Dariusz Pawlicki – O książkach i ich (nie)czytaniu

0
198

DARIUSZ PAWLICKI

 


O KSIĄŻKACH I ICH (NIE)CZYTANIU


                                        

,,Nie mam biografii. Mam tylko książki”.

Constantin Noica

 

      W Promieniowaniach*, dzienniku wojennym, pod datą: 22 października 1942, niedługo przed wyjazdem na front wschodni, Ernst Jünger dokonał takiego oto wpisu:

      „Będzie mi brakowało świata książek; spędziłem w nim wspaniałe godziny, to oazy w świecie zniszczenia”.

      Kilka miesięcy później, po powrocie do Paryża, pod datą: 20 marca 1943 r., na temat kolejnej wizyty u paryskich bukinistów, napisał:

     „Jest to dla mnie zawsze godzina nadzwyczajnego zadowolenia, oaza pośród czasu. Nabyłem tam Le proc`es du Sr. Edouard Coleman, gentilhomme, pour avoir conspire la mort du Roy de la Grande Bretagne. Znamienne, jednocześnie wyrażające stosunek autora do książek, jest porównanie ich, i kontaktu z nimi, do oazy. Za pierwszym razem do – „oazy w świecie zniszczenia”, za drugim – do ,,oazy pośród czasu”. Tym bardziej znamienne, że poczynione podczas toczącej się wojny, wojny jakiej świat jeszcze nie widział.

 

      O pozytywach kryjących się w książkach, w pochodzącym z 1930 r. eseju Magia książek, Hermann Hesse tak oto napisał:

      „Wiem, że gdy pogrążę się w lekturze pięknej książki, to czynię wówczas coś lepszego, mądrzejszego, bardziej wartościowego, niż czynili wszyscy ministrowie i królowie tego świata od lat. Buduję tam, gdzie oni burzą, zbieram, gdzie rozpraszają, żyję z Bogiem tam, gdzie oni go negują czy krzyżują”.

      Hermann Hesse, jeśli chodzi o przyszłość książki drukowanej, był optymistą (najpewniej był nim również Ernst Jünger). Ale być nim w 1930 r. z całą pewnością było łatwiej niż obecnie. O zainteresowanie w czasie przeznaczonym na rozrywkę rywalizują bowiem z książką liczni konkurenci. I stopniowo ich przybywa. Rezultat jest taki, że coraz mniej ludzi czyta książki; mało tego, coraz więcej ludzi w ogóle nie czyta (co najwyżej krótkie, wręcz bardzo krótkie teksty o treści informacyjnej). Problem nie sprowadza się jednak wyłącznie do nieczytania. Dotyczy bowiem także tego, że obserwowany jest stopniowy zanik różnorodnych zjawisk, w tym obyczajów, jakie towarzyszyły wielu pokoleniom w ich kontaktach z książką drukowaną. A zjawiska te mają także związki z tymi, jeszcze liczniejszymi, generacjami żyjącymi przed epoką zapoczątkowaną przez Gutenbergowski wynalazek.

                                                                    

*

 

      Informację, że książka symbolizuje, na przykład, uczoność, wiedzę, mądrość, każdy, kto usłyszy ją po raz pierwszy, najpewniej przyjmie do wiadomości bez zdziwienia. Uzna to może nawet za oczywistość. Ale prawdopodobnie zareaguje inaczej, gdy dowie się, że jest ona także symbolem, między innymi, całości Wszechświata; dociekania prawdy, wiedzy transcendentnej, wiedzy tajemnej; magii, historii, sztuki; prawa, Biblii, Ewangelii, dziesięciorga przykazań, zbioru praw; rady, godności, sprawiedliwości, cnót, melancholii, ucieczki od rzeczywistości; wolnego czasu spędzanego w spokoju.

      Spośród symbolicznych znaczeń książki najbardziej interesuje mnie, ze względu na tematykę niniejszego eseju, z jednej strony, mądrość i wiedza, a z drugiej, ucieczka od rzeczywistości i wolny czas spędzany w spokoju. Stanowią one bowiem, według mnie, kwintesencję „książkowości”, czyli duchowości jaka zawarta jest w specyficznym przedmiocie jakim jest książka. Na jego postać, czyli formę, składa się zadrukowany papier, jak też oprawa. Z tym, że elementy sprawiające, iż książka jest także czymś bardzo fizycznym, od kilku dziesiątków lat, odgrywają coraz mniejszą rolę. Owa „coraz mniejsza rola” objawia się w postaci papieru makulaturowego i miękkiej okładki, te elementy są jedynie niezbędnymi dodatkami (gdyby ich nie było, nie można by mówić o książce). A wszystko po to, aby książka była jak najtańsza. To zaś skutkuje tym, że żywot książki współczesnej jest krótki. A jeśli powstaniu jakiejś pozycji towarzyszą obecnie dodatkowe zabiegi sprawiające, że od strony edytorskiej wyrasta ona ponad przeciętność, używa się wobec niej określenia: sztuka książki. W czasach nie tak znowu odległych, terminu tego nie używano, gdyż książka nie była traktowana, jedynie jako produkt. Wystarczyło słowo: książka. Jako Coś szczególnego traktowali ją bowiem zarówno wydawcy jaki i czytelnicy. Ci pierwsi starali się zachować odpowiedni poziom edytorski. To dlatego Ernst Jünger, esteta w mundurze Wehrmachtu, we wspomnianych Promieniowaniach, odnośnie powyższego tematu, zanotował, że będąc na herbacie u pewnej paryżanki, oglądał „rękopisy, dedykacje i piękne oprawy. Po części były one wykonane z groszkowanej skóry, której dotyk podwaja przyjemność czytania (…)”. A kilka miesięcy później, opisując zakupione u paryskiego antykwariusza książki, wspomniał, że Podróż hiszpańska Algernona Charlesa Swinburne’a była oprawiona w czerwony marokin**.

     

czytajaca

Jean-Honore,  Czytająca dziewczyna, 1776

 

      Dla ludzi ówczesnych, zawartość książki, czyli jej strona intelektualna, była oczywiście bardzo ważna. Ale równocześnie łączyła się z nią wspomniana estetyka w postaci oprawy, papieru, ilustracji, kroju liter. Miała więc wpływ na ogólną ocenę książki. Powodowała, że traktowano ją często jako dzieło sztuki. I to dzieło mające służyć pokoleniom; zarówno ze względu na solidność wykonania, jak i ponadczasową treść. Dziś, choćby ze względu na krótkotrwałość literackich mód i mało istotną treść większości bestsellerów (sygnalizuje to niska jakość współczesnych książek) długi żywot książki nie jest w ogóle brany pod uwagę. Najbardziej pożądane przez wydawcę jest wyrzucenie książki przez czytelnika po pierwszym przeczytaniu. A to po to, aby nabył następną. Tyle bowiem, ich zdaniem, ale i zdaniem wielu czytelników, warta jest zawartość większości drukowanych obecnie książek.

      Tymczasem żyjący na przełomie XVIII i XIX w. William Hazlitt, na temat ponadczasowych treści zawartych w książkach (oczywiście nie we wszystkich), w eseju O czytaniu nowych książek, poczynił dwie następujące uwagi:

      „Nie mogę pojąć namiętności, z jaką większość ludzi czyta nowe książki. Gdyby ludzkość przeczytała to wszystko, co się już uprzednio ukazało, mógłbym zrozumieć brak ochoty do powtórnego czytania tego samego”.

      „Książka nie przeczytana jest dla mnie pod każdym względem książką nową, niezależnie od tego, czy wydrukowana została wczoraj, czy też przed trzystu laty”.

      Zaś w Pożegnaniu eseju, napisanym dwa lata przed śmiercią, zawarł taką oto myśl:

      „Jedzenie, ciepło, sen i książka – oto wszystko, co mi obecnie jest potrzebne – ultima thule moich błądzących pragnień” (ultima thule – po łac. ostatnia granica) .

 

.

 *

 

      Z książką wiąże się ciepło i światło. Lektura dostarcza bowiem ciepła i światła, które można nazwać wewnętrznymi. Natomiast źródłem ciepła dosłownego, rzeczywistego, bardzo wskazanego przy lekturze w chłodne dni, jest kaloryfer, rzadziej ogień płonący na kominku bądź za żeliwnymi drzwiczkami pieca (spalaniu drew, także węgla mogą towarzyszyć trzaski, syki). Zaś oświetlenia niezbędnego do tego, żeby widzieć litery dostarcza żarówka zaopatrzona w klosz, w razie problemów z elektrycznością – świeczka, lampa naftowa. Zimą przybywa powodów, aby czas spędzać z książką. Nie bez przyczyny poeta angielski John Betjeman, zarabiający na życie jako krytyk literacki, tak napisał na ten temat:

      „Zima to pora, gdy czuję, że mogę pogrążyć się w lekturze tego, co lubię, zamiast tego, co powinienem przeczytać”.

       Źródła ciepła wypełniającego pomieszczenia, w których odbywa się kontakt z książką, są obecnie zdecydowanie inne niż w epokach minionych. Lecz wspomnienia związane z tymi dawnymi, wciąż są żywe, powracają do nas. I odnoszą się właśnie do czasów sprzed epoki książki drukowanej. Są więc bardzo odległe. Odwołują się bowiem do prastarego zwyczaju opowiadania historii o zmroku, gdy paliło się ognisko, albo drwa na kominku. Snucie opowieści nabierało szczególnej intensywności właśnie zimą. Przerwa w pracach rolnych, a co za tym idzie, zdecydowanie więcej wolnego czasu i potrzeba jego zagospodarowania, sprzyjały takiej formie spędzania wieczorów. W epoce otwartego ognia, słuchaniu opowieści towarzyszyły intrygujące cienie rzucane na ściany przez drgające, ruchliwe języki ognia. Stanowiły one rodzaj żywej scenografii. Zaś rozmaite dźwięki towarzyszące spalaniu się drew czy chrustu dostarczały dodatkowych efektów. Dodatkowych, gdyż za te główne była odpowiedzialna osoba opowiadająca. Niejednokrotnie te wizualne i dźwiękowe efekty, stawały się wręcz dopełnieniem opowiadanych historii, szczególnie tych grozy. Pobudzały bowiem, i to bardzo skutecznie, wyobraźnię. To, że obecnie snucie opowieści jest czymś niezmiernie rzadkim, przynajmniej na Zachodzie, to wynik ekspansji, chociażby, telewizji. 

      Mając na uwadze książki, jako takie, możliwe jest nawiązanie swoistego kontaktu z poprzednimi pokoleniami, w tym wypadku czytelniczymi. Szczególnie wtedy, gdy ma się do czynienia z książkami wydanymi we wcześniejszych epokach (ze względu na ich trwałość będącą wynikiem solidnego wykonania i użycia odpowiednich materiałów). Przodującą rolę w tym kontakcie odgrywa samo czytanie: czytanie słów, zdań, z którymi zaznajamiali się nasi poprzednicy. Ale ważne jest też przekładanie kartek dotykanych przez nich. W niektórych egzemplarzach można natrafić na konkretne, bardzo wymowne ślady świadczące o ich wcześniejszych użytkownikach. Mogą to być ekslibrisy lub nazwiska właściciela/właścicieli, glosy napisane na marginesach bądź pomiędzy wierszami, akapity lub zdania podkreślone albo obwiedzione ołówkiem. Dwa ostatnie rodzaje tych śladów, można nazwać intelektualnymi (dla wielu będą niepożądanymi ingerencjami w tekst). Pozwalają one sformułować, bardzo ogólne, ale jednak, jakieś wnioski na temat poprzednich czytelników, którzy zostali zaintrygowani konkretnymi myślami.

      Bohaterka filmu 84 Charing Cross Road, mieszkająca w Nowym Jorku pisarka (do zamawiania książek w konkretnym antykwariacie londyńskim, skłaniają ją, między innymi, przystępne ceny, bogactwo oferowanych do sprzedaży tytułów, ich poziom edytorski) w starych książkach lubi i to, że bardzo często otwierają się w konkretnych miejscach. I miło jest jej, gdy stwierdza, że ich poprzedni właściciele szczególnie lubili jakieś fragmenty, które przyciągają i jej uwagę. 

 

*

 

      Wielu współczesnych zerwało kontakt z książką drukowaną; świadomie bądź nie. W ich przypadku książka w roli środka służącego poznawaniu świata, została zupełnie zastąpiona przez telewizor bądź komputer; bardzo często przez oba te urządzenia.

      Telewizor to obraz i dźwięk, a komputer to jeszcze dodatkowo słowo pisane. I, tak jak książka, oba te urządzenia stanowią narzędzia służące zdobywaniu wiedzy, jak i rozrywce. I jeśli chodzi o skuteczność, są równorzędne (do czego poszczególni ludzi wykorzystają te możliwości, to już inna sprawa). Stawianie każdej książki na piedestale, jako najznakomitszego narzędzia, jest nadużyciem. Należy bowiem pamiętać o książkach zawierających idee, które, gdy zostały wprowadzone w życie, sprowadziły na pewne grupy ludzi, nie ważne jak liczne, nieszczęście czy wręcz śmierć.

      Książki, oczywiście, nie są niczemu winne. Winę ponoszą konkretni ludzie (w mniejszym stopniu autorzy, w dużo większym stopniu ci, którzy zaczęli wprowadzać w życie ich niebezpieczne pomysły). 

      Tym czym książka góruje nad innymi mediami/środkami/urządzeniami jest korzystny wpływ na wyobraźnię. Czytelnik musi ją bowiem zaprząc do „pracy”, gdy ma, na przykład, do czynienia z opiami bohaterów jakiejś powieści. Skazany jest na nią również wtedy, gdy książka opatrzona jest ilustracjami. Są one bowiem jedynie, jakby szablonami, które należy wypełnić. Dopiero bogata wyobraźnia pozwoli stworzyć pełne obrazy, pojawiające się każdorazowo, gdy wzrok będzie napotykał, przykładowo, imiona bohaterów. Natomiast obraz, jaki będzie pojawiał się na ekranie tego czy innego urządzenia, podawany jak na tacy, za każdym razem będzie sprowadzał wyobraźnię w stan uśpienia. Może nawet będzie prowadził ją do, powolnego bądź szybkiego, uwiądu.

      Książka posiada jeszcze inne plusy. Zacznę od jej, że tak powiem, poręcznej fizyczności (opasłe tomiska stanowią marginalne zjawisko). Sprawia ona, że z książką w rękach można zasiąść w wygodnym fotelu, jak i na przydrożnym kamieniu. Będąc pogrążonymi w lekturze, nie tylko zdobywamy wiedzę bądź przeżywamy ucieczkę od rzeczywistości, ale także smakujemy czas spędzany w spokoju. Wtedy również, zupełnie bezwiednie, bez żadnego wysiłku, nawiązujemy kontakt z tymi wszystkimi użytkownikami książek, którzy żyli przed nami. I wykonywali te same, wspomniane już, czynności, co my (niejednokrotnie czytali te same utwory). Uczestniczymy wtedy w swoistym misterium. Natomiast zasiadając przed telewizorem lub ekranem komputera zrywamy więzi z tamtym światem i z tamtymi ludźmi. I czynimy to nieświadomie. Z tych związków mało kto zdaje sobie bowiem sprawę. A gdy jest jednak inaczej, to uznaje, że są one zupełnie nieistotne.

      Więzi łączące obecnych użytkowników telewizorów i komputerów z tymi, którzy należeć będę do przyszłych pokoleń, najprawdopodobniej nie powstaną. A mówiąc dokładnie – nie zdążą się nawiązać, gdyż pogoń za nowinkami technicznymi sprawi, że stosunkowo szybko oba te urządzenia zostaną zastąpione jakimiś nowszymi.

 

*

mol

Carl Spitzweg, Mól książkowy, ok. 1850.

 

      Człowiek pędzący życie pośród książek, jedynie z nich czerpiący wiedzę o otaczającym go świecie, czyli przysłowiowy mól książkowy, w żadnym razie nie powinien być ideałem. Życie tylko w pewnym stopniu jest bowiem tożsame z zawartością książek (także z programami telewizyjnymi, filmami, grami komputerowymi itd). Choćby dlatego, że po prostu jest czymś innym. Z tej choćby racji, że wiele jego przejawów nie sposób zawrzeć w słowach, także w obrazach (z uwzględnieniem ruchomych). Dlatego jak najbardziej wskazane jest osiągnięcie równowagi pomiędzy światem wręcz zapchanym/przepełnionym książkami, a światem całkowicie ich pozbawionym. Albowiem życie wyimaginowanych bohaterów można wielokrotnie przeżywać za sprawą zadrukowanych stron, a własne (tu i teraz) jeden, jedyny raz. Z tym, że o ile jedna skrajność, ta uosabiana przez wspomnianego mola książkowego, jest bardzo rzadko obserwowana, to druga, reprezentowana przez człowieka, którego ręce i oczy nie mają kontaktu z książką, jest powszechnym zjawiskiem. Niestety!

 

   

______________________________________________________________

       * Ernst Jünger, Promieniowania, tłum. Sławomir Błaut, Warszawa: Czytelnik, 2004.     

    * * marokin (od nazwy kraju Maroka) – skóra kozłowa specjalnie wyprawiana i tłoczona.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko