Krzysztof Lubczyński rozmawiał ze Stanisławem Mikulskim

0
112

Krzysztof Lubczyński rozmawiał ze Stanisławem Mikulskim


 

stanislaw-mikulski0STANISŁAW MIKULSKI (1929-2014)

Był postacią-legendą, jako aktor, przede wszystkim w roli nieśmiertelnego, niezapomnianego porucznika, a potem kapitana Hansa Klossa, a ściśle mówiąc, agenta polskiego/radzieckiego wywiadu, skrytego pod mundurem niemieckiego oficera Abwehry, w najpopularniejszym serialu wszechczasów, w „Stawce większej niż życie”. Poniżej wywiad z aktorem przeprowadzony na początku 2012 roku, przed premierą filmu, w którym Stanisław Mikulski zagrał swoją ostatnią rolę.


*     *     *


Za kilka tygodni premiera filmu Patryka Vegi, „Hans Kloss – Stawka większa niż śmierć”. I znów Pan zagrał kapitana Klossa….


– Od razu dodajmy, że Klossa sędziwego, po latach. Klossem młodym będzie Tomasz Kot.


Udzielał Pan młodszemu koledze sugestii, jak grać tę postać?


– Nie. W żadnym wypadku. Tak utalentowanemu aktorowi? Poza tym  dziś gra się nieco inaczej, zwłaszcza w innym tempie. Nie można i nie trzeba kopiować doświadczeń z przeszłości.


Przez wiele lat pojawiał się wątek Pana zaszufladkowania w tej roli…


stanislaw-mikulski1– Tak. Bo w jakimś sensie zaszufladkowano mnie. Nie tylko zresztą „w Klossie”, ale w ogóle w owych pozytywnych i mundurowych rolach. Tymczasem, jak każdego aktora, ciągnęło i ciągnie mnie do charakterystyczności. To najciekawsze role. Jednak o ile film nie dał mi możliwości sprawdzenia się w rolach charakterystycznych, to teatr, w którym przecież pracowałem całe życie, już tak. I były to role nie tylko takie, jak Cyrano de Bergerac z przylepionym nosem, ale także dramatyczne, komediowe czy nawet  farsowe. Grałem np. Makbeta czy Jagona w „Otellu” Szekspira, ale również groteskowego Żewakina w „Ożenku” Gogola, Geronta w molierowskich „Szelmostwach Skapena” czy role w komediach Fredry. To wszystko na scenach najpierw Lublina, a potem Warszawy.


Dlaczego reżyserzy nie wykorzystywali Pana umiejętności charakterystycznych?


– Żaden z nich nie ośmielił się mnie w takiej roli obsadzić. Tłumaczono mi, co uważałem za bzdurę, że widz przyzwyczaił się do mnie w owych rolach zacnych, sympatycznych cywili i mundurowych. Tak więc, może trochę wbrew warunkom zewnętrznym, czuję się aktorem charakterystycznym. Tylko ilu widzów to widziało? W teatrze widziały mnie tysiące, a w filmie miliony.


Jak Pana znaleziono do roli Klossa?


stanislaw-mikulski1– Zaczęło się od tego, że Zbigniew Safjan i Andrzej Szypulski napisali scenariusz sześciu odcinków „Stawki”. To był rok 1964, mój pierwszy sezon w Warszawie, po przyjeździe z Lublina. Byłem w telewizji nową twarzą. Poza tym, większość moich dotychczasowych ról filmowych była związana z mundurem np. w „Ewa chce spać”, „Skąpanych w ogniu”, „Godziny nadziei”, „Dwaj panowie N”, „Kanał”, „Barwy walki” „Yokkmok”, „Pierwszy start” i inne. Myślę, że to miało to swoje znaczenie. Z Januszem Morgensternem, reżyserem pierwszego odcinka „Stawki” znaliśmy się jeszcze z okresu kręcenia „Kanału” Andrzeja Wajdy. I to chyba zdecydowało o obsadzeniu mnie w roli Klossa. Od drugiego odcinka reżyserię „Stawki” przejął AndrzejKonic. A jeden spektakl „Stawki”, w ramach Teatru Sensacji zrealizowała BasiaBorys-Damięcka.


 Skąd ten niebywały fenomen popularności tego serialu i postaci Klossa?


– Może dlatego, że był polskim bohaterem podtrzymującym ducha w narodzie, wygrywającym. Myślę, że to miało duże znaczenie przy zaakceptowaniu przez widza „Stawki”. Poza tym dobry scenariusz, reżyseria i plejada aktorów. No i mieliśmy wtedy niewiele  seriali poza „Bonanzą”, „Świętym”, czy „Hrabią Monte Christo”.


Który z planów filmowych utrwalił się Panu najbardziej w pamięci?


– Poza „Stawką”, która, co zrozumiałe pochłonęła najwięcej czasu dobrze zapamiętałem prace przy „Kanale” Andrzeja Wajdy, gdzie grałem Smukłego.  Zdjęcia plenerowe „Kanału” realizowaliśmy w Warszawie, w gruzach przy ulicy Dolnej. Po zdjęciach trzeba było dwa-trzy razy się kąpać, żeby zmyć z siebie brud i sadzę, w której byliśmy umorusani. Sekwencję kanałową natomiast kręciliśmy w Łodzi. Wnętrza kanałów były dekoracjami. Zdjęcia realizowaliśmy na przełomie września i października, więc było już chłodno i wielu z nas się przeziębiło mimo, że codziennie rano wpuszczano nam podgrzewaną wodę, żebyśmy nie marzli. Ponieważ jednak woda chłodniała, więc donoszono nam herbatę z rumem, która przemieniała się z wolna w rum z herbatą. Drugim takim „mokrym” filmem był „Ostatni  kurs” w reż. Jana Batorego. Kręciliśmy na Wybrzeżu. Prawie połowę zdjęć kręcono w nocy, w ulewnym deszczu i te dwa filmy wspominam jako jedne z najbardziej uciążliwych.


Których reżyserów filmowych wspomina Pan szczególnie?


– Przede wszystkim Leonard Buczkowski, u którego debiutowałem w „Pierwszym starcie” i dzięki niemu zostałem aktorem. Poza tym Jana Batorego, ( „Ostatni kurs”, Tadeusza Chmielewskiego („Ewa chce spać”, „Dwaj panowie N”) Jerzego Passendorfera („Zamach”, „Barwy walki”, „Skąpani w ogniu”).  Bardzo miło wspominam też pracę ze Stanisławem Różewiczem w filmie z serii „Podziemny front”. Można by jeszcze niejedno nazwisko wymienić.


Pan robi wrażenie człowieka bardzo spokojnego, pogodnego, a tymczasem o zawodzie aktorskim mówi się, że jest profesją niszczącą psychicznie z powodu eksploatowania własnej psychiki, jako że tu własna psychika, własne emocje są tworzywem pracy.


stanislaw-mikulski1– Każdy zawód wykonywany uczciwie wywiera piętno na psychice człowieka. Zawód aktorski pewnie też. Ogromną   pracę nad rolą wykonujemy w czasie prób. Szukamy środków wyrazu dla postaci, które mamy zagrać. Kiedy je znajdujemy, utrwalamy je w sobie, by potem już w sposób techniczny odtworzyć na scenie. Aktor na każdym spektaklu musi być maksymalnie skoncentrowany, by móc odtworzyć to, co wypracował z reżyserem w trakcie prób. My jednak nie „przeżywamy” roli – jak sądzą niektórzy. A dlaczego mówi się, że to bywa zawód wyniszczający? Bo wymaga bardzo dużego wysiłku psychicznego i fizycznego. Jak bardzo ten zawód wiąże się z autentycznymi emocjami, jak często bywają one tworzywem naszej pracy, niech zaświadczy taka anegdota dotycząca Heleny Modrzejewskiej, która kiedyś w roli Marii Stuart doprowadzała publiczność do łez stosując odpowiednią technikę. Pewnego dnia weszła na scenę poruszona wieścią o śmierci kogoś bliskiego i zapłakała naprawdę, „wrzuciła” w rolę swój autentyczny ból, ale tym razem – o paradoksie – publiczność została obojętna, nikt na widowni nie płakał. O czym to świadczy? O tym, że aktorstwo jest warsztatem, więc aktor nie może „puścić się na żywioł”, musi się kontrolować, musi kontrolować to, co robi, bo to jest podstawą jego oddziaływania na widza.


Niektórzy mówią, że ten zawód wywiera piętno na psychice, na życiu prywatnym aktora.


– To chyba nie dotyczy profesjonalnych aktorów. I przyznam, że nie bardzo w to wierzę. W każdym razie ja jestem normalnym człowiekiem.


Dziękuję za rozmowę.


STANISŁAW MIKULSKI – ur. 1 maja 1929 roku w Łodzi zm. 27 listopada 2014 r. w Warszawie. W latach 1951-1964 aktor Teatru im. J. Osterwy w Lublinie. Zagrał tam m.in. tytułowego Sułkowskiego w dramacie Żeromskiego, Mackie Majchra w „Operze za 3 grosze” Brechta, Makbeta, Rowena w „Wygnańcach” Joyce’a, Barykę w „Przedwiośniu”. Od 1964 roku w Teatrze Powszechnym w Warszawie pod dyrekcją Adama Hanuszkiewicz. Pod dyrekcją Hanuszkiewicza pracowałem dwa sezony i zagrałem w „Przedwiośniu”, „Kolumbach” oraz „Koriolanie”. A potem był Ludowy, to m.in. Cyrano de Bergerac, Petrucchio w „Poskromieniu złośnicy”, „Opera za 3 grosze”. Na czas moje pracy w Ludowym przypadło nagranie 18 odcinków „Stawki”, co mi zajęło 18 miesięcy. Później Teatr Polski, gdzie zagrałem Ferdynanda w „Intrydze i miłości” Schillera, Jagona w „Otellu” Szekspira i w „Uczniu diabła” Shawa i na końcu Narodowy. Tam zagrałem m.in. w widowisku o Jałcie, w „Fizykach” Durenmatta, w „Geniuszu sierocym” Dąbrowskiej i „Szelmostwach Skapena” Króla w „Mazepie”, a ostatnią moją rolą przed odejściem z Narodowego był Doktor w mickiewiczowskich „Dziadach”. Ma na swoim koncie ponad osiemdziesiąt ról filmowych , m.in. Smukłego w „Kanale” (1956) A. Wajdy, policjanta Piotra w „Ewa chce spać” (1957) T.Chmielewskiego, „Zamachu”(1958) J.Passendorfera.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko