Zenona Macużanka – Błyskotliwy meteor z Krakowa

0
161

Zenona Macużanka




Błyskotliwy meteor z Krakowa

 

 

Tadeusz Makowski    Nie znałam Michała Sprusińskiego osobiście w sensie kontaktów towarzyskich czy też rodzinnych. Rozmawiałam z nim wielokrotnie, lecz z reguły rozmowy te dotyczyły jego prac recenzyjnych, czy też ogólniejszych artykułów. A jednak dobrze zapamiętałam charakterystyczną aurę tej niespokojnej osobowości, którą niepodobne było pomylić z kimś innym. Nigdy nie piłam z nim wina, nie wznosiłam toastów, ale sądzę, że mam prawo przywołać go ze swej pamięci. Ba, mamy chyba też w pewnym sensie powinność wobec osób, które znaliśmy, aby przyłożyć choć małą cegiełkę do pozostawionego wizerunku.

Michał Sprusiński zjawił się w redakcji Nowe Książki w końcówce lat sześćdziesiątych. Od pierwszych jego tekstów znać było, że to już dojrzałe pióro literackie. Doktoryzował się na UJ z pracy o Juliuszu Kadenie Bandrowskim. Był też poetą i zamierzał u nas pisać głównie o poezji. Michał Sprusiński był człowiekiem kontaktowym, chętnym do rozmowy, błyskotliwym i pełnym duchowych napięć. Widać było, że jest on w intelektualnym pogotowiu, że literatura jest dla niego czymś więcej, niż tylko zawodem. On żył literaturą. Czuło się to od początku, nie tylko dziś, kiedy już wiemy, jak dramatycznie zakończyło się jego życie i zajrzeć można do wykazu wydanych przez niego pozycji, przeczytać rzeczy tłumaczone, i książki oryginalne, zarówno w dziale eseistyki, jak też w poezji. Jeśli chodzi o łamy pism, to można było przeczytać jego rzeczy w prasie krakowskiej, jak też warszawskiej. Jego karierę na polu literatury trudno odnaleźć i porównać z inną, bo mało chyba było pisarzy tak dojrzałych od początku, tak nasyconych erudycją. Przy tym zapalających się w rozmowie i tak swobodnych w poruszaniu się po obszarach kultury. A jednocześnie wyraźnie znających swoją wartość, może zbyt pewnych siebie, lecz nie pozbawionych elegancji w tym co mówił, i co pisał. Michał Sprusiński był zwyczajnie europejczykiem w sposobie bycia i mówienia, w traktowaniu swego miejsca w kulturze.

Debiutował jako poeta w 1963 roku w PIW-ie tomem „Popołudnie”, w 1967 wydał tom „Horoskop”. Książkowe pozycje wyprzedziły wcześniejsze publikacje prasowe. Wkrótce opublikował monografię o Juliuszu Kadenie – Bandrowskim. W tychże latach wydał następujące zbiory poezji: „Umarli ze Spoon River” Edgara Lee Mastersa, „Wiersze” Conrada Aikena i „Wybór wierszy” Carla Sandburga. A więc uwaga skierowana na poezję anglojęzyczną, ale najważniejszy obszar poszukiwań to poezja i twórczość rodząca się w kraju.

Na naszych łamach opublikował pierwsze recenzje o Annie Kamieńskiej, Stanisławie Piętaku i Mieczysławie Jastrunie. To przedstawiciele średniego wtedy pokolenia o ukształtowanej sylwetce ,zarówno jeśli idzie o światopogląd, jak i szkoły poetyckie. Autor recenzji ukazywał kontekst literacki i środowiskowy, wagę przywiązując do biografii poety, ale też do nurtów i prądów dominujących w danym czasie. Sprusiński zaprezentował klasyczny model recenzji dający czytelnikowi możliwość głębszego zrozumienia danego poety. Na ogół piszący o poezji mówią o własnych odczuciach, skojarzeniach i snują refleksję bardzo osobistą. Ten autor dbał o czytelnika, jemu wskazywał właściwą ścieżkę rozumienia konkretnego poety. To było cenne dla podnoszenia kultury literackiej. Wkrótce zaproponowaliśmy mu stały felieton poświęcony poezji. Dał mu tytuł nieco może oficjalny, lekko napuszony ”Wiersze, wersje, kontrowersje”. Zasilał nasze łamy systematycznie, dając teksty zadbane, ciekawe.

Z perspektywy czasu widzimy teraz, że Michał Sprusiński pełnił jakby podwójną rolę, głęboko związany z pokoleniem dzieci tzw. małego realizmu, czyli pokoleniem lat sześćdziesiątych, był jednocześnie jakby jego kronikarzem, nie!, raczej czymś więcej, jego opisywaczem i analitykiem. Buntując się przeciwko wpisywaniu generacji wstępującej wówczas w szranki twórczego zawodu, protestował  przeciwko sytuowaniu go, w, jego zdaniem, mało ambitną koncepcję literacką. Szukał dla niego, a także przecież dla siebie, czegoś więcej. Szukał wysokiego pułapu języka poetyckiego i wysokich pragnień twórczych . Dążył, aby odnaleźć własną ścieżkę wśród najambitniejszych. Stąd jego napięta próba poszukiwań powiązań z przeszłością. Był wśród tego pokolenia bodaj najambitniejszy, najbardziej wszechstronnie utalentowany w kierunku tworzenia rzeczy własnych, i jednocześnie, odzwierciedlania niepokojów i pragnień młodości, dojrzewania i już dojrzałości. Ale też bardzo pociągało go, aby poznać i odcyfrować, co było najcenniejszym kamieniem poznania innych, wcześniejszych od niego, zmagających się z pragnieniem wyrażenia trudnego świata poetyckich przeżyć i olśnień.

Michał Sprusiński urodził się w 1940 r. a więc w początkach wojny. Wyrósł oraz dojrzał w środowisku mieszczańskiego Krakowa, w którym inteligenckość była jak gdyby wpisana w życiorys. Dość wcześnie został osierocony przez ojca, który zginął w rezultacie działań w konspiracji. To miało duże znaczenie życiowe. Michał znał ojca tylko we wczesnym dzieciństwie. Miał młodszą siostrę Annę i matkę Jadwigę, która po śmierci męża pracowała w fabryce broni. Było jasne, że wobec ujawnionych wcześnie zdolności intelektualnych, stał się w jakimś sensie nadzieją rodziny. Osobą uwielbianą przez matkę. Poczucie obowiązku wobec rodziny miał przez całe swe krótkie życie. A także uzależnienia od oczekiwań kobiet, z którego pragnął się jednocześnie wyzwolić. To chyba też decydowało o jego dość skomplikowanych przyszłych powiązaniach z kobietami. W latach siedemdziesiątych zawarł małżeństwo z Krystyną Mańkowską, warszawską dziennikarką, osobą dzielną, zaradną i aktywną społecznie. Wydawało się, że właśnie tego typu różne osobowości są dobrą zapowiedzią wspólnego życia. Ich związek trwał około czterech lat, skończył się rozstaniem, lecz nie zerwaniem znajomości. Było publiczną tajemnicą, że Michał był uzależniony. Że walczył z nałogiem, który był dramatem wielu uzdolnionych ludzi tego środowiska. Michał z tego wychodził, zrobił w tym kierunku ważny krok. Wiadomo, że to zaiste syzyfowa praca, wymagająca wręcz ponadludzkiego zaparcia. Lecz wielu ludzi nawet z własnego  towarzyskiego kręgu myśli na ten temat schematami. Kwituje to epitetem pijak, czasem, próbując okazać zrozumienie, westchnie ”tragiczny pijak”. Mimo postępu medycyny, człowiek walczący z nałogiem zdany jest tylko na siebie. Poruszające na ten temat są wyznania Wiktora Osiatyńskiego. Szczęśliwy, jeśli jest przy nim ktoś bliski a mocny duchowo, i stanie wraz nim do tej trudnej pracy. Krystyna i Michał pozostali ze sobą w przyjaźni, do której Michał odwoływał się często. Była żona, tak się złożyło, odprowadzała go w momencie odlotu do Aten, dokąd udawał się w ramach wymiany kulturalnej polsko-greckiej. Widzieli się wtedy ostatni raz. Okazało się, że Michał zapomniał zapakować marynarkę, Krystyna upominała go, aby zaraz w Atenach dokonał odpowiedniego zakupu. Pomagała później rodzinie w przyjęciu jego zwłok po tragicznej śmierci w miejscowości Porto Heli pod Atenami 31 maja 1981 roku. Te szczegóły znam z relacji Krystyny. Śmierć Michała Sprusińskiego była szokiem dla środowiska literackiej Warszawy. Był on wówczas, już od końca lat sześćdziesiątych, zastępcą redaktora naczelnego wydawnictwa „Czytelnik”, które w tej branży cieszyło się zasłużoną renomą.

Dorobek literacki Sprusińskiego, skromny ilością lat, (ale póki co, to było ich kilkanaście) uderza swoistym rozmachem. Debiut poetycki, po kilku latach obszerna już monografia Juliusza Kadena Bandrowskiego, pisarza zaangażowanego w ostre konflikty społeczne i polityczne w latach trzydziestych. Życiorys tego pisarza godny był i jest najwyższego uznania: oficer Legionów, uczestnik obrony Warszawy w 1939, ciężko ranny w powstaniu w sierpniu 1944 roku na Ochocie. I największa tragedia tego pisarza; w trakcie trwania walk powstańczych: śmierć obu synów bliźniaków Andrzeja i Pawła, która, jak sam to określił, przywaliła go swym ciężarem. Wkrótce, ranny jak oni, umiera 15 sierpnia 1944 roku. Z jednym z nich, Pawłem zostaje pochowany na cmentarzu protestanckim przy Młynarskiej w pobliżu grobu Andrzeja dopiero w 1945 roku, staraniem bliskich mu ludzi. Skala wyzwań dla monografisty, należy uznać, bardzo wysoka. To było pociągające dla Sprusińskiego. Trzeba było podjąć zespół spraw polskich, narodowych, ukazać jak je widział i jaki nadawał im kształt pisarz trzymający rękę na pulsie współczesności. Autor pracy monograficznej zamknął interpretację twórczości pisarza na 1939 roku. Opis dramatu rodziny zawarł w przypisach. Wymowa faktów i dat mówi swoje, co można by dodać do tej rodzinnej tragedii na miarę najwyższą, której nadajemy miano- tragedii antycznej

W planie codzienności najważniejsze były dla niego sprawy własnego pokolenia. W szkicu będącym próbą nazwania tego, co dla startujących w latach sześćdziesiątych było najważniejsze. Sprusiński tak określał sytuację swej generacji: ”Debiutanci lat 60-tych są znacznie mnie pewni swej poetyckiej sprawy, niż ich poprzednicy”. Uważa też, że jeśli idzie o ilość debiutujących  młodych, to obserwujemy znaczny rozwój, co w praktyce oznaczało, że niemal co tydzień rodził się nowy poeta. W swym ciekawym i śmiałym szkicu pod charakterystycznym tytułem: Lista obecności „nieobecnego pokolenia” autor odkrywa pewną sprzeczność sytuacyjną. Ten pozorny paradoks ukrywa sens jego diagnozy:  pokolenie lat sześćdziesiątych żywi się zjawiskami kulturowymi i literackimi, na boku pozostawiając właściwy nurt życia. Nie mając dla siebie własnej trybuny, jak choćby ich poprzednicy skupieni wokół ”Współczesności”, startowali do wielu powstających ugrupowań, czy grupek, tak szukając miejsca dla własnych dążeń. Zasilali almanachy, czy obsyłali ogłaszane konkursy literackie i kulturalne. Było to wszystko rozproszone, lecz żywe, tętniące smakiem swego regionu, co w efekcie przynosiło namiastkę życia prawdziwego. Sam brał udział w owym zmaganiu na pierwszym planie i to w wielu „konkurencjach”, jak zdołałam to przybliżyć.

W 1970 roku Michał Sprusiński pisze list do Juliana Przybosia, pytając go o stan ducha polskiej poezji współczesnej. Czy poezja dzisiejsza odpowiada na potrzeby duchowe współczesnego człowieka, zagubionego w ciągle i gwałtownie zmieniającym się świecie. Dlaczego dziś nie czujemy jej oddechu, jej siły, jak to choćby miało miejsce w pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku? U ojca polskiej awangardy szuka odpowiedzi na trapiące go pytania. W odpowiedzi Julian Przyboś przypomniał swe credo artystyczne, ważne dla niego od początku drogi twórczej: idzie mu o prężność artystyczną młodego pokolenia, o jego samodzielność duchową. Ową twórczą pasję dostrzegł w poezji młodych ”turpistów”, jak sam ich określił. Widział poetycki i odkrywczy zamysł w twórczości Stanisława Grochowiaka. Lecz dość niecierpliwie obserwując codzienność literacką na łamach czasopism i ukazujących się debiutów nestor polskiej poezji wyrażał pewien zawód i niepokój. To było jedno z ostatnich jego ważnych wyznań, bo już wczesną jesienią 1970 roku pożegnał nas na dobre. Myślę, że ten dialog młodzieńczego jeszcze ciągle, ale już mocno zaznaczającego swą obecność w literaturze autora „Horoskopu” z poetą, który odegrał ważną rolę inspiratora w polskiej poezji XX wieku  godne jest przypomnienia i zapamiętania. Dialog Sprusiński – Przyboś ogłosił nasz dwutygodnik.

W poezji anglojęzycznej szukał znaków duchowych fascynacji i niepokojów czasów współczesnych. Był to okres, w którym zainteresowanie językiem i literaturą anglojęzyczną przeżywa wręcz rozkwit. Rosną przekłady literatury angielskiej i amerykańskiej, przybywa filologów i przeładowców tego języka. Kultura anglosaska a zwłaszcza amerykańska, zyskuje priorytet, na nieco dalszy plan odchodzi stale obecna w naszych tradycjach kultura francuska. W tym nurcie odkrywa dla siebie pociągającą go nowość i świeżość Michał Sprusiński. Zabiera się do trudnej roboty translatorskiej. Sięga do twórczości najwybitniejszych autorów. Szczególnie ciekawi go okres narodzin nurtów poezji z przełomu XIX i XX wieku, towarzyszące powstawaniu nowoczesnych społeczeństw. W swym ambitnym i różnorodnym planie pracy miał więc cały wachlarz działań i prac niemal na całe życie. Tymczasem los dopadł go w momencie, którego nie brał zupełnie pod uwagę. Dopadł go w rozpędzie i biegu. Jeśli dotarły do nas mocne znaki tego, co zamierzał i co już czynił, zawdzięczamy to jego przyjaciołom, z pewnością wielu z nich, ale najwyraźniej Adriannie Szymańskiej z wydawnictwa ”Czytelnik” i Lechowi Budreckiemu. W istocie dwu książkom, które unaoczniły w skrócie bilans jego dokonań i zamierzeń.

Poetka i redaktor Adrianna Szymańska, znająca Michała Sprusińskiego z życia potocznego w tym samym wydawnictwie, rozumiała swego kolegę. Znać to w krótko ujętym zarysie jego sylwetki duchowej, w odczytaniu jego 86 wierszy, wybranych z trzech tomików. Autorka wstępu docenia jego niesamowitą wręcz pracowitość, rozrzutność wobec własnych talentów. Zna też dobrze cenę, jaką człowiek płaci za napięcia duchowe, za czekanie na twórczą wenę, za lęk przed publikacją, którą przecież chce się ciągle jeszcze doszlifować, pogłębić. A także obserwując jak gorączkowo i niemal zachłannie uczestniczy ten poeta i redaktor w życiu swej generacji, w spotkaniach i roboczych naradach, w jury konkursów itp. Bo pan Michał lubił być duszą towarzystwa, spierać się i polemizować. Żyć pełną parą. Za to się płaci zmęczeniem, ubytkiem sił fizycznych i duchowych. Nie miał, a ściślej nie słuchał tych, którzy radzili: wyhamuj, odpocznij, zdystansuj się. Jakby czuł, że nie ma czasu. Ten krótki opis życia Sprusińskiego w wykonaniu poetki jest bardzo cenny i nacechowany pełnym żalu zrozumieniem. Słyszała wyznanie kolegi, który zapowiadał, że właśnie otwarła się przed nim trudna muza poezji, że robi  nowy ważny krok i wkrótce go ogłosi. Nie odnaleziono, niestety, przy nim rękopisów, utworów, które czytał kolegom, m. in. Tadeuszowi Kijonce, o których mówił swej czytelnikowskiej koleżance. Zostało nieodczytaną tajemnicą, czy miał te ważne dla niego zasoby utrwalone, czy też los je skazał na zatratę. Czy może są jeszcze w czyichś rękach i nieoczekiwanie powrócą?

Inna drogą poszedł Lech Budrecki, zastanawiając się i proponując układ i zaprezentowanie prac Sprusińskiego poświęconych literaturze amerykańskiej i angielskiej. W założeniu praca miała objąć jego szkice i recenzje poświęcone literaturze i zagadnieniom ruchu wydawniczego w Stanach. Był wszak stypendystą i przebywał w tym kraju w roku 1974 i 1975. Interesowały go te dwa obszary działania w kulturze, w obu był kompetentny i oczytany, a także od lat o nich piszący. Tymczasem w pracach przygotowywanych przez autora i złożonych w odpowiednich zobowiązaniach, a także w roboczych teczkach maszynopisów, prace były jeszcze w dość początkowym stanie. I tak się złożyło, że objętościowo i także w znaczeniu wagi interpretacyjnej najszerzej i najciekawiej został potraktowany Tomasz Eliot, poeta tylko czasem młodości związany ze Stanami, lecz osiadły na stałe w Anglii i tu głęboko zakorzeniony w sensie twórczym. Świadectwem tego był poemat „Ziemia jałowa”, który stał się znakiem szczególnym tego poety i wywarł wpływ na rozwój poezji XX-wiecznej. Mistrzostwem literackim i głębią filozoficznych ujęć zajął na stałe godne miejsce na kulturalnej mapie Europy. Znalazł wielbicieli, naśladowców i interpretatorów. Traktuje o tym szkic pt. „Poeta wielkiego czasu”, mówiący też o przyjęciu twórczości Eliota w tamtym okresie w Polsce. Ten ponad czterdziesto stronicowy tekst o Eliocie świadczy, że krytyk wniknął  już głęboko w  twórczość angielskiego poety.

Podobnie rzecz się ma z drugim tekstem Sprusińskiego pt. „Między grzechem a odkupieniem”, czyli rzecz o dramacie i twórczym związku Eliota z teatrem, jako autorem „Morderstwa w katedrze” wystawionego na scenie w 1935 roku. Dramat ten osnuty został na tragicznym konflikcie władzy królewskiej z kościołem, a ściślej na dziejach arcybiskupa Canterbury Tomasza Becketa zamordowanego z rozkazu króla Henryka II w 1170 r. Utwór dotyczący wydarzeń okresu średniowiecza stał się  tematem sporów i rozważań, analiz i interpretacji. Otworzył nowe drogi dla poetyckiego teatru współczesnego w Anglii, dotąd głównie skupionych wokół spuścizny Szekspira. Po wielu dyskusjach wokół „Morderstwa…” przyjdą jego następne utwory dla sceny, jak „Zjazd rodzinny” czy wreszcie „Cocktail party”. Poetę interesuje świat duchowy człowieka współczesnego, jego rozterki światopoglądowe, niepokoje w rozdartym konfliktami politycznymi świecie. Unikał jednak w twórczości pokazywania świata politycznego, skupiał uwagę na jednostce, jej świecie wewnętrznym i tym frapował środowisko teatralne i jego miłośników.

Materiały zaprezentowane w książce „Zwycięzcy i pokonani” pokazują, że autor wszedł głęboko w świat poezji języka angielskiego. Wstępy do przetłumaczonych i wydanych zbiorków, w tym „Poezje” Edgara Lee Mastersa, „Wiersze” Conrada Alkena, „Wybór wierszy” Carla Sandburga oraz Randalla Jarrella „Mężczyzna spotyka kobietę” i Tomasa S. Eliota ”Poezje”. W świat powieści i noweli amerykańskiej wkraczał. Michał Sprusiński z rozmachem. Przejmujący jest jego szkic o Sylwii Plath, niezwykle wnikliwie odczytujący jej biograficzne wątki. (znów postać na pograniczu świata amerykańskiego i angielskiego!). Książka, którą dzięki wydawnictwu i Lechowi Budreckiemu, posiadającemu gruntowną wiedzę o twórczości Amerykanów, otrzymaliśmy w kilka lat po śmierci Michała Sprusińskiego. Pozycja ta przybliża nam jego zainteresowania i rozmach w lekturach, które pochłaniał. Opublikował ponad czterdzieści szkiców i recenzji oraz felietonów różnych rozmiarów. Swe czytelnicze wrażenia przekazywał w tekstach publikowanych głównie w tygodniku „Literatura” pod nazwą „Szaleństwa i metody”. Kilka z nich, bo aż siedem krążyło wokół twórczości i życia Francisa S. Fitzgeralda i Ernesta Hemingwaya, ich przyjaźni, rywalizacji i odmienności ich dróg pisarskich poszukiwań. Uderza skromność w potraktowaniu twórczości Williama Faulknera, ograniczająca się do „Królewskiego gambitu”, co znaczyć może, że całość dorobku twórczego autora tej rangi literackiej dopiero czekała na jego pióro. Aby weszły do zamierzonego tomu, potrzebna była dalsza praca krytyka i znawcy Michała Sprusińskiego. Tej straty nikt już nie odrobi. Wydawnictwo wypełniło swój obowiązek wobec autora, który w pełni na to zasłużył. Zwłaszcza, że pamięć o krytykach, publicystach jest jeszcze krótsza niż o powieściopisarzach, a najbardziej ulotna o poetach. Chyba, że wryli się w świadomość swego czasu czymś szczególnym. Słowem lub czynem! W wypadku poety słowo jest czynem. Pamiętamy tylko najważniejszych! Michał Sprusinski wziął udział w przybliżeniu naszemu czytelnikowi dorobku światowego poetyckiego dziedzictwa, zwłaszcza jego anglojęzycznego nurtu. Nie powinno to być zapomniane.

Z.M.

{jcomments off}

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko