Zenona Macużanka – Niezapomniany Pan Melchior

0
360

Zenona Macużanka

                              


W 40-lecie śmierci Wańkowicza

 

Niezapomniany Pan Melchior

 



melchior-wankowicz1


Pod koniec lat sześćdziesiątych poznałam bliżej seniora naszej literatury Melchiora Wańkowicza. Wynikło to z faktu ukazania się jego dwu kolejno wydanych utworów, czyli słynnego trzytomowego reportażu „W ślady Kolumba” oraz tomu esejów „Karafka la Fontaine’a”. Egzemplarze tych książek rozpalały wyobraźnię redakcji „Nowych Książek”. Redakcyjne kontakty przerosły w zbliżenie towarzyskie. Trudno było nie ulegać urokowi tego pana, lubił przebywać w towarzystwie, opowiadać, ale lubił też i umiał słuchać ludzi. To była, jego zdaniem, pierwsza i najważniejsza umiejętność rasowego reportera. Nie dziwiło też, że lgnął on do kobiet redaktorek, które błyszczały w tym czasie wśród redakcji pism i wydawnictw. Redaktor Krystyna Goldbergowa, specjalistka od reportażu w wydawnictwie „Iskry”; Barbara Seidler, znana reporterka związana z prasą literacką, w tym z „Życiem Literackim” oraz z „Kulturą”. Zaprzyjaźniona  i pomagająca mistrzowi w jego kontaktach redakcyjnych i koleżeńskich, których miał wiele. Były jeszcze i inne redaktorki. Pan Melchior chętnie widział panie u siebie, goszcząc je serdecznie. Mnie również przypadł w tym gronie mały kącik. Autor „Na tropach Smętka” był wtedy w bardzo zaawansowanym wieku, miał na karku osiemdziesiątkę. Czuł słabnące siły i pragnął jeszcze spędzić ostatnie lata w spokoju i komforcie, na który zapracował wytężoną pracą. Zamierzał opuścić życzliwy mu ogromny budynek mieszkalny na rogu Puławskiej i Rakowieckiej. Był to potężny gmach z jedną windą do czwartego piętra, on mieszkał na piątym. Chciał też mieć koło siebie osobę życzliwą i zdolną podjąć obowiązki sekretarki osobistej. Dotychczasowa sekretarka pani Alicja wyszła za mąż i wyjechała z Polski. Było to pilne zadanie, do tego dochodziła budowa parterowego Domku, jak nazywał swój przyszły dom  pan Melchior. To musiała być kobieta, pan Melchior od zawsze uwielbiał kobiety .Wiedział z doświadczenia, jak ważną rolę pełniła przy nim żona Zofia, jego ukochany Królik. Razem stworzyli ciepły związek rodzinny, który od początku zaistnienia poznali rodacy i obdarzyli tę rodzinę przyjaźnią. Trwało to nadal, podczas pobytu Wańkowicza z dala od kraju, z żoną przewędrował czterokrotnie ”w tę i nazad” przez kontynent amerykański.

Rozpoczęły się przygotowania do podjętego planu zaaranżowania na nowo swego życia domowego a także dokończenia ważnych prac autorskich. Te ostatnie były dla niego kluczowe.

Pewnego letniego dnia zadzwonił do mnie pan Melchior, zapraszając do siebie do domu wypoczynkowego w Oborach na obiad, mówiąc tajemniczo, że muszę mu udzielić pilnej konsultacji. Wiedziałam, że mistrz uwielbia robić znajomym różne psikusy i tego się  spodziewałam. To była jednak poważna sprawa. Pan Melo, jak go nazywali bliscy znajomi między sobą, przedstawił mi młodą blondynkę panią Aleksandrę Ziółkowską. Osoba ta z małym synkiem u boku, poznana wtedy w Oborach, zrobiła na mnie dobre wrażenie. Była pogodna, ufna, od razu starająca się pełnić rolę gospodyni domu. Nie wyglądała na zasuszoną intelektualistkę, lecz na osobę zaradną i silną. Był to okres, w którym oboje z mistrzem starali się wyczuć, czy Aleksandra ma szanse i czy da radę pełnić dość skomplikowane obowiązki. Oznaczało to bowiem zamieszkanie w domu mistrza i funkcjonowanie jako pomoc w życiu pisarza praktycznie przez cały dzień. Była to praca polegająca na pisaniu tekstów pod dyktando, przyjmowaniu poczty i odpowiadaniu na listy. Oboje zresztą znali się już nieźle, bowiem Aleksandra w trakcie studiów w Łodzi pracowała dla pana Melchiora jako mało wtedy znana w Polsce zbieraczka materiałów literackich, czyli reaserczerka. Jej ówczesna sytuacja wiązała się z osobą pisarza, przygotowywała rozprawę magisterską o twórczości Wańkowicza. .ałe dziecko (Tomek w tym czasie miał trzy lata) u boku to z pewnością obciążenie, ale jednocześnie jak gdyby gwarant stabilności, bo z takim nieletnim skarbem trudno zmieniać warunki bytowania. Wszystko to od razu rzucało się w oczy i nastrajało do osoby pretendentki bardzo pozytywnie. Pan Melchior prosił o zdanie, trudno było się wykręcać, więc mówiłam szczerze: „pani Ola wydaje mi się osobą godną zaufania”. Była przy tym miła, bez fochów, usłużna wobec starszego pana, lecz niezbyt przesłodzona. Nie sądzę, abym była jedyną konsultantką.

Kiedy dziś wracam myślami do tamtych, dość już odległych dni, wiem, że dobrze się wtedy stało, iż Aleksandra Ziółkowska została stałą mieszkanką budującego się domu na ulicy Studenckiej w Warszawie, razem z nią jej mały Tomek. Miał pan Melchior w tym czasie jeszcze dodatkową: pracę, starając się tak ułożyć zachowanie a także zwykły dzień małego chłopca, by jego mama miała jak najwięcej godzin dla swego mistrza .Szczęśliwie sprawy codziennego bytowania prowadziła w tym domu pani Marta, która znała rodzinę Wańkowiczów od lat przedwojennych, wiedziała co mistrz lubi, jak pracuje i czego wymaga. Pisarz, przy pomocy sekretarki, kończył wtedy pierwszy a potem pisał drugi tom „Karafki…”, Odpowiadali na wiele listów, to był główny dział pracy Aleksandry. Dodatkowo mistrz kierował całokształtem spraw budowli na Mokotowie. I tysiące małych i większych spraw. Przy tym jeszcze dodatkowo powstawał zarys książki o strzelcach podhalańskich, ich dziejach, odtwarzanych z zapisów, nagrań a także żywych głosów, czekających na spotkanie z mistrzem.

Zapis ostatniego okresu życia mistrza, dokonany przez Aleksandrę i wydany w rok po jego śmierci w niewielkiej objętościowo książce pt. ”Blisko Wańkowicza” ogłoszonej przez Wydawnictwo Literackie, był bardzo szczerym i wręcz zaskakująco wiernym odbiciem wszystkich niepokojów i trudności jej ówczesnego życia. Będąc tak blisko osoby wyrazistej, ważnej, sławionej przez wielu, i wkrótce coraz bardziej zależnej od otoczenia, niełatwą podjęła ona rolę. Inna jest rzecz, że to co mogło było być w dobrym układzie losu dziesięcioleciem, stało się zaledwie niecałym dwuleciem, odbyło się w piorunującym tempie. Sama prześledziłam te sprawy jednak z oddali. Pan Wańkowicz złożył mi wizytę tuż po złamaniu przeze mnie nogi, zapowiadając ją śmiesznym wierszykiem: „Droga Zenko, z tobą cienko” i zapowiadając, że zawita”„wraz z Oleńką, z pieskiem Dupkiem, gdy wysiusia się pod słupkiem. Szykuj więc mniej krzywą minę na 17-tą godzinę”. Przybyli wówczas całą trójką, (mały Dupek był bardzo grzecznym pieskiem), uroczy i uśmiechnięci i tylko w kuchni Ola szepnęła mi, że właśnie przed godziną lekarz poinformował mistrza, że jego cierpienia w ostatnim czasie, to jest po prostu zaawansowany rak żołądka. W roku pańskim siedemdziesiątym trzecim brzmiało to jeszcze groźniej niż dzisiaj. Mało o tym wtedy wiedzieliśmy.

 Oczywiście ruszyły badania itd. W szybkim tempie miała miejsce operacja pod Londynem. Widać było, że Aleksandra zdaje sobie sprawę, iż groźna choroba Mistrza oznacza też kolejny moment zwrotny w jej życiu. Jedno było pewne, to poczucie, że spotkała w młodości kogoś tak niepospolitego i bogatego wewnętrznie, kto w pewnym sensie nadał jej kierunek i wiele nauczył. Kto nakłonił do poszanowania wielu wartości wyznaczających sens życiu. To się czuje nawet w tej pierwszej małej książeczce, która z pewnością kosztowała ją wiele łez. Przecież wtedy żegnała się z życiem w jakimś sensie trudnym, lecz ciekawym i wolnym od zwykłych trosk. Notuje też wiele swoich uwag o stosunku pana Melchiora do innych ludzi. Pani Aleksandra w tym czasie bardzo dojrzała, trudne sytuacje hartują i uczą człowieka najszybciej i najskuteczniej. Ostatni rok życia w Domeczku był bardzo ciężki. W swej pożegnalnej książce sumuje swe doświadczenia, przedstawia sposób i rytm pracy mistrza. Istniała opinia, że pan Melchior był tytanem pracy. Dostajemy opis zwykłej codzienności jeszcze zarówno w domu na Puławskiej, później podczas czteromiesięcznego letniego pobytu całej rodziny w Nadliwiu koło Wyszkowa i w końcu w ukończonym Domku na ulicy Studenckiej w Warszawie. Rozkład dnia od wczesnych godzin śniadaniowych aż po późną kolację, ściśle wyliczonego czasu na chwilę relaksu, czułości, zwłaszcza z małym Tomkiem a nieco uzupełnione zbytkami z maleńkim pieskiem Dupkiem, to wszystko było ściśle określone w planie dnia i przestrzegane co do minuty. Inaczej być nie mogło. Pisarz dobrze wiedział, jak liczy się jego czas, i umiał także dokładnie egzekwować czas tych, którzy dla niego pracowali. Pod tym względem mistrz był nieubłagany.

Tymczasem życie nie wzięło pod uwagę tych dokładnie przemyślanych planów. Mistrz zmarł w nocy w szpitalu, na zwykłym łóżku, nie było przy nim nikogo bliskiego i miłego sercu. Stało się to 10 września 1974 r. Aleksandra pisze o tych chwilach w sposób przejmujący: ”Jak to – nie żyje?”. Przecież on nie tak chciał, on nie wiedział, on kazał mi przyjść, zadysponował, co przynieść. Tracił przytomność nie wiedząc, że to koniec. Życie, które go zawsze słuchało, musiało go słuchać, teraz nie było mu posłuszne. Wielka walka ze śmiercią, przygotowywana miesiącami, nie odbyła się”. W tym czasie osoba dla mistrza niewątpliwie najbliższa, wprawiona w arkana wiedzy pielęgniarskiej, znająca jego upodobania i potrzeby, ale też doświadczająca z jego strony opieki i wsparcia w trudach bytowania, (do Tomka pan Melchior był najwyraźniej bardzo przywiązany), patrzy zaskoczona, jak bezwzględnie obeszło się z nim życie. Jak większość z dokładnych i tak ważnych planów los rozstrzygnął po swojemu!

Przypomnijmy więc, że początek lat siedemdziesiątych był dla pisarza latami wielkiej popularności i twórczego tryumfu. Jego osiemdziesięciolecie przypadające na rok 1972 to wiele wydań i zapowiedzi kolejnych prac, szykowanych w kilku wydawnictwach. Nade wszystko rzecz rzadko spotykana w zakresie utworów żyjących pisarzy. Wspólne prowadzona edycja „Dzieł Wybranych” przez Instytut Wydawniczy PAX oraz krakowskie Wydawnictwo Literackie. Składało się na to blisko dwadzieścia tytułów. Wspierały to jeszcze drobniejsze wydania w Iskrach czy też w Czytelniku.

Szczególną uwagę skupiały na sobie wydane dwie ważne pozycje w jego dorobku, sumujące wieloletni proces twórczy. Zakończenie trzytomowej książki o Ameryce pod dumnym tytułem ”W ślady Kolumba” w popularnym cyklu „Naokoło Świata” wydawnictwa Iskry. Kończenie i ogłoszenie głośnego i obszernego szkicu eseistycznego pt. „Karafka la Fontaine’a” w krakowskim wydawnictwie. Pozycje te zyskały uznanie i ciekawe recenzje, ale śmiem twierdzić, że wieloletni wysiłek reporterski zawarty w trzytomowym cyklu oraz przemyślenia całego życia nad zasadami towarzyszącymi wysiłkowi twórczemu w dziedzinie reportażu, czy też inaczej to ujmując, w obszarze literatury faktu, nie zostało dostatecznie głęboko skonsumowane. Pan Wańkowicz przytłoczył nas ogromem swej erudycji i pracowitości. Krytyka literacka nie zdołała docenić tego w pełni. W związku z cyklem „W ślady Kolumba” pisarz mówił, że czekał na efekt, podobnie jak Kolumb, lat siedemnaście, poczynając od pierwszej wędrówki po Ameryce w 1950 aż po rok 1967 i wydanie pierwszego tomu. pt. „Atlantyk – Pacyfik”. Dwa dalsze to :”Królik i oceany” oraz ostatni „W pępku Ameryki”.

Wędrówki mistrza po obszarach amerykańskich stanów odbywały się kolejno w latach 1954, 57 i 61. Jechali wraz z Zofią – Króliczkiem według wytyczonej mapy, samochód był już używany i sfatygowany, a przestrzenie przeogromne. I już nie była to pierwsza młodość mistrza i jego Króliczka. Trzeba też było jednocześnie zapracować  na benzynę i pożywienie. A to oznaczało wygłaszanie odczytów, czy po prostu pogadanek podczas spotkań z miejscowymi polonusami, czy ich potomkami. Praktycznie z każdym ciekawym człowiekiem, który chciał poznać autora.

Była to wędrówka pełna trudu, ale nade wszystko pasji poznawczej i wielkiego uporu. Wtedy to stworzył pan Melchior partnera dialogu, osobę nawiązującą do znanej literackiej postaci Piętaszka towarzyszącego Robinsonowi, obarczając tą rolą małżonkę. (Zabieg ten stosował już z powodzeniem w swej pierwszej publikacji, która przebojem weszła na karty polskiej historii, czyli w ”Na tropach Smętka” obsadzając w tej roli ukochaną córkę zwaną Tirliporek.). Uczłowieczyć swe obserwacje, przybliżyć nużący wysiłek całodziennej jazdy, aby przyszły czytelnik współodczuwał, jeśli nie z reporterem, to z jego pomocnikiem. Drogę urozmaicały niekończące się pytania i dialogowania. Wkrótce umęczony Króliczek na każde pytanie odpowiadał „nie!”. Nie było jednak litości. Były oczywiście chwile wytchnienia, odpoczynku. Przecież szykowano przysmaki, bo potrzebne były siły na dalszą drogę. Własnoręcznie przez mistrza przygotowywana zupa żółwiowa z przynależnymi jej ingrediencjami smakowała po trudach pioruńsko dalekiej drogi i była niezapomniana. Tak, Melchior Wańkowicz rzetelnie pracował w tamtych latach daleko od ojczyzny, aby potem dostarczyć w kraju swe znakomite reportaże. Uroda tych wędrówek była nieprzeciętna i wymagająca także w trakcie lektury wczucia się w opisaną sytuację. Janusz Rolicki, pełen atencji dla Wańkowicza, zżymał się w trakcie swej recenzji na owe dialogowanie, wolałby urozmaicenie. To była jednak przyjęta konwencja i mistrz nie zamierzał z niej rezygnować. Trzy tomy amerykańskiego reportażu to wielkie kopalnie wiedzy o Ameryce na co dzień, o jej rozległych drogach i przestrzeniach, atmosferze i trudzie ludzi wędrujących, o tym jak potrafią być życzliwi i pomocni dla innych. Ale też o kulcie rzeczy, o pośpiechu, o urzeczeniu odległościami, o jeździe do przodu i za wszelką cenę. O podróży przez trzy dni, jednym dniu odpoczynku i dalej w drogę. O pewnym bezsensie i kulcie samochodu, jako nieodłącznego towarzysza życia. Rozmowy z Króliczkiem były swego rodzaju odtrutką na bezsens podróżowania, były domem i krajem, tak odmiennym i zawsze mu bliskim. Zżymał się na smrodek dydaktyczny, którego Królik nie żałował mężowi, zwłaszcza gdy był bardzo zmęczony. Ale reakcja żony w toku wielkiej wędrówki jest mu niezbędna jak powietrze. Zwłaszcza, że przez wielkie obszary Ameryki Południowej i Środkowej jechali na dużych wysokościach, znosząc to nad podziw dobrze. Trudy podróży nie przeszkadzały w dociekaniu prawdy o przeszłości i teraźniejszości mijanych stanów. Kraina Mormonów była bardzo dla niego atrakcyjna, budzi w nim ochotę do żartów, napotyka jednak na niechęć pani Zofii, w której usankcjonowane obyczajem wielożeństwo rodzi odruch buntu.

Korupcja jako wielki problem w burzliwie rozwijającym się społeczeństwie, to frapuje pisarza. Wyłanianie przywódców i kulisy życia wielkich postaci prezydenckich, ich słabości, zasady rządzenia na co dzień – to szczególnie pasjonuje reportera. Nie szczędzi czytelnikowi anegdot krążących w społeczeństwie amerykańskim. Z okazji wielkich nazwisk autor negliżuje zasady obsadzania rodziną kluczowych stanowisk w państwie. To w kontekście rodziny Kennedych. Stawia bardzo ważne pytania, nie raz zasłaniając się żartem. W tym także wyłania się jego szczególna umiejętność korzystania z pikantnego fakciku, by uzmysłowić czytelnikowi absurd sytuacji i przykrycia jej ludową mądrością. Spodobały się Wańkowiczowi lapidarne uogólnienia określające głośne prezydentury: „Roosevelt udowodnił, że urząd prezydenta mógłby się stać posadą na całe życie. Truman dowiódł, że każdy mógłby być prezydentem. Eisenhower dał przykład, że Ameryka w rzeczywistości nie potrzebuje prezydenta. A Kennedy wykazuje, jak niebezpieczne może się stać posiadanie prezydenta”.

Pomyślmy więc teraz przez chwilę. Wychodzą kolejno przez trzy lata tomy reportażu o Ameryce mistrza tego gatunku, nad którymi to pozycjami spędził wiele lat w podróży a potem mozolnych dni, miesięcy i lat opracowując do druku około tysiąca trzystu stron z mnóstwem własnoręcznie wykonanych zdjęć, wykresów, mapek i temu podobnych pomocy naukowych, mających za zadanie przybliżenie tamtych dalekich krajów polskiemu czytelnikowi. Bądźmy sprawiedliwi: pozycje te rozeszły się w okamgnieniu, trzy nakłady po pięćdziesiąt tysięcy pochłonął rynek. Niewspółmierna była do tego wysiłku reakcja popularyzatorska i krytyczna. Bo to był dla czytelnika okres wyjątkowy, różnorodny jak nigdy dotąd. Właśnie w tych latach wydawano wiele książek, wcześniej niedostępnych na polskim rynku. W świetnych przekładach Bronisława Zielińskiego, choć nie tylko jego, ukazały się tomy Ernesta Hemingwaya. Klasyków literatury amerykańskich, angielskich i francuskich. Czytelnik miał w czym wybierać, jeśli idzie o świat zachodu. Znawca polskiego rynku wydawniczego Stanisław Siekierski określił lata 1956 – 1968 „jako bardzo korzystne dla literatury pięknej”. Ogólnie nakłady na literaturę piękną wzrosły o dziesięć procent. Radykalnie zmniejszono wydawnictwa natrętnej propagandy. Powrócono szeroko do wznowień polskiej literatury przedwojennej, wrócił Witold Gombrowicz, Bruno Schulz. Najbardziej jednak eksponowano pisarzy Zachodu.

Nasze redakcyjne kontakty trwały od 1967 roku do momentu pożegnania pisarza. Dały nam one wiele do myślenia .Po pierwsze pan Melchior wystąpił jako recenzent książki Lucjana Wolanowskiego pt. „Ocean nie bardzo Spokojny”, która była kompilacją i zestawem z kilku tomów reporterskich. Bo gdzie to Wolanowskiego nie było? Wszak w tym czasie trzy razy okrążył glob! Wańkowicz przyjrzał się książce uważnie, doceniając jej walory. Uznał jednak, że autor zanadto pędził w swej wyznaczonej drodze, przydałoby się bliższe wczucie w ukazywane fragmenty życia. Uznał też, że modny termin travelog to po prostu notatki z podróży, choć nie drażniło go przyswajanie słów angielskich.

melchior-wankowicz2Wiele do powiedzenia miał pan Melchior na temat reportażu, jego walorów i sensu, a dalej jego realnego funkcjonowania w obszarze literatury w Polsce. Wypowiedział się na ten temat w tekście pt. ”Moje trzy grosze”. Był to początek 1970 roku. Wiele osób sądziło wówczas, że reportaż literacki rozwija się w Polsce wielce obiecująco i że jest to być może oznaka dobrego wpływu tego gatunku na całą literaturę piękną. Poświęciliśmy temu zagadnieniu wiele uwagi w trzecim numerze „Nowych Książek”. Ale tak naprawdę najciekawiej wypowiedział się pan Melchior, przyznając wysokie miejsce kilku autorom reportażu literackiego, którzy właśnie publikowali swe nowe prace. Pośród nazwisk młodszego pokolenia mistrz wymienił wyraźne indywidualności, czyli tych którzy potrafili wejść głębiej w ukazywaną rzeczywistość i ukazać skomplikowaną prawdę o badanym odcinku życia. Janusz Roszko, Edward Redliński, Janusz Rolicki, Janusz Głowacki, Ryszard Kapuściński: reporterzy, którzy sięgali do różnych dziedzin życia, odkrywając o nim prawdę. Interesujące było zaliczenie pozycji Janusza Głowackiego do tego zestawu. Mistrz uznał, że stopień wniknięcia autora w życie zmanierowanej młodzieży w „Wirówce nonsensu” był wyrazem głodu konsumpcyjnego. Zastosowana literacka forma dała w tym wypadku możliwość trafnego rozpoznania nowych zjawisk w rzeczywistości. Reportaż i wysoka jakość formalna nie są opozycji. O tym autor od początku swej drogi był nie tylko przekonany, ale umiał tę zasadę wprowadzać w życie. Wystarczy wziąć do ręki przywołany tu tom o Smętku.

Wańkowicz zarówno swą obecnością, jak też publikowanymi tekstami nadał wysoką rangę dyskusji o reportażu  literackim. Krzysztof Kąkolewski, określając lata po październiku jako okresie przełomowym dla polskiego reportażu interwencyjnego, uznał też, że drugim ważnym i inspirującym czynnikiem stał się fakt powrotu do Polski Melchiora Wańkowicza. Mówiono w tym okresie, że w literaturze już faktycznie nie istnieją ścisłe bariery pomiędzy gatunkami literackimi, że przenikają się często i zanikają , wzbogacając się wzajemnie. To nie przeszkodziło wejść ostro w spór Mistrza i jego ucznia, gdyż za takiego wszak uznawał się Krzysztof Kąkolewski w nader ciekawej, niewielkiej książce pt. „Wańkowicz krzepi”. Zapoczątkowała ona późniejsze wywiady rzeki, do dziś modne. Czy istnieją i czy należy się ich trzymać,a jeśli tak, to na ile, granice reportażu literackiego? Mistrz obstawał, aby trzymać się klasycznej zasady pierwszeństwa poznawanej prawdy, jego uczeń wolał, aby nie stawiać żadnych granic. Spór był gorący, choć powszechnie wiedziano, że obu panów łączy głęboka przyjaźń. Jak gorący był jednak ten temat, poświadczyła dyskusja o książce Krzysztofa Kąkolewskiego pt. ”Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” opublikowanej w 1969 roku. Utworowi temu pan Melchior nadał nazwę wstrząsowiec, nazwa skądinąd świetna, tyle, że nie do użycia poza Polską. Choć i thriller też nie jest dla wielu łatwym słowem. Analizując nową wtedy rzecz Kąkolewskiego mistrz dochodzi do wniosku, że w pewnym sensie dociekliwość przeszkadza autorowi. Wańkowicz wyróżnia przy wielu możliwościach tego gatunku, reportaż mozaikowy. Jego poszczególne kamyczki składają się na całość a ich jakość i trafność decyduje o sile utworu, o jego duszy. Nadmiar kamyczków może zatracać sens całości mówili dyskutanci. Innymi słowy, nie wdając się w szczegółowe przybliżenie całości sporu, obaj zostali przy swoim. Zdaniem Wańkowicza, wstrząsowiec, czy też utwór z pogranicza kryminału to odejście w bok od reportażu literackiego w stronę literatury relaksu, rozrywki. A tego nie należy mieszać z ambitnym reportażem literackim. Przestrzega przed tym swego utalentowanego ucznia. Trochę chce go zawracać z tej drogi. Wie, że ten go nie posłucha, śle mu więc stare pożegnanie lotnicze: „Złam kark”. Takie to polemiki i rozważania snuły się na stronach czasopism literackich.

Późniejsza nasza laureatka nagrody „Nowych Książek”, głośna ”Karafka …” to pozycja niezwykle erudycyjna, wykorzystująca przemyślenia autora o zasadach i walorach tworzenia dzieł literackich wybiegających poza przeciętność, to istota powstawania literatury z duszą. W części tej autor zaskoczył z pewnością wszystkich swoim spojrzeniem na literaturę krajową powstającą w latach, które mistrz spędził z dala od polskich sporów dotyczących realizmu socjalistycznego. Wyznał wtedy, że wróciwszy w ojczyste pielesze odkrył w tamtych utworach wiele cennych realiów, o których on nie miał pojęcia. Z książek Witolda Zalewskiego, Andrzeja Brauna, Władysława Machejka czy Marii Jarochowskiej nauczył się wiele o strajkach rolnych, o życiu klasy robotniczej. I wreszcie wyznał szczerze i chyba dla wszystkich zaskakująco: „To z książek o tamtym okresie nauczyłem się, że w Polsce nie walczyła wyłącznie „agentura sowiecka”, jak chcieli jedni, z „bandami imperialistów”, jak chcieli inni. Tylko że to była poważna Wojna Domowa, w której starły się dwa zaangażowania”. Wiele można z opinii Wańkowicza czerpać mądrości życia. Czytelnicy to czuli i darzyli mistrza wielkim szacunkiem. Ale „Karafka…” to jednocześnie kopalnia wiedzy o obyczajach, o języku polskim, jego uroku i przyswajaniu tego, co mu sprzyja i wzbogaca, o humorze. Wiele w niej zwykłej ludzkiej mądrości, która może i powinna wzbogacać polską kulturę.

Warszawa pożegnała Pana Melchiora we wrześniu 1974 roku tłumnie, wiedząc jak ją kochał i sławił w swej twórczości. Tu przeżywał lata młodości, kończył wydział prawa na UW, działał w okresie odzyskania niepodległości państwowej, a później pracował w popularnym „Kurierze Porannym”, w końcu tworząc dynamiczne wydawnictwo „Rój”. Lata wojny spędził na zachodzie Europy, był korespondentem wojennym i uczestnikiem bitwy pod Monte Cassino. Ten bujny życiorys utrwalił w swym pisarstwie, sławiąc waleczność i dzielność polskiego żołnierza. Był nie tylko sławiony. Miał swych przeciwników już przed wojną, uważano bowiem, że był związany z sanacją. To przeniosło się na lata wojny, wiadomo, jak skomplikowane były stosunki na emigracji. Z tego nurtu doświadczeń powstała niewielka rozmiarami książeczka wydana w Rzymie pt. „Kundlizm”. To skrótowo ujęty zapis wad i przywar Polaków, ich swarliwości i zapiekłości w sporach, rzadko gdzie tak skondensowany, jak w naszej społeczności. To bezinteresowna zawiść wobec osób dobijających się sukcesów, to wynoszenie się ponad innych z racji niewiadomo z czego wynikłych przywilejów. To wynik funkcjonowania obyczajów kultury poszlacheckiej, która podszyta była praktyką żerowania na dawnych zdobyczach stanowych, nie popartych wiedzą i pracą. Naraził się tą książeczką konserwatywnej części naszej emigracji.

Miał też swoje problemy w kraju po powrocie, ale w latach, o których teraz mówimy, cieszył się wśród publiczności czytającej wielkim uznaniem. Nie chciał tego utracić. W latach sześćdziesiątych włączył się w działania Związku Literatów na rzecz poszerzenia obszarów wolności słowa. Mimo wieku był w tym odważny, uparty. Odbył rozmowę z Władysławem Gomułką, której do dziś nie poznaliśmy. Przyznajmy, że to mogło być interesujące. Był ciekawy polityki, ale na przełomie lat sześćdziesiątych nieco usunął się od tych spraw, gorączkowo zajął się pisaniem. Wtedy znalazł się jak gdyby poza polityką. Sprzyjała temu atmosfera początku lat siedemdziesiątych, nadzieje Polaków z dojściem do władzy Edwarda Gierka.

Najważniejsze dla niego były sprawy Polski, dawnej i dzisiejszej. W jej losie pragnął uczestniczyć i gdy tylko w Polsce wybuchnął Październik wkrótce wrócił z emigracji do kraju. Najbardziej był ciekawy ludzi, różnych, jednak otwartych, wyrazistych. Nie stronił od kręgów bliższych ówczesnej władzy, jeśli docierały do niego ciekawe o nich wieści. Był zainteresowany poglądami Zbigniewa Załuskiego, wyrazistego człowieka lewicy .Zaprosił go do siebie, lecz ostatni atak choroby uniemożliwił to spotkanie. Autor wielu pozycji stawiających go w rzędzie autorytetów, jeśli chodzi o zapisanie ważnych kart naszej historii, w praktyce był daleki od utożsamiania się z określonym kręgiem politycznym. Był propaństwowcem. Tak naprawdę zależało mu najbardziej na czytelnikach, to o nich pamiętał, im podpisywał tysiące egzemplarzy swych publikacji. Chętnie wręczał wożącym go taksówkarzom swoje pozycje, cierpliwie opatrując je indywidualną dedykacją.

Jego drogę twórczą wyznaczyły utwory, które dotyczą ważnych kart naszej historii. Tom ”Na tropach Smętka” wyprzedza i unaocznia czekający nas kataklizm ze strony niemieckiego sąsiada. „Monte Casino” ukazuje ważny i wręcz symboliczny wkład żołnierza polskiego w zwycięstwo nad faszyzmem, „Dwie prawdy” to rzecz o dwu stronach polskiego zmagania się z ciężarem historii, prawdy Sucharskiego i prawdy Hubali. Trzytomowe podróże po Ameryce dają nam obraz upragnionej wtedy bliskości z Ameryką. A urocze „Szczenięce lata”, a piękny tren o utraconym pokoleniu w „Zielu na kraterze”…

Zapisał się w sercach Polaków mocną, indywidualną kartą. A ze swą przekorą, nieustępliwością, odwagą sądów, jak gdyby wszczepionych w swą strukturę psychiczną, był w istocie arcypolski.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko