Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
31

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

{jcomments off}


 

 


Syn Hybrydy


„Tendencyjna robota ręczna”

„Katastrofalny

Bo niewyrażalny

Wymóg istnienia

Niezależnego

Odchodzić od zmysłów

Gdy się zaczyna wszystko

Tapetować ideami”

(Jerzy Górzański, z tomu „Wszystko jest we wszystkim”)

 

Jerzy Górzański (rocznik 1938) należał do historycznej Orientacji Poetyckiej „Hybrydy” To już jednak podział czysto, jako się rzekło, historyczny. Poeci „Hybryd”, ci którzy żyją, bo część odeszła już na pozaziemski Parnas, mają na karku, średnio biorąc, trzy ćwiartki wieku.


Jego kolejne tomy poetyckie to: “Z życia wierszy (1989 – mały wybór), “Wszystkim steruje błyskawica” (1993), “Debiut z aniołem” (1997), “Już rozumie, dobranoc” (2003), “To drugie światło” (2006), “Poza tym światem” (2014).”Z życia wierszy (1989 – mały wybór), “Wszystkim steruje błyskawica” (1993), “Debiut z aniołem” (1997), “Już rozumie, dobranoc” (2003), “To drugie światło” (2006),”Festyn” (2012), “Poza tym światem” (2014).


Ilekroć wypada mi napisać coś o współczesnej poezji, tylekroć czuję się mocno zagubiony. Wychowany na poezji romantyków, modernistów czy skamandrytów czuję się w świecie poezji współczesnej trochę tak, jak przypadkowy słuchacz koncertu w filharmonii, który na ogół nie jest w stanie odróżnić interpretacji wybitnej od przeciętnej i któremu słoń na tyle mocno nastąpił na ucho, że rzadko udaje mu się wychwycić zafałszowania i kiksy techniczne wykonania, no chyba że byłyby ewidentne i wielkie jak byk. Owszem,  w przypadku najbardziej renomowanych (używam tego określenia z rozmysłem, bo nie wiem, czy na pewno są jedynymi największymi, choć na pewno są najbardziej renomowani i uznani przez „oficjalną opinię”) jak choćby, między innymi, Różewicz Herbert, Miłosz, Szymborska, Krynicki, Grochowiak, Bryll czy Harasymowicz-Broniuszyc, nie sposób nie docenić ich kunsztu, ale już o pół stopnia niżej pojawiają się u mnie trudności z oceną. Dlatego jedynym kryterium, które stosuję przy lekturze poezji współczesnej jest najzwyczajniejsze odczucie subiektywne, zwyczajny smak do tego, co czytam. Słowem – czy podoba mi się czy nie, smakuje czy nie. Otóż poezja Jerzego Górzańskiego podoba mi się i smakuje wybitnie. Podoba mi się jej wyrafinowana ironia i dwuznaczność, podoba mi się jej kunsztowność formalna, podobają mi się jej pasma fabularyzacyjne (co ma zresztą u mnie źródło w starym upodobaniu do poezji dygresyjno-fabularnej, vide: „Podróż z Ziemi Świętej do Neapolu” Juliusza Słowackiego czy „Quidam” Cypriana Kamila Norwida), podoba mi się zawarty w niej nieskrywany background kulturowo-erudycyjny. Górzański nie jest może typowym poetą doctusem, na to jest zbyt anarchiczny duchem i nieakademicki, ale to na pewno poeta bardzo mądry, a lubię mądrość w poezji, nie tylko odruchy emocjonalne i konstrukcje mistycyzująco i impresyjne. Są też w jego poezji liczne odwołania kulturowe, scenki z życia codziennego i oczywiście sporo akcentów nadrealistycznych, które przysporzyły mu kiedyś miana „polskiego Michaux”, a także, jak to u niego, klasycystycznych i barokowych. Jak przystało na niegdysiejszego humorystę tygodnika „Szpilki”, poezja Górzańskiego przepojona jest cudownym, lekko, a może więcej niż lekko surrealistycznym humorem. Taki jest też ten ostatni, jak dotąd, tom poetycki Górzańskiego. Czytając ten zbiór spróbowałem go zweryfikować także pod kątem adekwatności tytułu do zawartości. Tytułowa fraza „Wszystko jest we wszystkim” daje podstawę do przypuszczenia że było w zamyśle poety dać nam coś w rodzaju lakonicznej summy egzystencjalnej. Bo jeśli „wszystko jest wszystkim”, to znaczy, że nie ma co rozdzielać włosa na czworo, bo każdy okruch naszego bytu jest częścią wszechogarniającego kosmosu. Co tu dużo mówić: Jerzy Górzański jest wspaniałym poetą.


Jerzy Górzański – „Wszystko jest we wszystkim”, wyd. Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2014, str. 103 978-83-61002-98-7


Najkrwawsza opera świata


swieto-wiosnyTytułowe „Święto wiosny”, to alegoryczne nawiązanie do słynnej symfonii Igora Strawińskiego, której premiera odbyła się w maju 1912 roku w Paryżu i była wielkim wydarzeniem artystycznym. „Święto wiosny” Strawińskiego, ów manifest modernistycznego witalizmu nie pełni w tej książce roli jedynie zdawkowej alegorii, ale potraktowany został przez autora, kanadyjskiego historyka bałtyckiego pochodzenia, jako jej oś ideowo-interpretacyjna. Takiej książki o Wielkiej Wojnie 1914-1918 jeszcze nie było. Otrzymywaliśmy dotąd na ogół lepsze, czasem bardzo dobre, czasem gorsze wypracowania historyków o genezie, przebiegu i finale tej wojny, ale były one dość standardowym, podręcznikowym wykładem historycznym, ukazującym ją w wymiarze militarnym i politycznym. Modris Eksteins wyjściową tezą swoje książki wręcz szokuje. Napisał portret tej wojny jako aktu kulturowego, jako wybuchu elan vital, jako potwornego dzieła sztuki. Zarysował w tym celu duchową atmosferę Europy w czasie poprzedzającym wojenny wybuch. Europą powodował, jego zdaniem, popęd zmiany kształtu dotychczasowego świata, a w tradycyjnie militarystycznych Niemczech szczególnie silny był imperatyw moralistyczny, oczyszczenia brudnego świata rozkładu przez purgatorium wojny. W tym sensie wojna ta była straszliwym ubocznym rezultatem modernizmu, który objął w sztuce i myśli europejskiej dominację duchową już od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Tę atmosferę współtworzyła na przykład w Paryżu erupcja pogańskiego witalizmu, wywołana działalnością rosyjskiego baletu Diagilewa. Tworzyły ją nastroje, które w Andre Gide wyraził w swojej najważniejszej powieści „Lochy Watykanu” w osobie Lafcadia Wluiki, ideologa i praktyka „acte gratuit” („czynu bezzasadnego”, a ściśle biorąc mordu bezzasadnego), mającego być jedynie wyrazem niepodległej woli silnej jednostki. Tworzył ją duch emanujący z dzieł zmarłego 14 lat wcześniej Friedricha Nietzsche.  Tworzyła ją aura monumentalnej muzyki Richarda Wagnera. To wszystko w ujęciu Eksteinsa stworzyło atmosferę poszukiwania „Gesamkunstwerk” czyli „totalnej formy sztuki”.  Ta totalność przełożyła się na totalność    tej wojny, na jej straszliwy, krwawy rozmach, który najstraszliwsze rozmiary przybrał w okopach Verdun i nad Marną. Najsilniejszy popęd wojny był w Niemczech, ale i w bardziej pacyfistycznej Francji wszelkie próby uśmierzenia sytuacji spaliły na panewce, a główny rzecznik pokoju, lider francuskiej lewicy Jean Jaures został zamordowany przez nacjonalistycznego fanatyka. Na obwolucie książki Eksteinsa wydawca pomieścił bardzo interesujący, krótki esej krytyczny Krzysztofa Vargi „Wojna jest piękna”, który bardzo celnie wprowadza w jej atmosferę. Mówi o wojnie widzianej przez Eksteinsa jako „wojnie domowej europejskiej klasy średniej”, o mistycyzujących dowódcach niemieckich, takich jak generał Moltke, który oddawał się grze na wiolonczeli i nie rozstawał się z egzemplarzem „Fausta”.


Nie wszystkich zapewne doskonale napisana i bardzo intrygująca książka Eksteinsa przekona. Niejednemu, przyzwyczajonemu do typowego wykładu historycznego o wojnach, może wydać się ze swoją interpretacją wydumana i ekstrawagancka i naciągana z całą  mistyczno-artystyczną-witalistyczną koncepcją tła tej wojny. Czyta się ją jednak wyśmienicie.


Modris Eksteins – „Święto wiosny”, Wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2014, przekł. Krystyna Robińska, str. 600, ISBN 978-83-7785-294-1


Podróże damy olimpijskiej


zycie-toW tej niewielkiej książeczce Artur Cieślar rozmawia z Julią Hartwig (ur. 1921) głównie o jej podróżach, malarstwie, starości i przemijaniu. Są też lakoniczne (zbyt lakoniczne) wspomnienia z lubelskiej przedwojennej młodości poetki i pisarki, o krótkim okresie powojennym w tym mieście i równie krótkim związku z Zygmuntem Kałużyńskim. Sporo opowiada o swoim życiu z mężem Arturem Międzyrzeckim. Ku niedosytowi miłośników plotek Julia Hartwig jest osobą bardzo dyskretną, nie mówi o ludziach źle, a jeśli formułuje krytyczne uwagi pod adresem natury ludzkiej to ogólnie, bez nazwisk. Nie ma tu też zabawnych anegdot, filuternych zwischenrufów. Jest raczej solenność i powaga damy literatury. Julia Hartwig to na wskroś polska inteligentka i intelektualistka, w starym stylu, bo obyta w Paryżu. W jej narracji mało jest fizycznych detali, mało sensualizmu i empiryzmu. Dominują w niej na ogół pojęcia ogólne, abstrakcyjne. Choć rozmowa dotyczy podróży, Hartwig raczej mówi o podróżach i mówi o doznawanych wrażeniach niż je mimetycznie oddaje. Nie ma tu tzw. „mięsa życia”. Nie ma zapachów, kształtów, smaków świata. Są myśli o nim, myśli zmierzające do uogólnienia, myśli nieraz z rysem moralistycznym. Ona sama, choć poetka, jest raczej człowiekiem pojęć, typem mózgowca. Podobnie jak jej dzienniki, tak i ta rozmowa, będzie dokumentem sfery kultury, dokumentem życia  umysłowego ludzi żyjących trochę ponad  banalną krzątaninę zwykłych ludzi, trochę olimpijsko. Polecam tę lekturę tym, którym bliskie są takie klimaty. Zwolennikom „życiopisania” – mniej, ale im także, bo warto poczytać wyznania starej, mądrej kobiety.


„Życie to podróż, to ocean, Z Julią Hartwig rozmawia Artur Cieślar”. Wyd. Zysk i s-ka, Poznań 2014, str. 139, ISBN 978-83-7785—450-1

 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko