Zdzisław Antolski – Marzena Kapitalna

0
326

Zdzisław Antolski



Marzena Kapitalna


 

Roland ToporNa stromym zboczu białego, wapiennego wzgórza, podobnego trochę kształtem do ludzkiej czaszki, zwanego przez okolicznych księży Golgotą, na którym stał kościół, również biały, poprzyklejane były zmyślnie, jak jaskółcze gniazda pod okapem, domki wiejskiej biedoty. Mieszkali tu różni przedwojenni wyrobnicy, którzy nie mieli własnego pola i pracowali przed wojną u dziedzica lub wynajmowali się na cudzym. Jeszcze inni trudnili się handlem lub rzemiosłem. Jeden z nich, pan Zimny, wzbogacił się skupując tanio produkty rolne u chłopów i wioząc je na targi po pobliskich, licznie rozsianych po okolicy, pożydowskich miasteczkach, w których straszyły wypalone ruiny synagog, widomy znak obecności dawnych mieszkańców. Korzystając z pomocy swojego kolegi i wspólnika w interesach, szczęśliwego posiadacza półciężarówki, wyszabrowanej na Ziemiach Odzyskanych, a przy tym mieszkańca miasteczka Pińczowa, pan Zimny nieźle się wzbogacił, handlując ziemniakami, jabłkami a także wyrobami mięsnymi, co było już wszakże działaniem na granicy prawa. Mięso bowiem pochodziło z uboju nierogacizny niezarejestrowanej, ukrytej przed czujnymi oczami stróżów porządku w postaci posterunkowego Milicji Obywatelskiej, przez chytrych włościan, nie należących do spółdzielni produkcyjnej.

Z pieniędzy, zaoszczędzonych na tym procederze, powstawać zaczął nowy, piętrowy dom z cegieł, który dźwigał się z fundamentów na terenie dawnego dworu jenerała Dembińskiego, weterana wielu wojen. Stary dwór, podobny do wojskowych koszarów, rozebrany został przez chłopów zaraz po wojnie, a działkę na budowę przydzielono panu Zimnemu w wyniku reformy rolnej. Starą chałupę, która wyglądała bardzo dziwnie, trochę bajkowo, bo u szczytu wzgórza ściany były niskie, by w miarę spadku terenu stawać się wysokie, jej właściciel wynajął władzom oświatowym, jako kwaterę dla nauczycieli. A mówiąc konkretnie: dla nauczycielek, ponieważ zawód ten stawał się coraz bardziej sfeminizowany, głównie z powodu ucieczki rodzaju męskiego do pracy w przemyśle, gdzie zarobki były nieporównanie większe.

W Grodziskach, prócz kierownika szkoły, Mateusza Świtalskiego, uczyło jeszcze dwóch mężczyzn: przedwojenny nauczyciel, zwany profesorem Schmittem, który sławny był z tego, że ubierał się w pumpy, a na butach, kupionych, oczywiście przed wojną, w sklepie Baty, nosił getry oraz pan Bolek, złota rączka, zapalony fotograf, znawca sportu i amator domowych win z owoców głogu, które własnoręcznie nastawiał w potężnych gąsiorach, aby zimą spijać czerwony płyn, wraz z całą męską częścią wsi Grodziska. Resztę ciała pedagogicznego stanowiły kobiety: żona Świtalskiego, pani Stanisława oraz pani Julia, chuda i koścista stara panna, która właśnie przenosiła się do miasta, mając nadzieję, że tam wreszcie znajdzie upragnionego kandydata na męża. Na jej miejsce miała przybyć młoda nauczycielka, tuż po ukończeniu Studium Nauczycielskiego w Kielcach.

Rotacja wśród młodych nauczycielek w Grodziskach była bardzo duża, dziewczęta uciekały do miasta najczęściej już po pierwszym swoim roku szkolnym, z powodu oddalenia od świata i rodziny oraz fatalnych warunków mieszkaniowych: dymiące piece, przerwy w dostawie prądu, brak łazienki i ubikacji. A także z powodu zaniku jakiegokolwiek życia towarzyskiego, bo przecież do jego przejawów nie można było zaliczyć wiejskich zabaw w remizie, w błocie i wśród oparów alkoholu, w kłębach papierosowego dymu, gdzie było się narażonym na wulgarne odzywki, przekleństwa, a nawet poszturchiwania i niedwuznaczne propozycje. Dla młodych wychuchanych dziewcząt, pochodzących z miasta, było to przeżycie powodujące urazy psychiczne. Bo na jakież inne rozrywki młode dziewczyny mogły jeszcze liczyć: imieniny nauczycielskie i tańce w mieszkaniu Świtalskiego przy własnych słodyczach i wódce ratafii, czy powiatowe nauczycielskie wycieczki wynajętym autokarem do teatru w Krakowie, raz albo dwa razy do roku? Na co dzień wieś odcięta od świata, pięć kilometrów polnej drogi: błoto jesienią i wiosną, a zaspy śnieżne zimą. Telewizor w remizie oglądany od wielkiego dzwonu, kino objazdowe, docierające raz na miesiąc, z mocno archaicznym repertuarem filmów, pochodzących głównie z krajów obozu socjalistycznego.

Również status społeczny młodej, samotnej dziewczyny na obcej wsi, nie posiadającej męża, który by ją bronił przed ludzkimi językami, pozbawionej opieki rodziny, był chwiejny i niepewny. Często były to panienki wierzące, a władze krzywym okiem patrzyły na udział nauczycieli w zgromadzeniach religijnych, prędzej już przynależność do Koła Gospodyń Wiejskich była wskazana, do Ludowego Zespołu Sportowego albo chóru śpiewaczego, o! to co innego. Ale wówczas starzy, fanatycznie religijni, mieszkańcy wsi patrzyli na nie krzywym okiem, jako bezbożniczki i rozpustnice, a kawalerka miała większa śmiałość do ordynarnych zaczepek. Dlatego dziewczęta, młode panie nauczycielki, zaraz po zajęciach lekcyjnych w sobotę, biegły jak na skrzydłach, bez względu na warunki atmosferyczne, do autobusu PKS, aby trochę odetchnąć w rodzinnym domu, wziąć kąpiel i uprasować sobie ciuchy. Bo przecież wszystkie, bez względu na stan majątkowy ich rodziców, starały się wyglądać schludnie, a także w miarę możliwości, modnie, według najnowszych wskazań najbardziej w gminie poczytnych czasopism: „Przyjaciółki” i „Przekroju”.

Na przyjazd nowych nauczycielek czekało już w Grodziskach kilku starych łowców panieńskich wianków, podrywaczy zaprawionych w bojach miłosnych, pewnych swojego męskiego uroku, pokropionego wodą kolońską z kiosku „Ruchu”. Przede wszystkim był to pan Bolek, nieformalny przywódca kawalerki, który na poszukiwaniu erotycznych przygód zajeździł na śmierć swoją starą poczciwą wuefemkę. Zawsze pełen energii, chęci do kawałów i towarzyskiej zabawy, bywalec wesel, chrzcin i zabaw ludowych w całym powiecie, Znał wszystkie okoliczne wdowy, do których się usilnie zalecał węsząc łatwą zdobycz i czując ten dreszcz emocji, aby samemu z myśliwego nie stać się zwierzyną łowną. Pan Bolek był przeciwieństwem profesora Schmitta spędzającego czas w domowym zaciszu na lekturze starych dokumentów dotyczących historii powiatu, ciągle był w ruchu, w podróży, w działaniu. Nie znosił bowiem bezczynności, bał się jej zabobonnie. Miał około trzydziestu pięciu lat, krótko ostrzyżone włosy, był niewysoki, krępy, silny i wysportowany. Bardzo szybko nawiązywał przyjazne kontakt z chłopami, zapraszał ich często na swoją kwaterę i częstował domowym winem, które burzyło się w gigantycznych gąsiorach albo nalewką spirytusową na owocach, jakie prokurował w licznych butelkach i słojach, stojących podwójnym szeregiem na parapetach okiennych.

Alkohol pijał w gruncie rzeczy tylko do towarzystwa, bardzo mało, nawet na zabawach i weselach, na które go zapraszano, a on nigdy nie odmawiał. Wypijał parę kieliszków dla kurażu, dla smaku przy tłustym jedzeniu, wolał częstować innych, patrzeć jak się otwierają, jak opowiadają różne sekrety, bo lubił być dobrze poinformowanym. Ale nie, żeby donosić, tym się brzydził, szeptano, że to on właśnie pobił donosiciela, przez którego poprzedni kierownik szkoły, Batuk, pochodzący z Kresów i przez to obznajomiony z kołchozami, dostał dwa lata za krytykowanie socjalistycznego ustroju w Polsce. Poza tym panu Bolkowi obce były drobnomieszczańskie zachwyty nad ciepłą wodą w kranie i bamboszami oraz własnym samochodem. Lubił swoje spartańskie życie, nawet bieganie za stodołę za potrzebą, był zahartowany, podobno zahaczył o partyzantkę jako zwiadowca, humor nigdy go nie opuszczał, ciągle jeździł po świecie, wszędzie miał kolegów, kumpli. Powiat znał, jak własną kieszeń.

Był zawołanym kibicem sportowym, stale kupował „Przegląd Sportowy” i „Sportowca” i uczył wychowania fizycznego. Organizował zawody lekkoatletyczne między uczniami z sąsiednich wsi, a rolę stadionu sportowego spełniała szkółka leśna, gdzie rosły młode drzewka, a wokół ogrodzenia odbywały się biegi sztafetowe. Obok szkoły wykopał głęboki dół i wspólnie z uczniami wypełnił go piachem. Dzięki temu powstała skocznia do skoku w dal i wzwyż na zajęcia z wychowania fizycznego. Prowadził też wycieczki krajoznawcze na rowerach, zawody w lekkoatletyce, inicjował nauczycielskie imieniny i sylwestry, akademie i pochody. No, dusza człowiek, jak mówili. Do rany przyłóż. Do tańca i do różańca. W dodatku uczynny, każdemu pomoże, kto go o to poprosi.

– Księży nie lubi. Do ustroju obojętny – zapisał w swoim notesie kapitan Gera, ze Służby bezpieczeństwa w powiatowym Pińczowie. A może tylko dobrze się kamuflował? Do kościoła chodził, ale jak miał nie chodzić? Przecież nie mógł się odciąć od chłopaków, z którymi się przyjaźnił? Ryzykował nawet naganę ze strony władz oświatowych.

W niedzielę rano pod kościołem odbywało się najważniejsze zgromadzenie kawalerki z całej gminy, wymieniano fachowe uwagi i opinie o dziewczynach, a także o ostatniej zabawie czy weselu, umawiano się na wyprawę do sąsiedniej wsi, komentowano, kogo powołano do wojska, kto się ożenił, kto sprokurował bachora, jaki kto ma motocykl, wuefemka dobra tylko dla dziadków albo dla listonosza pana Burasa, który jednak wolał rower niż motocykl. Który motocykl lepszy, eshaelka, wueska, czy wuefemka? Ale najlepszy jest zdecydowanie junak. Mocny jak traktor, pole można nim orać. Pod każdą górę wyjedzie. Smok, nie maszyna!

Pan Bolek wśród okolicznych nauczycieli znany był przede wszystkim jako niezrównany kawalarz, bawiący towarzystwo anegdotami, którymi sypał jak z rękawa. Prenumeratorem pisma satyrycznego „Karuzela”, na którym szlifował swój dowcip, na pamięć uczył się publikowanych tam anegdot oraz namiętnie rozwiązywał krzyżówki. Odgadnięte hasło wysyłał skrupulatnie co tydzień na adres redakcji. Nie miał jednak szczęścia w losowaniu i omijały go atrakcyjne nagrody. Rozczarowany i zdenerwowany tą niesprawiedliwością losu, napisał do redakcji liścik o treści: „Dziesięć lat grałem i g… wygrałem”. Już w następnym numerze czasopisma był komunikat, że pan Bolek wygrał mnóstwo nagród, w tym termofor, kubki do kawy, szachy z imitacji kości słoniowej, nocną lampkę, latarkę ręczną, ozdobny nóż do otwierania korespondencji, poduszkę elektryczną, termos itp. Przyszła pocztą wielka paczka, ale nagrody były tak niepraktyczne dla starego kawalera, że rozdał je prawie wszystkie wśród kolegów nauczycieli. Kierownik Świtalski dostał poduszkę elektryczną, ponieważ skarżył się na bóle reumatyczne, dokuczały mu korzonki. Pan Olek zostawił sobie tylko długą latarkę ręczną na kilka baterii, bo ta akurat w jego nocnym kawalerskim życiu, była bardzo pomocna.

Drugim, sławnym podrywaczem grodziskim, był Jurek „elew” Walczyk, światowiec. Służbę wojskową odbywał w stolicy, z wojska wyniósł mnóstwo anegdot. Przełożeni zwracali się do niego: elew Walczyk i tak mu ten tytuł przylgnął do nazwiska również w cywilu, dodając mu charme’u i splendoru.. Pracował jako urzędnik w mieście powiatowym Pińczowie, a przy tym szczęśliwy posiadacz motoroweru komar, którym codziennie dojeżdżał do pracy, ale tylko w sezonie letnim, bo jesienne roztopy i zimowe zaspy skazywały go na uciążliwe korzystanie z kursów pekaesu, gdzie z nieszczęśliwą miną tracił aromat luksusowych kosmetyków męskich, na rzecz chłopskich odorów, pochodzących ze starych kożuchów przechowywanych wcześniej w zatęchłych komorach. Atutem Jurka Walczyka było, że wysławiał się po miejsku, bez naleciałości gwarowych, miał ukończone liceum i znał plotki z życia wyższych sfer, a nawet, jak z dumą twierdził, w swoich czasach warszawskich pił wódkę w SPATiFie ze znanymi aktorami i piosenkarzami. No i przy tym był straszny pies na kobiety, a w szczególności na młode i wykształcone, ale naiwne jeszcze nauczycielki, bo wiejskie dziewczyny mu nie imponowały, nie zamierzał zostawać gospodarzem i brudzić się pracą na roli, wolał swoją czystą, papierkową robotę w ciepłym biurze oraz oczekiwanie na mieszkanie w bloku. I taką właśnie wizją domu w mieście, z parkietem, odkurzaczem i telewizorem, mamił młode i niedoświadczone panienki, które po szczęśliwym dla siebie podboju, bezlitośnie porzucał dla następnej ofiary, jaka pojawiała się na horyzoncie.

Nowa nauczycielka zjawiła się kierownika szkoły, Świtalskiego, na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Wysoka, długonoga, zgrabna, blondwłosa, umalowana może trochę przesadnie jaskrawo, bezpośrednia i wesoła, a przy tym nowoczesna: nie pozwoliła się pocałować w rękę, tylko witała się po męsku, energicznym uściskiem dłoni. Widać było, że jest odważna, nie boi się nowego otoczenia, jak dotychczasowe młode „siły nauczycielskie”. Śmiała się bardzo często, lubiła opowiadać dowcipy, a jej ulubionym powiedzonkiem na wszystko, z czym się zetknęła, było „kapitalny”. Tak więc „kapitalna” była stara szkoła, okolica, krajobraz i dzieci wiejskie, sam Świtalski i jego zona oraz syn, a także kury, pszczoły w pasiece i wszystko wokół było „kapitalne”. Kierownikowi Świtalskiemu (który też otrzymał przydomek „kapitalny”) od razu spodobała się ta żywiołowość, dobry nastrój i optymizm młodej dziewczyny.

Pani Marzena zamieszkała w starej chałupie Zimnego i od razu wzięła się za sprzątanie, zamiatanie i zmianę firanek, przy dźwiękach muzyki z płyt pocztówkowych. Poleciały przez otwarte okno bigbitowe przeboje Kasi Sobczyk, Trubadurów i Czerwonych Gitar, wydobywające się z włączonego na pełny regulator adapteru bambino. To był pierwszy głośny sygnał, że idzie nowe w Grodziskach. Następnie pani Marzena zdjęła ze ścian wszystkie stare religijne obrazy, pociemniałe przez czas, bo trudno ten kolor nazwać patyną, i wyniosła je na strych chałupy, gdzie zostały ułożone w wielki stos. Przez okno na podwórze i na drogę, sączył się aromat prawdziwej czarnej kawy marki super, jakiej stuletnia chałupa nigdy dotąd nie zaznała, a który podrażnił wyostrzony zmysł powonienia „elewa” Jurka Walczyka, patrolującego drogi grodziskie w wypatrywaniu erotycznej zdobyczy. Widząc zza plota porosłego krzewami bzu, co się dzieje w starej chałupie Zimnego, wskoczył na swój motorower i pomknął do pobliskiego miasteczka, Wiślicy, aby nabyć najlepsze wino, jakie mieli w sklepie, trochę ciastek i wielki bukiet róż. Na panienki nigdy nie żałował pieniędzy.

Tymczasem pani Marzena zobaczyła przez okno zza kłębów kurzu, jak po drodze kroczy wolno listonosz, pan Buras, z wielgachną torbą skórzaną, pchając rower pod górkę. Wybiegła przed dom i zaprosiła urzędową osobę na kawę, ponieważ chciała go uprzedzić, że zamierza prowadzić bogatą korespondencję wobec czego pragnie poznać doręczyciela, aby ten wiedział, komu ma przynosić do rąk własnych i absolutnie nikomu innemu, listy, widokówki i zaabonowaną właśnie „Kobietę i Życie”. Pan Buras, zadowolony z nowej prenumeratorki, ostrożnie wypalił papierosa carmena, strzepując popiół do spodeczka pod szklanką i wysiorbał prawdziwą, czarną kawę ocierając wąsy rękawem munduru. Jednak napój rozczarował go, co do spodziewanych efektów działania, stanowczo wolał szklaneczkę czystej zwykłej, z czerwoną kartką, jaką go zazwyczaj częstowali gospodarze.

Pan Bolek przebywał wówczas w ciemni fotograficznej, którą urządził sobie w komorze chłopa, u którego wynajmował kwaterę, ale i tak chłopcy zwiadowcy, podrostki, jakich miał umówionych w różnych częściach wsi, pukali przez drzwi z wiadomością, że nowa nauczycielka już jest w Grodziskach. Zelektryzowany tą wieścią, nieformalny przywódca grodziskiej kawalerki zrobił się nerwowy, ale dokończył swoją pracę i dopiero, kiedy zawiesił klisze na sznurze do bielizny, podkradzionym swojej gospodyni, wyszedł na światło dzienne. Założył nowy garnitur, popielaty w prążki,  białą koszulę i niebieski krawat, na nogi czarne, wyglansowane półbuty, a w twarz i w szyję wklepał trochę wody kolońskiej. Wziął jedną z nalewek na wiśniach, a wychodząc urwał w ogródku gospodyni przepiękny bukiet czerwonych róż. Już przed chałupą Zimnego spotkał „elewa” Walczyka, który parkował motorower komar w cieniu bzu i obaj, zgodnie, zapukali w stare, niemalowane drzwi.

Pani Marzena, kiedy ich zobaczyła, klasnęła uradowana w dłonie i wykrzyknęła swoje ulubione: – A to kapitalne…, po czym zaprosiła do środka. Minęli ciemną kuchnię, gdzie było małe jedno okienko i polepa na podłodze, a na ścianach bielały prostokąty po zdjętych świętych obrazach i wkroczyli do jedynego, widnego, pomalowanego w modne wzory pokoju.

I tak rozpoczęła się długa prywatka, najdłuższa w długiej, bo sięgającej Celtów, historii wsi Grodziska. Po wzajemnych prezentacjach, były tańce przy muzyce z płyt, alkohol i kanapki. Obaj panowie, na zmianę, kilkakrotnie uzupełniali zapasy alkoholu na pobliskiej melinie, u babki, aby utrzymać odpowiednią temperaturę zabawy.

Rano, nieświadom niczego, kierownik Świtalski udał się na kwaterę pani Marzeny, aby zobaczyć jak młoda siła pedagogiczna sobie radzi na nowej placówce. Drzwi do chałupy były nie zamknięte, nawet na skobel, kierownik minął ciemną kuchnię, a w pokoju zobaczył po pierwsze okrągły stół, który zastawiony był pustymi butelkami po alkoholach i oranżadzie, niedojedzonymi kanapkami i zgaszonymi gdzie popadnie petami papierosów, zaś w wielkim łożu małżeńskim państwa Zimnych, pod pierzyną, ujrzał roznegliżowaną panią Marzenę, a po jej bokach dwóch amantów. Wszyscy troje spali w wielkiej zgodzie, obejmując się czule ramionami i nogami.

Widząc gościa, który chrząkał głośno i nie szczędził słów krytyki, bo jakże tak, nauczyciele, wzór moralny dla dzieci i młodzieży, a tu taka sodoma i gomora, panowie zerwali się szybko, nerwowo uzupełnili garderobę, a potem obaj, kłaniając się nisko kierownikowi, zgodnie udali się do sklepu GS, aby piwem kuflowym leczyć kaca i wymieniać wrażenia na temat ubiegłej, upojnej nocy. Pani Marzena szybko uprzątnęła stół z resztek wczorajszej libacji i nastawiła czajnik, aby zaparzyć kawę dla porannego gościa.

– Naprawdę nic tu grzesznego się nie stało, panie kierowniku – mówiła przymilnym tonem, jakby mrucząc przy tym po kociemu oraz głaszcząc dłonią drżące ze zdenerwowania ręce Świtalskiego i ocierając się o jego ramię szlafrokiem, który rozpiął się niebezpiecznie w górnej części, ukazując obfity, ale sterczący biust nauczycielki. – Panowie po prostu wypili za dużo alkoholu i nie mieli sił, aby samodzielnie opuścić moje mieszkanie. Cóż miałam robić, nie mogli przecież spać w krzakach? – mówiła głosem niewiniątka i poprawiała szlafrok na piersi, który teraz złośliwie rozchylił się u dołu, a wtedy błysnęły olśniewającą bielą długie uda, zgrabne jak u modelki.

Świtalski poczuł, że robi mu się gorąco i nerwowo wsadził dwa palce za kołnierzyk koszuli, żeby zaczerpnąć powietrza. Lubił młode nauczycielki, zwłaszcza, że jego żona po porodzie zapadła na nerwową chorobę, cierpiała od dłuższego czasu na melancholię i była w stanie chronicznego przygnębienia, a także obrażenia się na świat a w konsekwencji na męża, jako najbliższego przedstawiciela tego świata. Chwilami żałował tego małżeństwa i swojego wyboru, bo w kawalerskich czasach miał powodzenie u kobiet, a z niektórymi spotykał się nadal na różnych nauczycielskich zjazdach szkoleniowych i wtedy, po wieczornych zakrapianych kolacjach przy świecach, przeżywał upojne chwile na zdezelowanych tapczanach ministerialnych domów wczasowych. Koledzy wręcz namawiali go do rozwodu, ale pan Mateusz był odpowiedzialnym człowiekiem, poza tym żal mu było syna Zbyszka, który od dziecka, niemal od kołyski bardzo był chorowity i słaby, a poza tym kierownik obawiał się, że kiedy żona zostanie sama, to rozklei się zupełnie i niechybnie wyląduje w szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie, czego przez całe swoje życie panicznie się bała.

Od żoninych awantur uciekał do swojej ukochanej pasieki, a także na działkę przyszkolną, gdzie hodował dobrze płatny tytoń i paprykę, a zarobione pieniądze lokował w małym domku na przedmieściu Kielc, gdzie zamierzał się przenieść, gdy nadejdzie emerytura. Zbrzydło mu już życie na tym odludziu, gdzie zimą, przez trzymetrowe zaspy śnieżne nie dojedzie nawet karetka pogotowia z powiatowego miasta, tylko chorego trzeba wieźć chłopskimi saniami, pięć kilometrów do szosy.

Tak świetnie rozpoczętą karierę pedagogiczno-towarzyską, pani Marzena kontynuowała z wielkim powodzeniem w ciągu roku szkolnego. Wszyscy ją lubili – za urodę, humor i bezpośredniość. Jednak mężczyźni podziwiali ją zdecydowanie bardziej niż kobiety, które na widok pani Marzeny wydymały pogardliwie wargi, widocznie zazdrościły jej powodzenia u płci brzydkiej. U pani Marzeny bywała śmietanka towarzyska gminy, a więc pani dentystka i doktor Warden, sekretarz gminny – wielki i zwalisty, Plaskaty; następnie naczelnik poczty – niski, jakby przeciwieństwo Plaskatego, ale sprytny, zapobiegliwy i obyty w świecie, o nazwisku Buchacz. Pojawił się nawet młody i przystojny ksiądz wikary, który z brewiarzem w ręku lubił spacery o zachodzie słońca, szczególnie obok dawnej chałupy Zimnego, gdzie kwaterowała Marzena. A i ona, jakoś tak o tej samej porze, wystrojona w najlepsze sukienki, lubiła zażyć świeżego powietrza, a przecież zwykła grzeczność i kultura osobista wymagały, aby pochwalić Boga, wspólnie z duszpasterzem. Jej powiedzonko „kapitalny” stało się niepostrzeżenie jej przezwiskiem i już nikt w gminie nie mówił inaczej, tylko: „Nasza kapitalna Marzena”, albo „Marzena kapitalna”.

Każdy jej gość był oczywiście „kapitalny”, jedyny i niepowtarzalny i tak się też czuł w towarzystwie młodej nauczycielki, która wszystkich lubiła, do każdego uśmiechała się serdecznie i zalotnie. Po prostu kochała ludzi, o czym co niedzielę ksiądz głosił z ambony, ale dla pani Marzeny serca nie miał, a nawet ostatnio coraz częściej napomykał w kazaniach o jednej takiej, przedstawicielce reżimu komunistycznego, która próbuje rodziny rozbijać. A było to zaraz po tym, kiedy na plebanii zjawiła się brzydka jak noc i pokurczona od urodzenia, ale bogata z domu, żona sekretarza Plaskacza, a zaraz po niej ukradkiem nadeszła, niemożliwie gruba, żona naczelnika Buchacza.

Pani Marzena nic sobie z tego nie robiła, niosąc z zapałem w lud kaganek oświaty i miłości, jednak wszystko zmieniło się, kiedy na wieś powrócił ze Śląska Tomek, Koszykarzem zwany, z racji wielkiego wzrostu i potężnych barów. Na twarzy był brzydki jak noc, przypominał trochę francuskiego komika, Fernandela, z tą różnicą, że prawie nigdy się nie uśmiechał. Zawsze był ponury, strzykał ludziom pod nogi śliną przez zęby i nie chodził do kościoła, za to cały dzień przesiadywał pod sklepem gieesu, sącząc wino marki wino, od czego robił się jeszcze bardziej ponury. A przy tym wyrażał się wulgarnie i uważał się za kogoś lepszego, bo kilka lat mieszkał w mieście, bywał w kinie i w kawiarni oraz oglądał telewizję. Nosił spodnie „dzwony” rozszerzane u dołu, przy skórzanym, wojskowym pasie dyndał mu pozłacany breloczek z wyrzeźbioną czwórką kowbojów i napisem „Bonanza”.

Stara matka Tomka była sąsiadką pani Marzeny i oczywiście jej syn marnotrawny zaczął  bywać u pięknej sąsiadki, a po jakimś czasie ogłosił, że został jej narzeczonym. Od tej pory skończyły się prywatki u pani Marzeny, a ona sama raczej nie wyglądała na uszczęśliwioną z nowego związku, zwłaszcza, że pojawiała się w szkole w wielkich okularach przeciwsłonecznych, spod których prześwitywały sińce. I, co najważniejsze, coraz rzadziej używała słówka „kapitalne”, co oznaczało, że straciła swój wspaniały nastrój i życiowy optymizm.

Nauczyciele w całym powiecie okresowo przechodzili dokładne badania lekarskie. Po jednym z takich wyjazdowych badań, kierownik Świtalski otrzymał poufne pismo od władz oświatowych z Pińczowa, że pani Marzena musi się leczyć w poradni skórno-wenerologicznej, ponieważ jest podejrzenie, że jest zarażona chorobą weneryczną. Niestety, z jakichś powodów pani Marzena nie zgłosiła się do poradni, wobec czego, zgodnie z prawem PRL, pewnego pięknego dnia przed jej domem zatrzymała się milicyjna nyska i dwóch funkcjonariuszy wyprowadziło panią Marzenę z kwatery, a następnie uwiozło w nieznane. Tylko kierownik Świtalski, jako jedyny człowiek w całej wsi, wiedział, że chodzi o przymusowe leczenie.

Wydarzenie to wstrząsnęło psychiką pani Marzeny do tego stopnia, że już nie wróciła do wsi Grodziska na posadę nauczycielki szkoły podstawowej. Po rocznym urlopie, który spędziła w swoim rodzinnym miasteczku, podjęła na nowo pracę w szkole, jednak w innej miejscowości. Zerwała także wszelkie stosunki z byłym narzeczonym, Tomkiem Koszykarzem, co było tym łatwiejsze, że Tomek na wieść o zabraniu Marzeny przez milicję, sam również przepadł bez wieści. Po niego zresztą również przyjechała ta sama nyska, kilka dni później, zapewne w tym samym celu, co po panią Marzenę, która musiała przecież, podczas wywiadu lekarskiego, wskazać, z jakimi partnerami utrzymywała intymne stosunki, jednak funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej już go nie zastali w domu jego matki.

Tymczasem we wsi Grodziska zwolniło się miejsce w gronie pedagogicznym, na które władze oświatowe szykowały następną młodą nauczycielkę, a miejscowi podrywacze: pan Bolek i pan Jurek, już się zakładali, czy będzie to blondynka, czy brunetka, a może, tym razem, szatynka? Tylko czasem, w rozmowie, któremuś z nich wyrywał się z ust okrzyk: – To jest kapitalne! Ale zaraz potem, zakłopotani, milkli i uciekali w bok oczami, jakby czegoś się wstydzili.

 

ZDZISŁAW ANTOLSKI

 

 

.

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko