Andrzej Walter – Zakony, nieboskłony, stajnie i czerstwy chleb

0
208

Andrzej Walter




Zakony, nieboskłony, stajnie i czerstwy chleb

 

głos do polemiki Marka Jastrzębia z tekstami

Leszka Żulińskiego, Krzysztofa Kwasiżura i Andrzeja Wołosewicza

 

 

Ryszard Stryjec   Świat współczesny jest światem wielce skomplikowanym. Umiejętność jego w miarę kompleksowej percepcji należy do zdecydowanej rzadkości. I może dlatego właśnie przestaję się powoli dziwić moim szanownym kolegom i ich partykularnym polemikom. Jeden jakieś dziwne teorie orzeka na blogu, drugi podejmuje publicystykę, którą uważa się za literacką (choć pewne jej cechy ona spełnia), trzeci coś tam skomentuje, a czwarty konstatuje w kuluarach. Piąty powie coś tam gdzieś jeszcze (poza „protokołem”), a wszystko razem składa się z półprawd, częściowych faktów i wniosków opartych na innej mentalności, które kilku jeszcze innych przepoczwarzy w głos kolejny. Wszystkie te „wypowiedzi” mają jedną cechę wspólną. Brak zrozumienia współczesnego świata i jego pokręconych realiów. Stąd krytykę nazywa się biadoleniem, opis faktów, nawet, być może, (nad) emocjonalny nazywa się frustracją, a określanie spraw po imieniu nazywa się lamentem. I tak dalej. I temu podobne. Niech stanie na Waszym Panowie. Na ile nas to zbliży? Na ile oddali? Nie wiem.

 

   Będąc kilka dni za granicą miałem okazję oderwać się od tych akademickich dysput i teraz patrzę na to (a raczej czytam o tym) z niejakim dystansem i refleksją na ile każdy z panów ma słuszność. To, że w wielu kwestiach każdy z nich – Żuliński, Jastrząb, Kwasiżur i Wołosewicz – mają nam wiele mądrych tez do przekazania nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości. Poza jednym zastrzeżeniem. Żuliński narzuca nam wszystkim pewną narrację wciąż śpiewając pieśń Daniela Passenta, jak to nie jest teraz w Polsce cudownie, najlepiej od lat i cieszmy się z tego co mamy. Jastrząb się najbardziej na to irytuje, lecz i On daje się zwieść celebryckim fantasmagoriom w postaci kontrrewolucji kulturalnych oraz poczyna rozważać czy i On zbytnio nie „biadoli”? Otóż drodzy panowie – to wszystko jest nie tak. Nie tak jak chcecie to postrzegać. Poważna krytyka współczesności to nie żadne „biadolenie”. Bez takiej krytyki świat nigdy nie posunął się ani o milimetr naprzód. A ja już osobiście widzę efekty tegoż biadolenia. Widzę zaczyny zmiany tej „cudownej” atmosfery społecznej, którą taka krytyka właśnie tworzy. Nie są to na razie efekty wymierne, lecz są na tyle dostrzegalne, że jest jakaś nadzieja na przyszłość, że otwiera się jakaś furtka do odwrócenia tendencji upadku kultury, albo też jakaś szansa na … właśnie nazwanie choćby kilku rzeczy po imieniu. Od tego się bowiem Wszystko zaczyna.

 

   Świat kultury przeniósł się dziś bowiem zza kulis centralnie sterowanych na wszelaką coraz bardziej wyrafinowaną prowincję i egzystuje na zupełnie innych zasadach niż onegdaj. Ma wiele racji Żuliński, kiedy pisze o Stajni Augiasza. Jak i w ocenie, że wszelki po nas bałagan posprząta czas. Mija się jednak z prawdą wierząc Pani Premier albo opisując Zakony Frustratów. To jednak nie ma aż takiego znaczenia. To nie ma żadnego znaczenia. Te wszystkie oceny, cenzury, inwektywy, hasła … A co ma owo znaczenie? Otóż w skrócie rzecz ujmując znaczenie ma: krytyka społeczeństwa zutylizowanego do rangi otępiałych konsumentów, podpinanie kultury do zbioru dóbr konsumpcyjnych tudzież wpasowywanie tych wszystkich mechanizmów rządzących kulturą do zasad rynkowych. Kiedy spacerowałem przez tydzień po Rzymie i co chwilę mogłem wejść do księgarni, antykwariatu czy biblioteki stanęła mi przed oczami nawet czeska Ostrawa, gdzie też jest wiele księgarń, albo Paryż, albo Berlin … Wszędzie tam czyta się dużo więcej niż w Polsce. Wszędzie tam rozumie się, że bez czytania narody giną. Tylko u nas pozwala się na taki upadek czytelnictwa. Tylko u nas pozwala się na likwidację bibliotek, księgarń, antykwariatów i tylko u nas polityk ma prawa składania czczych obietnic bez pokrycia. Bo któż go za to rozliczy? Podobni jemu biurokraci z Brukseli? Wolne żarty.

Powie ktoś – księgarnie, antykwariaty – prawa rynku. To może warto się mu przyjrzeć. Czy to taki sam rynek jak tam?

 

   Wszędzie też tam artysta jest przez społeczeństwo szanowany, ceniony i hołubiony. Dobrym przykładem jest Mitoraj, którego rzeźby zdobią obecnie drzwi i wnętrze jednej z rzymskich bazylik, a jego wystawa w Krakowie pięć lat temu napotykała na trudności i protesty. Taka jest właśnie różnica w mentalności. I zewsząd dochodzą mnie głosy od polskich artystów (rzeźbiarzy, malarzy fotografików – nie od poetów), którzy mają szansę wyjechać gdziekolwiek – czynią to. Emigrują nawet do Szwecji czy Norwegi, albo na przysłowiowe wyspy Bahama, wszędzie tam bowiem łatwiej jest żyć i tworzyć. Czas Norwida chowanego w zbiorowej mogile dawno przeminął. Może panowie tego nie zauważyli?

 

   Dzisiejsze zachodnie społeczeństwa – w odróżnieniu od polskiego – łakną sztuki, gdyż żyją w świecie pieniądza, materii i pustych spełnień, a duch jest tam od zawsze aż po kres cechą ludzką – nie do wykorzenienia. U nas powoli zachłyśnięcie się wolnością jednak przemija. To była wolność bardzo źle rozumiana. Wolność od, a nie wolność do. Spotkałem ostatnio jedną Panią Poseł. Ona już rozumie, że warto stawiać na kulturę. (Była to posłanka Platformy Obywatelskiej). Spotkałem panią Wójt. Ona również to rozumie. Powstał kolejny Dom Kultury. Zatem można to godzić. Ów brutalny kapitalizm z potrzebą pielęgnacji piękna, czytelnictwa, wspierania artysty. Jeśli nie będzie krytyki rzeczy złych. Opisywania publicznego – buractwa, schamienia i odwrotu w kierunku analfabetyzmu wręcz czy też wtórnego pogaństwa, tudzież opisywania cwaniactwa pewnych ludzi kultura nigdy nie wkroczy na obszar należnego jej miejsca, którego początek każde normalne społeczeństwo dostrzega w edukacji.

 

   I nie pomogą Leszkowe zaklęcia, że zna ludzi kulturalnych i wykształconych, mających pasje a nic nie czytających, wybierających „taniec z gwiazdami” zamiast tańca z książkami, ba, nawet czytnikami e-booków czy co tam oni preferują… On uważa, że to wspaniali ludzie, a ja temu nie przeczę (nawet przecież ich nie znam) … Ja tylko przeczę, że są, albo mogliby być – jakąkolwiek elitą, gdyż nią nie są. I nie będą. Są typową Middle class zwaną dawniej mieszczaństwem, klasycznym przykładem jakże sprofanowanego (w sensie określenia) polskiego wykształciucha, który zakończył (albo i nie) edukację na pewnym etapie i choćby był: fenomenalnym prawnikiem, uzdolnionym lekarzem czy najwyższym nawet urzędnikiem – bez lektury stopniowo się uwstecznia, aby finalnie upaść do poziomu troglodyty o wysokim o sobie mniemaniu, a nawet lukratywnej pozycji społecznej i pewnego blichtru, spod którego z czasem wyziera coraz większa intelektualna i duchowa pustka. Kiedy zacznie się poważniejszą rozmowę z takim delikwentem, rozmowę głębszą, bardziej wnikliwą, rozmowę o wartościach, ideach i ich gradacji ogarnia człowieka przerażenie jak ktoś o takiej pozycji społecznej może „brylować” tak ogromną ignorancją rzeczy ważnych tego świata – rzeczy na tyle ważnych, że świat bez nich do dziś zapewne by nie dotrwał w takiej czy innej, znanej nam postaci. Oto właśnie człowiek. I jego świat. Oparty na słowie. Przekształcony w świat już nawet nie obrazu, lecz postświat, albo nawet podświat coraz bardziej lakonicznego komunikatu. Spełniona (prawie) wizja pisarzy … Kiedy zaczniemy do siebie już tylko chrząkać – wyginiemy, jak dinozaury.

 

   A z drugiej strony – Leszek Żuliński oraz zapewne pozostali koledzy też widzą, jak wiele dla kultury „dzieje się” oddolnie, rzekłbym lokalnie, w małych ojczyznach, na prowincjach, w tak zwanych zapyziałych dziurach. Entuzjazm tych ludzi, entuzjazm tych małych wielkich Kowalskich i Nowaków, którzy zamiast kalkować swoje życie według mydlanego, plastikowo-reklamowo nachalnie wyprodukowanego serialu wybierają spędzenie popołudnia na organizacji wieczoru autorskiego czy spotkania literackiego. Są jeszcze tacy ludzie. Zapewniam. I bardzo źle się dzieje, że ten dynamizm takich właśnie ludzi często zawłaszczają hochsztaplerzy z dawnej epoki, zastępy „leśnych dziadków”, którzy na imprezy literackie od lat spraszają tych samych kolesi, własne, aktualnie nowe kochanki czy innych znajomych królika. Oszukują tym tych ludzi – wspaniałych ludzi nowego pozytywizmu mieniąc się naszymi reprezentantami, mieniąc się artystami, ludźmi pióra, zawłaszczając cudze pomysły, cudze inicjatywy i uzurpując sobie prawo do mówienia głosem Związku czy Stowarzyszenia. To są kreatury broniące swych synekur, swych prywatnych poletek, dla których nie liczy się sztuka prawdziwa, wzniosła, cicha czy uniwersalna czyli tak naprawdę dobra, oryginalna i odkrywcza, a liczy się interes własny, własne pseudo wytwory i własne ego rozrośnięte do niebotycznych rozmiarów, często wprost proporcjonalnych do wzrostu, albo do faktycznej wartości ich wiekopomnych „dzieł”… i odwiecznych układów.

 

   Ja jednak widzę, że idzie nowe, że do władz lokalnych wchodzić poczynają ludzie z inną mentalnością, z innym nastawieniem, że przynajmniej na razie deklaratywnie, lecz jednak widzą tę samą co i my potrzebę wsparcia organizacyjnego kultury. Widzą też potrzebę kontaktu artysty z odbiorcą. Widzą, że są książki – bardzo dobre książki, których dziwnym trafem nie da się kupić w księgarni, ich jeszcze istniejącej ocalałej polskiej księgarni (nie mylić z Matrasem czy pożal się Boże Empikiem, gdzie książką się po prostu handluje) a już na pewno nie w Koziej Wólce (jeśli jakaś księgarnia tam się jeszcze w ogóle ostała) … I wreszcie widzą prawdziwe tło działań wspomnianych wcześniej kreatur – „leśnych dziadków”, których mentalność utkwiła w egzekutywie oraz pod kloszem delegacji służbowej, którzy nie pojmują realnego świata inaczej niż przez pryzmat swój i swoich świt. Ależ tak – mają wciąż swoje świty, by nie powiedzieć – sitwy. Tu nie podzielę się nazwiskami, choć większość z nas je zna. Osłuchaliśmy się z nimi już od dłuższego czasu i chyba nadszedł czas, aby to w końcu zmienić.

Może wreszcie się uda? …

 

   Cóż z tego skoro po przylocie z Rzymu, nagle, wieczorem, znalazłem się w Krakowie (pięknym, moim, poświątecznie cichym) i natknąłem się na kolejną likwidowaną księgarnię. (jedną ze starszych krakowskich księgarń – ostatnio, 29 grudnia 2014 kupiłem tam trzy tomiki poezji) Znak czasu? Czy czas dla barbarzyńców z Decathlona? Czy to frustracja? Czy fakty? Dlaczego kiedy o tym piszę wyzywa się mnie czy Marka Jastrzębia od frustratów? Kiedy to zwyczajna obserwacja. Dlaczego się nas tak właśnie określa? Odpowiedź jest Ci znana, Drogi Czytelniku równie dobrze jak mnie. Gdyż naruszamy od lat zasiedziałe, zatęchłe, misternie ułożone qui pro quo. Walimy prawdę między wierszami, a czasem otwarciej i nazywamy cwaniaka – cwaniakiem, złodzieja – złodziejem, a uzurpatora – uzurpatorem. A tego się nie odpuszcza. Nie daruje. To się pamięta. W innej branży już byśmy nie żyli, bądź też żylibyśmy z wyrokiem. Może ze zmienioną tożsamością. Na szczęście branża literacka nie jest związana z wielką kasą, toteż żyjemy spokojnie, a w atmosferze naśmiewania się z wszelkich istot czytających, opinie środowiskowych autorytetów są na szczęście niesłyszalne. Cóż. Jak mawiają – taka karma, a może nawet świadomy wybór …

 

   Zatem jak jest naprawdę? Naprawdę jest tak, jak dużej mierze opisali to – z diametralnie różnych perspektyw – koledzy: Żuliński, Jastrząb, Kwasiżur czy Wołosewicz. Jak opisywali to w różnych tekstach, nawet tych wcześniejszych. Tylko mało kogo to interesuje. Prócz nas. Fala, maleńka fala, póki co nie tsunami, nadchodzi jednak z „małych ojczyzn”, z tak zwanego dna bytu, z miejsc, gdzie kultury na przekór telewizyjnej sieczce łaknie szary człowiek – niezależnie od rasy, narodowości, wykształcenia i orientacji seksualnej.  Człowiek skonstruowany tak, że duch jest mu potrzebny coraz bardziej niż tandetna rozrywka, materia czy zaspokajanie potrzeb. Większość podstawowych potrzeb Polacy już zaspokoili. Przesiedli się do innych aut, zmienili, upiększyli mieszkania i domy, wyposażyli w sprzęt AGD, trochę pozwiedzali, nasycili „gwiazdami”, czy „gwiazdkami” i … zaczynają … szukać. Co znajdą? Jeśli nie pozwolimy sobie samym biadolić, jeśli będziemy szarpać Jedno sukno, każdy w swoją stronę i opisywać zakony frustratów, rozdzielając włos na czworo, bądź też realizując własne interesy czy też własnych totumfackich – znajdą oni na nielicznych półkach Twardocha, Masłowską czy innych obrazoburczych wybitnych. Nie doczekają się nowych Reymontów, Wańkowiczów, Sienkiewiczów, Norwidów, Miłoszów, Herbertów czy choćby Gombrowiczów. Ponieważ jednak żywa natura (a wciąż nią jesteśmy) nie zna próżni, zapewne pojawią się nowe kontrgwiazdki nakręcone machiną kilku zawłaszczonych enklawicznie środowiskowych nagród nagłośnionych odpowiednią propagandą wiodących mediów. To jest, było i będzie w Polsce od 25 lat typowe. Uważam jednak, że Internet zmiecie te media z powierzchni ziemi. Dajmy mu tylko trochę czasu. I tu odsyłam do konotacji zarówno Żulińskiego jak i Jastrzębia w kwestii portali czy nawet naszego Portalu…

 

   Jednak co przyniesie prawdziwa Sztuka? Sztuka, która nie zna granic, przed nikim się nie kłania, płynie swoim nurtem i zawsze jest wypadkową czasów, atmosfery społecznej, czy też właśnie wizji i buntu? Efektem, że tak sparafrazuję: biadoleń, frustracji, wyrywania się z więzów, okowów i labiryntów. Sztuka ta – wielka i prawdziwa już przynosi nam coraz więcej i częściej echa ludzkiej samotności, monadyczności i kompletnego powszechnie odczuwanego zniewolenia i zagubienia. Już porusza to, co boli najgłębiej i wdziera się na prawdziwe Panteony naprzeciw barbarzyństwu współczesności. Nie odgadniemy Jej meandrów. Twórzmy zatem spokojnie swoje światy, swoje wizje i swoje odosobnienia. Zobaczmy jednak szerzej wagę kultury dla narodów. Nie dajmy się zwieść medialnie wtłaczanej w mentalność poprawności politycznej, która zabrania dostrzec kto jest naprawdę winny uwikłaniu Kowalskiego w ten właśnie świat. Uwikłaniu Kowalskiego w sieć codzienności naznaczonej pracą od świtu do nocy, korporacyjnością, totalizmem, mega promocyjnością, konsumpcją, sportem, igrzyskami i pogonią za chlebem, który przepoczwarzył się w zachciankę, najlepiej z logo. A panowie dyskutanci ze swoich literackich wież z kości słoniowej niech dostrzegą tych wszystkich biednych ludzi, których nawet trudno winić za to, że nie czytają, gdyż już nie mają na to … czasu.

 

   Ich czas bowiem został zagospodarowany. Pozwólcie mi zatem nazwać i opisać – z jednej strony ich gnuśność, a z drugiej – brak winy. Zrozumcie jednoczesne użalenie się nad ich losem. Poszukajcie winnych. Odważcie się to opisać. Pod prąd. Moja mała wojna z tym nowym totalnym światem jest jednym z aspektów życia, którego realnie dotykam. W odróżnieniu (być może) od Was drodzy Koledzy.

 

   Szanuję Wasz dorobek, wasze uwagi, spostrzeżenia, refleksje i punkt widzenia. Nie widzicie jednak wszystkiego. Sądzę, że widzieć tego, po prostu nie chcecie …

 

Ja biadolić zatem będę dalej… z literackim pozdrowieniem

 

Andrzej Walter

{jcomments off}

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko