Mirosław G. Majewski – Wyspa

0
77

Mirosław G. Majewski



Wyspa
(fragment)


Jan LebensteinNie zdąży przed zmrokiem. Cóż, mówi się trudno. Zresztą czy to takie istotne? Nigdzie się nie śpieszy, a co więcej, nikt na niego nie czeka…

Ściągnął nogę z gazu. O ile pamięć go nie myli zaraz powinien być ten leśny zajazd. Zajazd to eufemizm dla tej drewnianej szopy wciśniętej w kilka starych świerków. Jakkolwiek by nie oceniać tego czegoś od strony urbanistycznej nad wejściem na surowej desce, ktoś niezbyt sprawną ręką wymalował:

ZAJAZD LEŚNY.

Szosa ostrym łukiem skręca na zachód. Od tego łuku jeszcze jakieś półtora, może dwa kilometry, nie więcej…Chyba, że się myli, może znowu coś pokręcił lub o czymś zapomniał…

Nie było go w tych okolicach od ponad 30 lat, co prawda zajrzał tu z facetem od nieruchomości jakieś dwa miesiące temu z kawałkiem, ale cóż z tego, skoro pamięć już nie ta, a te niegdysiejsze zagajniki, które pamiętał z dzieciństwa stały się wielkimi lasami…

Sięgnął do schowka, wyciągnął przeciwsłoneczne okulary i osadził na nosie. Zachodzące słońce dawało się nieźle we znaki wszystkim kierowcom jadącym na zachód.

Niebo płonęło purpurą… Nieskażone najmniejszym obłoczkiem za którym, chociaż na chwilę mogłoby się skryć słońce, przynosząc ulgę niemłodym już oczom naszego bohatera.

Jak na koniec września wieczór był bardzo ciepły, z resztą jak na polską, złotą jesień przystało.

Niestety noce stawały się coraz chłodniejsze… A chłód był tym bardziej dolegliwy, im dłużej nie dzieliło się swojego łoża z kobietą. Kobiety… Wrócił wspomnieniami do swojej seksualnej inicjacji na Wyspie.

Ewa…

Ale jest już znak informujący o pobliskim zajeździe, jeszcze 500 metrów i wreszcie wyprostuje kości. Otrząsnął się ze swoich wspomnień niczym pies wychodzący z wody. No… Napije się mocnej kawy, zapali. Obiecał sobie, że nie będzie palił w samochodzie i póki co dotrzymywał słowa, a co trzeba podkreślić, nie zdarzało mu się często.

Przed małą drewnianą budką paliła się jedna lampa. Pod lampą stały dwa samochody, jego wysłużone BMW E 19 będzie trzecim.

Drzwi zajazdu otwierają się, a w jej oświetlonej ramie pojawia się młoda dziewczyna.

Niezła… Pomyślał, a po chwili zaczęła dręczyć go jakaś irracjonalną myśl, że w związku z tą dziewczyną wydarzy się coś dziwnego! Tylko, co?

Co?

Nadchodząca bez pośpiechu noc przywitała chłodem wychodzącego z nagrzanego auta Jana.

Ten przeciąga się, ziewa, robi kilka skłonów, rozgląda się dyskretnie wokół po czym puszcza serię głośnych bąków mając nadzieję, że rudowłosa nic nie usłyszy, tym bardziej, że z samochodowego radia uwalniane są mocne nuty hard rockowej kapeli Uriah Heep.

No! Dobrze jest.

Sięga po papierosa, zapala, pierwsze zaciągnięcie jest tak samo dobre jak pierwszy łyk zimnego piwa po przejściu Pustyni Błędowskiej, tudzież wydm nad morzem Bałtyckim w upalny lipcowy dzionek. Hard rockowe nuty cichną, ustępując miejsca monotonnym dźwiękom nadchodzącej pełnej godziny. Ostatni sygnał uwalnia głos spikera.

Minęła właśnie 20…

Purpura nieba zamienia się w żałobny kir. Jan podciąga rękaw, rzuca okiem na cyferblat, jego “szwajcar” sprawuje się idealnie. Chodzi co do sekundy. Wiadomo „szwajcar”!

Rudowłosa kobieta, właściwie dziewczyna, z młodzieńczą gracją pokonuje trzy stopnie schodów. Rozgląda się…

Ile może mieć lat? 20? a równie dobrze 25, a nawet 30 lat. Jej ogniste loki opadają na oczy, na nos. Jan poświęca jej zaledwie przelotne spojrzenie. Ma bolesną świadomość, że to nie ta półka, a przede wszystkim nie ten rocznik, mógłby być jej ojcem, jak nie dziadkiem. Dziewczyna mija go, zostawiając za sobą zapach markowych perfum. Zna ten zapach! Do kroćset skąd zna ten zapach? Opium?

Cynamon, jaśmin opoponax?!

Wspomnienia wracają, a od ich intensywności kręci się w głowie.

Ewa…

Czy mógłby poczęstować mnie pan papierosem?

Częstuje. Podaje ogień. Dziewczyna swoimi dłońmi dotyka przegubów rąk Jana, chroniąc delikatny płomyk zapalniczki przed wzmagającym się wiatrem. Przez ciało mężczyzny przechodzi ekscytujący dreszcz… Opium i ten dotyk… Cofnął się w czasie…

Dziękuję…

Rudowłosa uśmiecha się. Zagarniając do tyłu opadające loki odchodzi. Idzie w kierunku szosy, po czym rozpływa się w mroku niczym nocna zjawa. Jan dopala papierosa.

Ewa?

Jakieś tłumione, niezidentyfikowane wspomnienia próbują przebić się przez skorupę lat. Na próżno…

A może jej w ogóle nie było… Przegania niechciane wspomnienia. Psiakrew, czyż nie żyje w wyimaginowanym świecie…

Olać to, trzeba wreszcie napić się gorącej kawy bo robi się coraz zimniej. Czubkiem buta zadeptuje niedopałek i po chwili jest w jasno oświetlonym wnętrzu leśnego zajazdu.

Dobry wieczór… Znudzona kobieta w mocno średnim wieku siedzi za kontuarem. Z radia dobiega jakiś smętny smooth jazz, profanacja jazzu.

W lokalu są trzy stoliki, przy każdym cztery mocno wysiedziane krzesła. W najciemniejszym kącie siedzi gruby mężczyzna, zerkając w rozłożoną księgę zajada placki ziemniaczane po węgiersku. Jan nienawidzi czytać przy jedzeniu. Dla niego książki to świętość, wymagające szczególnego rytuału. Nie czyta też w sraczu, jak to miała w zwyczaju jego eks. Sracz nie jest do czytania lecz do srania, tak samo jak kuchnia… Znaczy, kuchnia jest do gotowania a nie do czytania przy jedzeniu… No dobra. Czepia się, a przecież to nie jego cyrk, nie jego małpy.

Czepia się… Irytują go pełni energii i planów na przyszłość młodzi ludzie, jak ta ruda, rudowłosa, jak ten rudzielec!

Po prawej stronie, przy oknie para, on w średnim wieku, ona młodziutka, taka świeża, jakby zagubiona. Piją coca colę przegryzając wiedeńskim sernikiem. On co chwila chwyta ją za rękę, ustami muska jej usta. Mówi coś o pisaniu, o literaturze, która schodzi na psy.

Kocham cię maleńka – przerywa swój elaborat na temat schodzącej na psy literatury.

Ona spuszcza wzrok. Janowi wystarczyła jedna sekunda, aby zauważyć jak bardzo jest zażenowana taką publiczną czułością. Może to zakonnica która opuściła klasztorne mury, aby powrócić do starej miłości, która ponoć nigdy nie rdzewieje.

Przekombinował. Jaka stara miłość, jaka zakonnica…

I co dalej? – Wraca do literackiego wątku.

A na czym skończyłem? – Widać, że woli dotykać swoją partnerkę niż ględzić o literaturze.

Na tym, że wraca, że próbuję wrócić, aby naprawić błędy młodości, ale ciągle coś staje mu na przeszkodzie.

No tak…Fizyka kwantowa… Zapętla się, chodzi wkoło, drepcząc w miejscu, zmienia się jedynie dekoracja, światy równoległe…Rozumiesz?

Kobieta przytakuje…

Dla pana?

Barmanka w mocno średnim wieku uwalnia ladę od ciężaru swojego biustu, na jej twarzy buldoga pojawia się coś na kształt uśmiechu i złota, górna lewa trójka.

Widział kiedyś taką babę na Ukrainie. Może to ta sama?

Kawę. Mocną, bez cukru, bez śmietanki.

Coś jeszcze? Mamy dobry sernik wiedeński, domowego wypieku.

Baba ze złotą, lewą trójką informuje tak od niechcenia, pro forma z zerem entuzjazmu. Bo szef kazał.

Poproszę… Prosi z takim samym brakiem entuzjazmu.

Ekspres do kawy skwierczy niczym skwarka na patelni…

Z kuchni, która mieści się za prowizorycznym przepierzeniem dochodzi zapach odgrzewanego bigosu.

Drewniana buda zaczyna kołysać się wraz ze starymi świerkami w które została wciśnięta. Czy to się dzieje naprawdę?

ZAJAZD LEŚNY

Ewa…

Nie bez trudu doniósł filiżankę z kawą i talerzem z trójkącikiem sernika do środkowego stolika vis a vis drzwi. Uff! Ucieszył się, nie uronił ani kropli kawy, chociaż dręczyła go myśl, czy czasem nie dopada go Parkinson, ponieważ od pewnego czasu zaczęły trząść mu się dłonie, szczególnie wtedy, kiedy niósł kubek z herbatą, kawą, czy talerz zupy.

Był nawet z tym u lekarza, ale ten stanowczo wykluczył tę chorobę. Jan nie był typem hipochondryka, ale ta trzęsałka dłoni niepokoiła go coraz bardziej, zresztą jak cały ten, coraz bardziej przyśpieszający proces starzenia…

Usiadł, podniósł filiżankę do usta. Może była to tylko drewniana buda, ale kawę mieli wyborną. Do pierwszego zaciągnięcia się dymkiem markowego papierosa, pierwszego łyku dobrego piwa dopisuje kilka pierwszych łyków dobrej, polecanej przez baristów kawy. Serniczek wiedeński też pierwszego sortu, ten, z kandyzowaną skórką pomarańczy rozpływa się w ustach.

Niebo w gębie.

Rudowłosa. Skąd zna ten zapach? Czyżby znów sobie coś uroił? Nie cofnie przecież czasu. Nie spotka ludzi sprzed 30-40 lat. Zaczyna wątpić w cel zakupu tego podupadającego wiejskiego dworku na Wyspie. To prawie ruina.

A Ewa?

Ewa…

Może nigdy nie istniała! Może to kolejna bohaterka jego powieści?

A może on sam, Jan Żmudzin jest bohaterem swojej własnej powieści?!

Co ten goguś mówił o fizyce kwantowej? O światach równoległych. Czarnych dziurach w literaturze i gejowskim lobby tamże.

Ewa… Ewa też była ruda…

Nie miała baba kłopotu sprawiła sobie kozę, a on dworek. Odpierdala mu na stare lata…

Dworek kupił za symboliczną złotówkę, ale z dnia na dzień miał coraz większą pewność, że wpadł w ten dworek jak śliwka w gówno. I ta Wyspa…

Z zamyślenia wyrwa go szuranie krzesła, to ten gruby jegomość z ciemnego kąta właśnie zakończył konsumpcję placków ziemniaczanych po węgiersku, jak się okazało, specjalność zakładu. Ściągnął z oparcia krzesła kurtkę kupioną od Wietnamczyków.

Jan sam miał kiedyś taką. Pikowana, wypełniona poliestrową ociepliną, udająca puchową, z logo, a jakże, markowej firmy, której szwy rozchodziły się po pierwszym praniu, bezczelna podróba.

Grubas wyszedł bez słowa…

Czy to dzieje się aby naprawdę? A może on, Jan, Janeczek, Jasiek leży nafukany, a to, co teraz przeżywa nie jest niczym innym jak tylko narkotycznym tripem!

Otrząsnął się. Rozejrzał wokół, próbując wyłapać jakieś mocniejszy akcent rzeczywistości o której ostrą krawędź mógłby się zaczepić.

Tuż obok stolika przy którym żarł grubas było okienko do którego odnosiło się brudne naczynia, ale gruby widocznie miał to w dupie. Jan odprowadził gościa wzrokiem, ten wsiadł do samochodu i po chwili odjechał. Był to chyba jakiś nowszy model Dacii a może starszy renaulta. Jest zbyt ciemno, aby o tym się przekonać. Jan staje się jakiś niespokojny, niepewny siebie ani świata, który go otacza.

Jak się nazywa ten zajazd?

Wszystko jest takie odrealnione, z ziemniaczanymi plackami po węgiersku włącznie!

Kobieta za kontuaru podniosła blat, poprawiła swój biust w miseczkach stanika, przecisnęła się i odniosła brudne naczynia po grubasie. Janowi udało się usłyszeć jej szept:

Obyś chamie gumę złapał…

Uśmiechnął się pewnie zakotwiczając w rzeczywistości.

Takie teksty nie mogą się przyśnić.

Idzie do toalety. Sprawdza czy dobrze się zamknął. Z portfela wyciąga strunową torebkę z białym proszkiem. Jeszcze raz sprawdza czy drzwi są aby dobrze zamknięte.

Z chwilą usypania na brzeg umywalki białej kreski podwyższa się poziom ekscytacji. Sprawnie zwija banknot w rulonik po czym wciąga proszek najpierw do jednej, potem do drugiej dziurki…

No cóż czasem trzeba podrasować rzeczywistość…

Spogląda w lustro, wyciera biały proszek z czubka nosa. Która to godzina? Czas jechać. Podciąga rękaw chcąc sprawdzić która godzina, ale zegarka nie ma…

Czyżby koka zaczęła już działać?

Rudowłosa z lubością zaciągając się markowym papierosem dotarła wreszcie do szosy. Przystanek PKS było jakieś 250 metrów, ale nie musiała tam iść, zaraz powinien nadjechać bus, kierowcą którego był jej znajomy, Karol Nowicki, facet z sąsiedniej wsi, co prawda nie znała go wcześniej, ale w związku z jej cyklicznymi dojazdami z pracy do domu i z domu do pracy znali się już na tyle dobrze, że przeszli na ty. Karol wiedział, że Marta jak zawsze będzie czekać na niego w tym miejscu. Stali klienci mają przywileje, dla kogoś innego nie ryzykował by zatrzymaniem się w niedozwolonym miejscu. Policja stawała się bardziej upierdliwa od milicji, mentalnie raczej ciągle byli milicjantami, których nawet koronowany orzełek na czapce nie był w stanie zmienić.

Marta sięgnęła do kieszonki żakietu, zegarek na białym tradycyjnym cyferblacie miał drobniutki napis “Tissot” a na dole “made in swiss”

O, szwajcar! Uśmiechnęła się. Ciekawe ile jest wart?

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko