Krzysztof Kwasiżur – Z okien pociągu

0
178

Krzysztof Kwasiżur




Z okien pociągu


 

Maria Wollenberg-KluzaRzecz zaczęła się od tego, że kilka dni temu otrzymałem wiadomość od powszechnie znanego w Polsce krytyka, w której to (pomijając grzecznościowe ochy i achy) dziwi się faktowi, iż – w momencie, gdy moje felietony są na wysokim poziomie, moje wiersze „mają nieświeży oddech”.

Nie pierwszy to raz w dziejach literatury poeta nie zgadza się ze słowami krytyka, więc i ja nie robił bym z tego wielkiej sprawy, gdyby tymczasem Święto Zmarłych nie natchnęło mnie zadumą. Zadumą nad zarzutami krytyka (by nie otrzeć się o zdradę tajemnicy korespondencji – nie posunę się do szczegółów).

 

Recenzent ma prawo do subiektywizmu. Wszelkie miary w literaturze są subiektywne, a krytyka literacka nie jest dziedziną ścisłą. Subiektywizm jednak powinien być przekonujący i nie przekraczający miar nielogicznych lub irracjonalnych.[1]

 

Często osoby, zajmujących się krytyką, niejako drugim torem idąc, usiłują już na wstępie odbić wszelkie zarzuty w rodzaju: „Krytyk i eunuch z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi”[2] – pisząc własne wiersze.

Bo czyż można zarzucić krytykowi, który sam pisze wiersze, że nie zna się na temacie, na który pisze? Sprytni ci krytycy, nie?

Sprytni, o ile piszą DOBRE wiersze. Dobre, to znaczy jakie? Zapytam, widząc ciągłe przeciąganie liny pomiędzy krytykami – teoretykami poezji, kładącymi nacisk na technikalia, „obróbkę skrawaniem” i bycie trendy,  a poetami – praktykami, którzy skupiają się na możliwie skutecznym dotarciu do odbiorcy, słuchacza, czytelnika.

Poeta (mam na myśli tych z krwi i kości) nie dba o to by jego wiersze były TRENDY, to robota teoretyków – babranie się w nurtach, falach, trendach, wyszukiwanie w morzu wierszy i wierszydeł pereł. Ale tak naprawdę poeta – by pisać jak najlepiej umie i krytyk – by swoją robotę wykonać (czyli wyiskać z tego futra jakąś wartość ponadczasową) mają te same narzędzia; dorobek wielu pokoleń poetów, czyli dorobek poezji samej w sobie i własny instynkt.

Bronek Kozieński napisał niegdyś w jednym z komentarzy: „ten co szuka wierszy to zwyczajny obibok i darmozjad, poetą zostaje ten którego wiersze same znajdują”.[3]

Może to niezbyt precyzyjne słowa, może niezbyt elokwentne, jednak z głębią prawdy w nich ukrytą też się muszę zgodzić; nie ten jest poetą, kto zna historię poezji od starożytności – ergo; nie ten zna poezję, który ma w głowie wszystkie opracowania i encyklopedie na jej temat, ale ten, czyim życiem poezja rządzi i nawet na budowie młotkiem się zdzieli, nie przez niezdarność, tylko przez zamyślenie nad nowym wersem.

Oczywiście, zdobycze poezji, jak i każdej innej dziedziny ktoś musi później „przemielić”, „przetrawić”, niczym te cztery części krowiego żołądka, zanim z tej przeżutej treści będzie mleko. Opracowywanie, szufladkowanie tej papki informacyjnej należy do maluczkich, nawet tych zajmujących się pracą naukową, czy myślą humanistyczną, lecz nie zostali obdarzeni przez los błyskotliwością.

Tym przyjdzie reszt  życia konsumować dobro, które inni – bardziej twórczy, błyskotliwsi stworzyli.

A tych TWÓRCÓW jest raptem około 10% jak pokazuje każda paraboloida. Z ich dokonań (także literackich) pozostałe 90% będzie korzystać, mielić, aż znajdzie się jednostka, która porywem błyskotliwości popchnie znów naprzód cały majdan.

I tak krótkimi skokami naprzód – od wieków! Dlaczego o tym piszę? Bo czasami zdarzy się jednostka łącząca cechy teoretyka i praktyka i ta potrafi całą dziedzinę w której celuje przesunąć o całą dekadę. Potem znów czeka ona na „zbawiciela”, który będzie potrafił przebierać w stylach, czy narzędziach jak w ulęgałkach, nie po to, by zadowalać recenzentów, ale by najskuteczniej dotrzeć do odbiorcy.

I tak – krótkimi skokami naprzód!

Jadąc powoli pociągiem, zwykle nie jesteśmy w stanie ocenić z okien, czy mijany przez nas inny pociąg jedzie szybciej, czy wolniej, czy może my stoimy, czy on!

Podobnie subiektywne odczucia rządzą większością dyscyplin humanistycznych, a już  poezją na pewno. Trudno ocenić, kto, kogo wyprzedza i kto pozostaje w tyle. Bo naprawdę tak ostatecznym i niepodważalnym krytykiem i recenzentem jest czytelnik, który kupi, albo nie kupi książki, zapamięta, lub nie zapamięta autora. Owszem – odwieczna (kooperacja krytyk-poeta jest potrzebna, wręcz niezbędna dla postępu literatury i często przybiera ona postać dwóch, zwalczających się żywiołów.

Jeden stara się stworzyć treść – drugi próbuje z tej treści wydobyć esencję ponadczasową. Poeta (czy pisarz) bazując na wiedzy esencjonalnej, które są podwalinami i fundamentem jego wiedzy o literaturze – tworzy nowy wiersz, krytyk wyżyma go i patrzy czy pożywny sok popłynie, czy czarna breja i w jakiej ilości.

 

W praktyce nikt nie jest przecież tolerancyjny! Nawet jeśli człowiek zapewnia, że zaakceptuje każdego, to zawsze i tak unika myślących inaczej niż on sam.[4]

 

A kto popycha KAŻDĄ z dziedzin nauki, czy wręcz życia, jeśli nie jednostki odstające od normy? Jednostki, które mają w nosie, co inni na temat ich poczynań myślą, gdy ci piszą swoje ODSTAJĄCE OD EPOKI etiudy, rozprawy filozoficzne, czy malując Monalisy?

Narażając się na morderczą krytykę Mickiewicz robił swoje, a jednocześnie szczerze nienawidził krytyków. Ale trzeba przyznać szczerze, że – gdyby to zależało tylko od owych krytyków – nie powstały by ani „Dziady”, ani „Idiota”, ani nawet „Socjologia” (w czasach socjalizmu nauki takie w Polsce nie miały racji bytu).

O ile więc krytyka może być sitem, oddzielającym ziarno od plew, o tyle bywa często także hamulcem postępu.

Najczęściej – gdy krytyk – miast zdać się na instynkt i wiedzę własną, daje się zaprząc w jakikolwiek system.

A to „pomocowo-przysługowy”, a to partyjny, a to każdy inny, który pozbawi recenzenta suwerenności.

Twórca z kolei traci tą autonomię, gdy priorytetem stają się trendy, mody wymagania czytelnicze, czy wręcz wymogi krytyków.

            Z powyższych słów widać jasno, że zależność autor-krytyk przypomina węzeł gordyjski i jedni drugim są potrzebni, czy wręcz niezbędni (pomijając nieliczne przypadki, gdy autor uprawia „ascezę czytelniczą” jak na przykład August Comte)[5].

O ile więc obopólne towarzystwo wszystkim wychodzi na dobre i ogólny poziom literatury winduje w górę, o tyle dzieje się to bez zgrzytów tylko wtedy, gdy I JEDNI I DRUDZY mają świadomość służebnej roli. Poeci, czy pisarze – służebnej wobec społeczeństwa, krytycy – służebnej wobec twórców! Bo negując sposób tworzenia artysty, czy wręcz skazując go na banicję, musi krytyk mieć świadomość, czego pozbawi on świata i wpierw zastanowić się, czy ta wartość jest tak negatywna – że do zanegowania, albo tak mizerna – że więcej szkód, niż pożytku przynosząca.

Bo pisarz (czy inny poeta) zawsze będzie tą lokomotywą, która ciągnie wagony kultury, a krytyk – zawsze będzie pełnił funkcję kontrolną, niczym konduktor, co to sprawdzi, czy wszyscy za bilety zapłacili i (dzięki temu wspomnieniu czujemy się w obowiązku kupić bilet) są fundusze na paliwo do lokomotywy.

(subiektywne odczucia rodzaju „wzięło mnie, lub nie wzięło”, są w przypadku prac krytycznoliterackich ostateczną instancją, bo jakże z subiektywnym odczuciem dyskutować, ale czy gra nie idzie o zbyt wysoką stawkę, by zaufać tylko jednemu kompasowi?

 

 



[1] L. Żuliński, „Dekalog dobrego recenzenta”, pisarze.pl/publicystyka/6273-leszek-zulinski-dekalog-dobrego-recenzenta.html (stan na dzień 03.11.2014)

[2] T. Boy-Żeleński

[3] (Komentarz do:) K. Kwasiżur, „Drzewo do lasu – czyli o emocji w poezji”, (w:) pisarze.pl/publicystyka/8173-krzysztof-kwasizur-drzewo-do-lasu-czyli-o-emocji-w-poezji.html, (stan na dzień 03.11.2014)

[4] J. W. Goethe, Lata nauki Wilhelma Meistra

[5] August Comte – (1798-1857) francuski filozof i pozytywista, twórca pojęcia „socjologia”. Główne dzieło: sześciotomowe  „Cours de philosophie positive”.

Znany między innymi z tego, że pracując nad własnymi dziełami nie czytał żadnych prac kolegów, ani opracowań na tematy którymi aktualnie się zajmował, jak sam twierdził – by się nie sugerować (przyp. autor)


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko