Piotr Wojciechowski – Czy istnieją książki drugiego obiegu?

0
227

Piotr Wojciechowski



Czy istnieją książki drugiego obiegu?


 

piotr-wojciechowski Obsesyjnie biadam nad tym, że pisarzom gorzej, bo ludzie mniej czytają. A jednocześnie podejrzewam że przenoszę na całe środowisko pisarskie własne kłopoty wydawnicze. Zapewne prawda jest taka, że czytelnictwo burzliwie się zmienia, a ja nie nadążam za śledzeniem zmian w ruchu wydawniczym, nie zauważam, że papierowa książka to tylko wycinek w trwaniu kultury, w społecznym ruchu myśli, w życiu duchowym. Bo nie pamiętam, że jest promocja książki przez system nagród i targów książki, są fora internetowe, blogi, e-booki, audio-booki, telewizji przybywa profilowanych kanałów.

  Jako lekarstwo na moje strachy serwuję sobie śledzenie  niektórych wydarzeń wydawniczych poza domeną wielkich edytorów, wielkich rankingów i głośnych targów. Szukam świateł dla mnie. Światełko optymizmu mi błysło, gdy w tegorocznym październikowym numerze „ODRY” wyszedł cały drugi rozdział mojej powieści” www.dredynakredyt.eu „, która od trzech lat daremnie szuka wydawcy. Pomyślałem: Czasem błyśnie. Rozglądajmy się, ile ich. Wymieńmy choć parę, aby podkręcić morale  pisarzy i czytelników. Żeby się chciało pisać i czytać.

 Każda książka wydana w wydawnictwie, o którym nikt nie słyszał to dla mnie światełko. Wierząc formule lux  ex Oriente zacznę od książki napisanej przez dwu młodych autorów.  Kto słyszał o wydawnictwie Fundacja Sąsiedzi w Białymstoku? To tam wydali swój wielki reportaż Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki,  którzy za cel swojej kolejnej podróży – i za temat kolejnej książki – wybrali Buriację, autonomiczną republikę włączoną do Federacji Rosyjskiej. Za ich sprawą pielgrzymowałem przez trzęsawiska niewiarygodnego, przez pustkowia irracjonalności.

 A ponieważ o irracjonalnych postawach i niewiarygodnych zdarzeniach  coraz gęściej w medialnych doniesieniach krajowych,  książkę Jastrzębskiego i Morawieckiego daje się czytać również jako relację z  metaforycznej, aluzyjnej wizyty w Polsce.

  Religią panującą jest w Buriacji postsowiecki cyniczny ateizm aprobujący milcząco korupcję, nepotyzm i przemoc, ateizm mający coraz większą domieszkę konsumerskiej obojętności na wszelkie metafizyczne sprawy. Trudno powiedzieć, aby u nas wyznawcy tych religii stanowili rzadkość. Poza tym obecne są w Buriacji: buddyzm lamaistyczny, szamanizm, islam, prawosławie, katolicyzm, importowane z Zachodu chrześcijaństwo zielonoświątkowców, baptystów i katolików. Jastrzębski i Morawiecki w sposób szczególny interesowali się szamanizmem. Mieli wyraźne powody. Tak jak Władymir Władymirowicz Putin za obszar „ruskiego miru” uznaje wszystkie ziemie, które kiedykolwiek były pod rosyjską władzą, tak wyznawcy szamanizmu – a wśród nich liczni profesorowie i doktorzy – uznają, że szamanizm był pierwotną religią ludów mieszkających między Kamczatką, Amurem i Wołgą, przypominają, że szamanizm był religią Dżyngis-Chana i Tamerlana, ma więc prawo powrócić na ziemie kiedyś przez nich zawojowane.

 

    Buriacja leży na Wschodniej Syberii, nad Bajkałem, pomiędzy obwodem irkuckim a Mongolią, blisko już Chin, co owocuje rosnącym zainteresowaniem chińskich inwestorów. Rosjanie rządzą tu od czasów Piotra I, rządzą skutecznie, bo dziś Buriaci stanowią 28% ludności kraju, a do rosyjskości przyznaje się ponad 68%. Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki swój kolejny tom reportaży zatytułowali CZTERY ZACHODNIE STARUCHY. Podtytuł „reportaż o duchach i szamanach” świadczy o tym, że szli tropem duchowego życia tej odległej krainy. Czytałem ich uważnie, pozwalałem, aby wrocławscy naukowcy-reporterzy  prowadzili mnie przez najgęstsze mgły irracjonalizmu i niewiarygodności. Cały czas towarzyszyło mi poczucie pełnej egzotyki i przerażającej bliskości, zaskakujących podobieństw. Już na wstępie uderzyło mnie to, że tam w Buriacji prawdziwych Buriatów zostało tylko 28% – a u nas tyle właśnie wynosi twardy elektorat partii opozycyjnej głoszącej, że reprezentuje prawdziwych Polaków.

 

   Jastrzębski i Morawiecki nie przypadkiem wybrali wiosnę 2013 roku jako czas swoich odwiedzin w Buriacji. Przez parę miesięcy mogli poznawać specyfikę życia duchowego stolicy Buriacji Ułan-Ude, a jednocześnie śledzili przygotowania do zjazdu zjednoczeniowego organizacji szamanizmu miejskiego. Do tego zjednoczenia dążą szamani, bo chcą uporządkować stan prawny swojego działania, do tego zjednoczenia wzywają również władze republiki i Moskwa. Chcą mieć ten żywioł pod kontrolą.

 Szamanizm w miastach  Buriacji to nowe zjawisko. Nie było miast wtedy, gdy szamanizm panował. Miasta stawiali Rosjanie i wtedy szamanizm uciekał do wiosek, w pustkowia gór i na uroczyska, bo niszczyły go władze carskie, struktury prawosławia, wreszcie bolszewicka ateizacja. Po upadku komunizmu szamanizm zaczął się żywiołowo odradzać przyjmując rozmaite formy i pełniąc rozmaite funkcje. Był prywatnym drobnym biznesem, ruchem odnajdywania się  rodzin, ale także sposobem na odzyskiwanie narodowej tożsamości Buriatów. To, że się prestiżowo i finansowo opłacał i to, że był esencją buriackości, sprawiło, że zyskał osobliwą pozycję. Te dwa działające w synergii czynniki uczyniły go czymś ponad społeczeństwem. Naukowcy badają go, ale i ulegają jego logice. Stan duchowy całego społeczeństwa Buriacji jest teraz taki, że każdy wypadek losowy ma w konsekwencji szukanie pomocy u szamana. Gdy zdarza się śmierć w rodzinie ateisty, prawosławnego, katolika, buddysty czy wyznawcy szamanizmu, gdy zdarza się katastrofa drogowa, utrata pracy, zdrada małżeńska – wzywa  się szamana. Szaman tłumaczy jakie duchy szkodzą, jak pozyskać przychylność przodków, jakie ofiary trzeba złożyć. Szaman wyprowadza ludzi na uroczyska, pali ognisko, kamła i bryzga.

Kamłanie to recytowanie zaklęć po staroburiacku albo po rosyjsku,

bryzganie to rozlewanie wódki, mleka, czasem herbaty. Najczęściej szaman wpada w trans, aby dotrzeć do świata duchów.    

 Myślę sobie o wspólnych cechach szamanizmu, voo doo, macumby, candomble, ubandy, i innych kultów żywiących się transem, często synkretycznych – o relacjach tych kultów do nowoczesności rynkowo-elektronicznej i ich relacjach do “wielkich religii”. Przyglądam się jak w naszym racjonalnym z pozoru, niby wierzącym nauce społeczeństwie, rządzi ludźmi kamłanie – zaklęcia promocji towarów, promocji polityków czy mediów. Zaklęcia, którym niby nikt nie wierzy, ale które okazują się skuteczne. A rozrzutność analogiczna do szamańskiego bryzgania – ten nadmiar gadżetów, opakowań, rewii, wystaw. Nadmiar kanałów telewizyjnych to bryzganie z kamłaniem w eterze. Te śmietniki na peryferiach miast, śmietniki w naszych skołowanych łbach. Ileż transu w alkoholowym obyczaju, w procedurach narkomanii, w religii dopalaczy. To nie specyficzne buriackie dziwactwa, to antropologiczna cecha  ludzkich.

   Oto książka, której denerwujący obiektywizm przymusza  do myślenia. Takie książki są jak światełka.

   Dwa tygodnie temu pojechałem do Kazimierza nad Wisłą. Miałem tam spotkać się z młodzieżą Zespołu Szkół Zawodowych. Spotkanie planowano na poniedziałek, dojechałem na miejsce w niedzielę po południu. W Kazimierzu jest miejsce magiczne, „czakram literacki” – to filia Muzeum Nadwiślańskiego starsza niż to muzeum – Dom Jerzego i Marii Kuncewiczów. Tam miałem nocować i tam nieoczekiwanie trafiłem na zebranie klubu czytelniczego. Pani profesor Zofia Mitosek spotyka się tam co miesiąc z przyjaciółmi książek – seria spotkań nazywa się Niedziele Literackie. Tym razem tematem dyskusji była trudna powieść Emmanuela Szmitta „Ewangelia według Piłata”. Słuchałem dyskutantów i serce mi rosło. Jaką dobrą polszczyzną potrafili się spierać o teologię, Biblię, ateizm, literaturę!  Dwudziestu kilku dyskutantów, panie i panowie, młodzi i starsi, niektórzy z daleka. Kierująca Domem pani Wanda Michalakowa pokazała mi potem listę książek, które uczestnicy Niedziel już czytali i omawiali, pozazdrościłem , tak jak zazdrościłem pani profesor Mitosek, że wychowała sobie takie grono niepokornych a światłych partnerów rozmowy. Bo wiadomo – przeczytaną książkę zapomnisz – nie zapomnisz książki, o którą się pokłócisz z przyjaciółmi.

   Dowiedziałem się też, że   wkrótce znajdzie się większe pomieszczenie do spotkań, nie oddzielone od centrum stromym i kamienistym Wąwozem Małachowskiego. Są kolejne zgłoszenia, czytelników chcących rozmawiać przybywa.

   W poniedziałek rano stanąłem przed młodzieżą. Nie czułem się zbyt pewnie – temat zaproponowano mi trudny, a ja go sobie jeszcze przemyślnie utrudniłem. Pięcioro wychowawców, osiemdziesiąt par młodych oczu. I mówiłem jak umiałem o tym, jak kultura nas – Polskę – ocalała w przeszłości od niebytu, jak kultura może nas jeszcze ocalić w tych czasach politycznie i ekonomicznie niepewnych. I do zadanego tematu – po co uczyć pisarstwa, po co wychowywać nowych pisarzy, dołączyłem to, o czym najgłębiej jestem przekonany. Oto władztwo nad słowem, świadomość stylu, gramatyki, bogactwo leksykalnych zasobów, najbardziej potrzebne są człowiekowi, żeby sam siebie pisał jako księgę dla samego siebie. Potrzebne mu są, aby nazwał lęki i nadzieje, aby wcześniej niż sumienie opisał krainy zła i dobra w sobie, aby opowiedział wspomnienia swoje, zakochania i utopie. Nie wiem, czy przyjdzie czas realizacji ambitnych planów, zorganizowania dla chętnych warsztatów pisarskich w Kazimierzu nad Wisłą.

   Pewny jednak jestem, że mój kulturowy pesymizm to fałsz co chwila kompromitowany przez błyski czegoś, co pesymizmowi zaprzecza.  Na zakończenie dwa takie fakty – dwie książki. Pierwszą dostałem w Białym Potoku na Podhalu, od Staszka Ślimaka, wójta Szaflar. Na okładce czytam „Wojciech Kamiński – Wspomnienia”. Ów Kamiński był gazdowskim synem z Szaflar,  był tu wójtem od roku 1927 do 1945, a do tego od 1927 roku do późnej starości działaczem podhalańskiej spółdzielczości mleczarskiej. Opisał szczegółowo swoje wojowanie podczas pierwszej wojny światowej. Opisał trudne czasy drugiej wojny, dziesięciolecia powojenne. Książkę, bezcenną jako dokument, ciekawą formalnie, wydali razem niecodzienni przyjaciele książki – gmina, w której wójtował i rodzina. Pocztą przyszła druga książka – też z tamtych stron, od wyjątkowych ludzi. Tom, w uroczej staroświeckiej oprawie graficznej  „Życie wierszami haftowane” nieżyjącej już Hanki Nowobielskiej,  wybitnej poetki, piszącej gwarą i literacką polszczyzną. Mało kto bardziej niż Nowobielska zasługuje na miano poety mistycznego. Tu wydawcą – sponsorem byli górale – sąsiedzi poetki, właściciele wyciągów narciarskich, czy nie można stać się optymistą, gdy pojawiają się tacy przyjaciele książki? A jest ich tylu, że nie zdołam wszystkich wymienić. Do wydania tej książki przyczynili się córka i syn autorki, a także profesor Stanisław Hodorowicz, były rektor nowotarskiej uczelni wyższej, ale podpisujący się jako hetman zbójników,  współpracował też łódzki filozof, poeta i krytyk literacki, profesor Kazimierz Świegocki, ksiądz fotograf i taternik rodem z Bukowiny – Zbigniew Pytel. I nie oni jedni.

   Życie pisarza nabiera sensu, gdy widzi, że komuś jeszcze na książkach, nie tylko na towarze książkowym, zależy.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko