, przyglądając się jego szczupłym plecom, które teraz wydały jej się jeszcze chudsze. Taką miał urodę, mógł zjeść konia z kopytami, a waga nie ruszyła ani o dekagram. Weszli do pokoju w kurtkach i butach. Usiedli w obrotowych fotelach, w identycznej pozie, na samym brzegu. Pod zaśnieżonymi kozakami rozlewały się brudne kałuże, ale nie zwracali na to uwagi. Siedzieli bez słowa, każde zatopione we własnych myślach. 

– Przepraszam, mamo – Marcin odezwał się pierwszy. – Naprawdę bałem się, że zabolą cię moje poszukiwania… A to przecież nie tak… – tłumaczył. Pochylił się i sięgnął po leżący na stoliku album. – Oglądałaś zdjęcia? – Przez chwilę przewracał kartki. Nagle jego usta rozsunęły się w szerokim uśmiechu. Sonia zajrzała mu przez ramię. Fotografia, na którą patrzyli, przedstawiała pięcioletniego Marcinka na przedszkolnym spektaklu. W czerwonych rajtuzach założonych na chude nóżki i wielkim, nakrapianym kapeluszu odgrywał rolę muchomorka. 

– Sklejałam ten kalepusz z bibuły przez pół nocy – przypomniała sobie. – Ale było warto. Tak się cieszyłeś z tego występu. – Jeszcze się uśmiechała, lecz jasną twarz przysłonił nagle cień smutku. Ze ściśniętej piersi wydobyło się głębokie westchnienie. – Ten album to… takie twoje życie w pigułce. Nasze życie… – zamyśliła się, spoglądając na okno. Płatki śniegu stopniały i zamieniły się w wężyki wody spływające powoli po szybie. Gdzieś niedaleko przejeżdżał ambulans na sygnale, ale nie martwił jej ten odgłos, przecież oboje byli w domu. – Nikt mi nie odbierze tych lat. Zawsze już będą moje – dodała cicho.

– Mamo, nie płacz… – Marcin przyklęknął przy Soni i wziął jej ręce w swoje. Drobne, zniszczone dłonie z pożółkłymi od papierosów palcami wyglądały przy rękach syna niczym rączki dziecka. – Kocham cię – powiedział, a kiedy na niego spojrzała, zobaczyła, że też ma mokre oczy. 

– Nie płaczę – pociągnęła nosem. Pogłaskała syna po twarzy. Zarost na policzkach delikatnie zakłuł ją w palce. – Wiesz, pomyślałam sobie… – Przymknęła powieki, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała. – Pomyślałam, że przy najbliższej okazji mógłbyś pokazać album tej… – zawiesiła głos. Zerknęła na fotografię Grzesia. Miała wrażenie, że mąż patrzy na nią, że jest obecny w tym pokoju tak, jak byłby obecny podczas tej rozmowy, gdyby żył. Poczuła, jak całe napięcie z niej opada. Jakby ktoś nagle zdjął z jej ramion ciężkie kamienie. Nie czuła już bólu, złości, nawet żalu czy smutku. Podniosła oczy na syna i uśmiechnęła się łagodnie. Kolejne słowa wypowiedziała głośno i wyraźnie:

– Pomyślałam, syneczku, że któregoś dnia mógłbyś pokazać ten album mamie. Na pewno jej się spodoba.

                                  

październik 2013 r.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko