Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
64

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego


Agnieszka ‘51


dzienniki1951Po blisko dwuletniej przerwie od lektury I tomu „Dzienników” Agnieszki Osieckiej, mam za sobą lekturę tomu II, autorki-diarystki starszej o rok (starszej do siebie samej), jeśli liczyć od początku pierwszego tomu do początku drugiego, albo o dwa lata jeśli liczyć do końca drugiego. Tak niewiele czasu, a już widać zmianę. W tym wieku rozwój psychiczny jest szybki, zwłaszcza u dziewcząt. W lekturze dzienników 23-letniej Agnieszki Osieckiej uderza imponujący jak na jej wiek i na tamtą epokę rozmach tematyczny. Jak na wiek, bo mając tyle lat koncentrujemy się raczej na wąsko zakreślonych pasjach, a świat Osieckiej jest wielotematyczny, pasje liczne, obserwacje różnorodne. Jak na epokę – bo dostęp do informacji w Polsce roku 1951  był w porównaniu z dostępem dzisiejszym niczym mała szczelina w porównaniu z szerokimi wrotami do rozległej doliny. Nie można zatem mierzyć wartości dzienników i zapisków panny Agnieszki kryteriami obecnymi. W porównaniu z dzisiejszym dostępem do szerokopasmowego internetu było to jak błądzenie w ciemnym i ciasnym pomieszczeniu. Tym większy podziw dla młodej diarystki, dla jej rozmachu i szerokości spojrzenia. Siła i żywość umysłu tej dziewczyny, rozległość jej zainteresowań są  imponujące.


 Te dzienniki są interesujące głównie jako dokument epoki, faktograficzny, choć nie brak w nich błędów rzeczowych różnego autoramentu. Jest to też kapitalny dokument języka swoich czasów. Osiecka w tym okresie nie ma jeszcze wyrobionego własnego stylu. Jej narracja jest melanżem języka szkolarskiego i propagandowej nowomowy, a refleksy jej przyszłego, indywidualnego stylu występują w postaci zaledwie zalążkowej.


Osobne i to ogromne uznanie należy się redaktorce tomu i autorce przypisów Karolinie Felberg-Sendeckiej. Jest to jedna z najlepszych edycji diarystycznych, jakie znam. Przypisy są bogate i gruntowne, bardzo wzbogacają treści dziennika, korygują błędy diarystki, a w wielu przypadkach są niezbędne dla zrozumienia wielu passusów. Skrupulatna redaktorka była w swej benedyktyńskiej pracy tak dokładna, że pomieściła nawet indeks osób niezidentyfikowanych, a także erratę do poprzedniego tomu, której współautorami byli uważni i znający temat czytelnicy. Najwyższe uznanie!


Agnieszka Osiecka – „Dzienniki i zapiski”, t.II,  1951”, pod red. Karoliny Felberg-Sendeckiej, Wyd. Prószyński i s-ka, Warszawa 2014, str. 541, ISBN 978-83-7961—038-9

 —


„Wybrać wolność” czyli świat niewinnych czarodziei


okladka-hlasko-piekni plaskaPo edytorskiej nowości, coś z przypomnień, tych najświetniejszych, a przy tym pokoleniowo i środowiskowo blisko Agnieszki Osieckiej – legendarna proza legendarnego Marka Hłasko (1934-1969), czyli legendarni „Piękni dwudziestoletni”. Publikowani najpierw w odcinkach w paryskiej „Kulturze” na przełomie 1965 i 1966 roku, następnie w 1966 przez nią także a dokładniej przez jej Instytut Literacki w wydaniu książkowym, docierali stamtąd do Polski drogą kontrabandy.  Pierwsze krajowe wydanie ukazało się staraniem oficyn podziemnych, opozycyjnych w latach osiemdziesiątych, w tym między innymi Niezależnej Oficyny Wydawniczej w 1988 roku, przy czym w tym samym roku ukazało się pierwsze wydanie oficjalne, PRL-owskie, z pewnymi co prawda ingerencjami cenzorskimi. Doszło do tego na fali odwilży przedokrągłostołowej, za rządu Mieczysława F. Rakowskiego.


Dziś aspekt cenzuralny czy raczej niecenzuralny zwietrzał i czytając tę prozę młody zwłaszcza czytelnik może mieć trudność ze zrozumieniem co takiego niebezpiecznego dla ustroju widziała w tym tekście cenzura. Wyjaśniam – młodemu i początkującego w tej materii tematycznej czytelnikowi – że raził przeczerniony jej zdaniem, krytyczny, szyderczy, a nawet skrycie tragiczny obraz tych fragmentów życia społecznego, które ukazywał Hłasko. Osobliwą właściwością komunistów starego rytu była bowiem (po prawdzie zanikające z upływem lat i przemianami) niezgoda na kategorię, jaką był tragizm ludzkiej egzystencji w socjalizmie. Ten tragizm miał prawo występować  i występował – tylko w ustroju kapitalistycznym. Był to między innymi czynnikami efekt żdanowowskiej wizji sztuki socjalistycznej jako pierwszej linii frontu walki o świadomość klasy robotniczej, chłopstwa pracującego i inteligencji pracującej. Młodzi ludzie –  czy wszystko jasne? Nie ma więcej pytań? Dodam tylko, że nie przypadkiem „Pięknych dwudziestoletnich” wydano w oficjalnym wydawnictwie PRL-owskim u samiutkiego schyłku PRL, za rządów realisty Rakowskiego, gdy doktryna marksistowska jako bezpośrednia baza sprawowania władzy już doszczętnie wygasła. Do tego stopnia, że w czasie obrad Okrągłego Stołu w 1989 roku „Solidarność” i opozycja broniły pod szyldem antysocjalistycznym socjalistycznych jakości w życiu społeczno-gospodarczym, a przedstawiciele socjalistycznej władzy mówili niemal Miltonem Friedmanem.


Wracając do niecenzuralności Haski – i tu też słowo do młodych adeptów czytelnictwa – równie ważny był jednak fakt, że był on emigrantem, do tego szczególnie mocno nielegalnym, to znaczy takim, który wyjechał z Polski Ludowej za pozwoleniem władzy do kraju kapitalistycznego, ściśle – do Paryża, ale już nie wrócił. Jak się wtedy mawiało: „Wybrał wolność”, która to fraza, na początku traktowana całkiem serio, z latami nabrała znaczeń i odcieni, także ironicznych. Tacy autorzy byli przez lata niecenzuralni nawet wtedy, gdy pisali romanse i reportaże o ptakach.


Osadziwszy – bardzo skrótowo, bardzo lakonicznie – prozę i postać Marka Hłasko w kontekście jego czasów, cóż powiedzieć o „Pięknych dwudziestoletnich”? Mnie czytało się je, nie pierwszy wszak raz, z niezmienną przyjemnością. „Piękni” łączą w sobie najlepsze walory jego pisarstwa. Nie będąc powieścią, zawierają w sobie jednocześnie finezję stylistyczną i dosadność jego prozy. Nie będąc dziennikiem, mają cechy pysznego dziennika. To połączenie soczystości prozy i gęstości tematycznej dziennika działa jak połączenie markowego koniaku ze spirytusem, ale na pewno nie zostawia kaca. Kontekst polityczny, a o polityce i ideologii PRL i jej protagonistach (choćby zabawny portret osławionego pułkownika Różańskiego z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) jest tu dużo i szyderczo, co prawda zwietrzał, a raczej stał się kontekstem odlegle już historycznym, ale nie odbiera to przyjemności czytania. Także przez znakomicie oddany i przefiltrowany przez dar obserwacji Hłaski koloryt PRL-owskiej codzienności lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Do tego „galeria potworów”, czyli barwnych portretów przyjaciół, kolegów, znajomych, obojga płci rozmaitych zatrudnień, ale także funkcjonariuszy władzy i ich akolitów. Kto nie przeczytał „Pięknych dwudziestoletnich” nie może powiedzieć, że w pełni wie, czym była PRL. Tak jak nie może powiedzieć, że ogarnia ją wyobraźnią bez lektury „Złego” Tyrmanda i obejrzenia „Niewinnych czarodziei” Wajdy. A zwłaszcza nie może wiedzieć, na czym polegały jej zatruta uroda i urok.


I jeszcze jedno. Marek Hłasko żył 35 lat. Gdyby żył, miałby dziś 80 lat. Och, jak chciałbym poczytać i posłuchać starego, dystyngowanego i siwowłosego Hłaski o lasce !


Marek Hłasko – „Piękni dwudziestoletni”, Wyd. Agora SA, Warszawa 2014, str. 172, ISBN 978-83—268-1359-7

 

Przygody pana Krzysztofa


Wywiad z Krzysztofem Kowalewskim rozpoczyna się jakby zgodnie z przepisem Alfreda Hitchcocka na dobry suspens: film powinien zacząć się od wybuchu bomby atomowej, a następnie napięcie powinno stale wzrastać. Rozmowa zaczyna się od dziecięcych, wojennych wspomnień aktora, bardzo makabrycznych, związanych z fenomenem gwałtownej śmierci i wojennego okrucieństwa. Odniosłem nieco surrealistyczne wrażenie wynikające z kontrastu między komediowym, misiowatym, pogodnym emploi aktora a tym, co tkwi u korzeni jego wyobraźni. Taki już był los wielu przedstawicieli wojennego pokolenia, które albo uczestniczyło w walce albo obserwowało krańcowe okropności okiem dziecka. Jednak wraz z przebiegiem rozmowy stare koszmary odchodzą, by ustąpić barwnej opowieści o życiu popularnego i bardzo lubianego, świetnego aktora. O życiu zawodowym aktorskim głównie, co osobiście bardzo lubię, okraszonej obficie anegdotami, sylwetkami kolegów aktorów i koleżanek aktorek, reżyserów i dyrektorów. Sporo jest też o kobietach w życiu Krzysztofa Kowalewskiego, sporo o matce, sporo o jego żydowskim pochodzeniu, co akurat dziś wydaje się być wątkiem mocno passe, zwietrzałym pozbawionym – i bardzo dobrze – swego niegdyś sensacyjnego, a przy tym mało sympatycznego kolorytu. Świadczy to zresztą o tym, że z tego punktu widzenia zmieniamy się jako czytająca publiczność na korzyść, i to szybko, bo jeszcze zaledwie dziesięć lat temu ten wątek miałby jakiekolwiek znaczenie współczesne i owiany byłby jakąś niezdrową, dwuznaczną aurą. Dziś jest istotny tylko jako element ważny w odległej fazie historii życia bohatera książki.


„Taką zabawną historię” czyta się, nomen omen, świetnie, dobrze się bawiąc, głównie w dzięki finezyjnemu, trochę angielskiemu, poczuciu humoru Krzysztofa Kowalewskiego, a także dzięki jego darowi barwnej narracji oraz szczerości z jaką opowiada o sobie i swoim życiu.


„Taka zabawna historia”. Krzysztof Kowalewski w rozmowie z Juliuszem Ćwieluchem, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2014, str. 300, ISBN 978-83-64142-95-6


„A Balcerowicz wyciął nam numer” czyli „Mądremu biada”



Tak  brzmiał refren satyrycznej piosenki z Kabaretu Olgi Lipińskiej z początku lat dziewięćdziesiątych. W naszych  czasach pędzącej historii, Leszek Balcerowicz to dla młodych ludzi figura z zamierzchłej przeszłości, ale dla mnie (50  mocno plus), to jakby postać z wczoraj. Leszek Balcerowicz, ojciec reformy gospodarczej Polski 1990, która wprowadziła nad Wisłą kapitalizm, postać legendarna, dla jednych z legendy złotej, dla innych z czarnej, wydał już w 1992 roku książkę „100 dni Balcerowicza”, o pierwszych stu dniach jego działalności w roli wicepremiera i ministra finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, a de facto lidera transformacji całej gospodarki. Tym razem, po 25 latach od tamtego Wielkiego Początku Leszek Balcerowicz podsumowuje, w rozmowie z Martą Stremecką, całe ćwierćwiecze rozpoczęte we wrześniu 1989 roku, z dodatkiem retrospekcji w dzieciństwo, młodość i lata młodego pracownika nauki.


Lektura tego tomu wywołała we mnie tzw. mieszane odczucia. Rzecz jest bardzo interesująca jako repetytorium ważnych fragmentów najnowszej historii Polski. Dla studentów socjologii, historii, ekonomii, pozycja to, bez dwóch zdań, wartościowa. Zawiera syntezę kluczowych zdarzeń historycznych, w których Balcerowicz uczestniczył i które współtworzył jako jedna z najbardziej emblematycznych postaci polskiej polityki lat dziewięćdziesiątych. Styl narracji jest klarowny, jasny, potoczysty, pozwalający na płynną lekturę.


Jednak dla czytelnika, który bardzo intensywnie i bardzo krytycznie śledził realizację głośnego w całej Europie i poza nią „planu Balcerowicza”, rzecz jest nazbyt wtórna. Od znanych już wspomnień z młodości i lat pracy naukowej w dziedzinie ekonomii, od starych, powtarzanych w niezliczonych wywiadach jak mantra charakterystycznych formuł, rad bym usłyszeć refleksję profesora Balcerowicza nad głównymi zarzutami, które kierowano i kieruje się pod adresem jego polityki ekonomicznej, polityki odznaczającej się kompletnym lekceważeniem czynnika społecznego i która radykalnie rozszerzyła w Polsce podklasę ludzi wykluczonych. Niczego nie da się już odwrócić, negatywne strony balcerowiczowskiej reformy utrwaliły się, pozytywne – żeby było jasne – także, ale rad bym od profesora, jako bądź co bądź uczonego, usłyszeć jakieś wątpliwości, pytania, rozważania, być świadkiem wzięcia pod uwagę innych opinii. Niestety, profesor Balcerowicz nie idzie tą drogą. Jak zawsze pewny jest swej nieomylności i bezalternatywności drogi którą wytyczył gospodarce oraz społeczeństwu. To, jak na intelektualistę, uczonego, profesora trochę dziwna i niepokojąca postawa, zamknięta, nie dopuszczająca żadnych wątpliwości. Postawa, która przystoi raczej ideologowi, a nie myślicielowi. Podobnie jak Balcerowicz uważam, że zasadnicze rysy jego reformy nie miały alternatywy. Nie oznacza to jednak, że zamiast ciąć kości bez znieczulenia nie mógł tego uczynić pod ograniczonym choćby znieczuleniem. Nie z powodów sentymentalnych, niekoniecznie z altruizmu i tzw. wrażliwości społecznej, ale po to, by nie wpędzać całych grup społecznych we wszechstronnie destrukcyjną rozpacz i w nieodwracalną biedę. To prawda, że Aleksander Macedoński był wielkim wodzem, ale po co zaraz łamać krzesła? – to sławne pytanie jednego z bohaterów gorzkiej komedii Gribojedowa „Mądremu biada” chętnie postawiłbym profesorowi Leszkowi Balcerowiczowi. A wtedy lektura jego wywodów mogła by stać się prawdziwie pasjonująca intelektualnie.


Leszek Balcerowicz – „Trzeba się bić. Rozmawia Marta Stremecka”, Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2014, str. 333, ISBN 978-83-7700-160-8


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko