Władysław Panasiuk – Dolina Wzruszeń

0
42

Władysław Panasiuk


Dolina Wzruszeń

 

Cyprian Kamil NorwidDużo by pisać o poezji powstającej na emigracji. Najczęściej z dala od domu ludzie odnajdują swoje małe talenty. To tęsknota sprawia, że odzywają się w naszych duszach jakieś dziwne pragnienia, nie zawsze pozwalające na odniesienie jakiegoś sukcesu. Z dnia na dzień przybywa piszących, a wraz z nimi pojawiają się nowe pomysły. Poeci próbują wszystkiego: od krótkiego haiku do tasiemcowych opisów i najprostszych wierszy, takich bez rymu i rytmu. Sprawia to jakiś chaos, bo jeśli nie ma w wierszu porządku i piękna, to gdzie go szukać. Nie jest modnym wracanie do klasyki, ale też nie każdego zadawala  postmodernizm, w którym trudno się doszukać czegokolwiek. To jest trochę tak jak ze spodniami spadającymi do kroku: niby spodnie, ale tyłek na wierzchu. Do nowoczesnej poezji  ( niemal całej kultury) wkradło się wiele wulgaryzmu, a co gorsza niektórzy uważają to za jakieś postęp. Każde posunięcie poza ramy przyzwoitości stwarza nową jakość, która jednych zadziwia, a drugich gorszy. Bywają poeci piszący po polsku jak również  polscy poeci. To wielka różnica choć nie wszyscy  chcą to zauważyć. Jaka zatem jest polonijna poezja w Chicago i okolicach. Oto pytanie, na które od dawna szukamy odpowiedzi. Nie mamy tu wielu krytyków, a jeśli się jakiś pojawi, to z reguły jest bardzo przychylny piszącym. Są też poeci komentujący własne wiersze, piszący sobie recenzje czyli zupełnie samowystarczalni.  Praktycznie nie istnieje żadna stosowna opinia danej twórczości. W recenzji Sławomira Majewskiego doszukałem się analogii pasującej do tutejszej sytuacji. Otóż pisze On, że od recenzowania poezji są filolodzy, ale zdarzają się też bednarze i sprzedawcy z Biedronki. W rzeczy samej, ale tych drugich jest znacznie więcej. W zasadzie każdy śpiewać może, ale nie wszyscy mają odpowiedni głos.  Od trzech dekad przyglądam się tutejszym „nosicielom kultury”. Słucham, patrzę i analizuje, czasami coś napiszę, choć nie chcę deptać gniazda, w którym się znalazłem, to nieraz mnie poniesie.

Język Polski jakim się posługujemy jest (najoględniej mówiąc)nieco zniekształcony, by nie powiedzieć prymitywny. Zastanawiam się czy mieszamy go z angielskim celowo, by podkreślić  naszą elokwencję, czy jeszcze z innego powodu. Już Rej mówił coś na ten temat. Nasza mowa jest wyjątkowo piękna więc nie widzę potrzeby dodawania jej gładkości jakimś gardłowaniem. Wszyscy znamy angielski( lepiej lub gorzej), ale żaden z nas nie powinien pisać w tym języku wierszy. Do tego musi być perfekcyjność, której nam na obu polach brakuje. Makaronizm nie wzmacnia poezji , ale ją osłabia. Poezja, to w wielu przypadkach wygórowany termin. Internet sprawił, że worek z poetami się rozsypał, może to dobry znak, bo pisanie dla siebie chyba nie ma sensu. Kto wie czy w tym olbrzymim worku nie ma jakiegoś barda czy wieszcza. Okazuje się, że sam talent nie zawsze wystarcza, za tym (za komuny) stały jeszcze plecy. Myślę, że niewiele zmieniło się w tej kwestii. Talent swoja drogą, a rekomendacja i rzecz jasna nagłośnienie swoją. Tak wyłaniały się talenty niemal w każdej dziedzinie, oczywiście zasadnicze znaczenie miała jeszcze przynależność do organizacji często zwanej partią robotniczą czy nawet chłopską. Były też młodzieżowe bojówki jak Związek Młodzieży Socjalistycznej. Wiele talentów wyłaniało się tym właśnie sposobem. Mało kto płynął w górę rzeki, bo zawsze  łatwiej z nurtem.  

Na obczyźnie mało kto się nami interesuje, praktycznie nikt nie pomaga. Tu poeci radzą sobie sami. Część z nas należy do Zrzeszenia ( tutejszych)Literatów inni do jakichś pomniejszych klubów poetyckich, a część działa samodzielnie. Jest też kilka osób, które nie bacząc na nic reklamują się na ile to możliwe- wszędzie. Wyciągają rękę nawet do komunistów. To coś jak dawniej; rączka, goździk i medal. Reklama z byle jakiego bubla potrafi uczynić dzieło, już za króla Gierka mówiono, że reklama jest dźwignią handlu. Ale to wszystko należy zaledwie do marginesu, który przynosi nam piszącym wstyd. Wyciąganie łapy po jałmużnę dawniej było koniecznością, dzisiaj dla niektórych stało się normą. Chyba dość czytelnie przedstawiłem dlaczego z pogardą wyrażam się o lizusach i samochwałach piszących bzdety.

To tyle tytułem wstępu do poezji, którą chciałbym przedstawić.

 „Dolina wzruszeń” to pierwsza książeczka ilustrująca kilkadziesiąt obrazków z życia wziętych. Beata Dudek jest  młodą osobą, której przyszło podobnie jak mnie jeść chleb z amerykańskiej piekarni. Dzisiaj akurat to zjawisko dość pospolite, by nie powiedzieć codzienne. Wyjeżdżamy, by polepszyć byt rodziny. Nie zawsze amerykański sen się spełnia, ale jak mówią” próba nie strzelba”. Nie wiem jakie jest zdanie Beaty na ten temat, ale ja nie o tym. Pięćdziesiąt cztery wiersze, to w sam raz na popularny tomik. Nie ilość tu stanowi o poezji, choć poziom wierszy nie jest jednolity. Beata Dudek jak sama pisze miała szczęście gdyż po przyjeździe do Chicago była bez  pracy i wtedy właśnie zaczęła pisać wiersze. Może to niezbyt stosowny żart, ale w tym jedynym przypadku brak pracy stał się nowym szczęśliwym szlakiem tej wędrówki po obcej ziemi. Pisze od niedawna, ale w Jej przypadku pisanie ma sens. Może nie są to dzieła najwyższych lotów, ale niektóre zastanawiają , prowokują do myślenia, a horyzont się rozszerza. Początkująca poetka, a potrafi zadziwić. Tematy, które porusza w” Dolinie Wzruszeń „ nie stanowią wielkich odkryć, są jak wiele innych dość pospolite. Pisze  prostym językiem i może dlatego zrozumiałym. Miłość , o której zda się napisano już wszystko, poetka stara się uzupełnić, dopisać coś nowego, wyrazić własne uczucia.

/…/ przynieś mi w pączkach świeże uczucie

Które rozkwitnie ze wschodem słońca

Serca zatańczą w miłosnej nucie

Ciała pokryje mgiełka pachnąca/

W poezji Beaty Dudek znajdziemy  sporo humoru wziętego prosto z życia, niekoniecznie na emigracji. Tak mało czasu pozostaje nam na uśmiech. Ciągle zagonieni za tym marnym groszem, bez którego niestety nie da się dzisiaj żyć. Wszędzie się słyszy, że uśmiech to zdrowie, ale wciąż zaciskamy zęby, no może nie wszyscy.

/…/ Żadne siły złe nie zniszczą

Prawdziwej miłości

A kobieta nie zostawi

Chłopa z krwi i kości/

Może to rzeczywiście dla nas dobra rada, choć w moim wieku dość ryzykowna.

Beata Dudek nie omija w swoich wierszach Boga, co jest szczególnie ważne w czasie prób niszczenia religii. Nie powinniśmy gasić w narodzie ognia, który od wieków płonie. O Bogu pisali wielcy, a kto Go pominął do nich nie należy.

W tomiku Beaty Dudek znajdziemy wiele codzienności, a ta nas nie rozpieszcza, jest tu smutek i radość , cierpienie ludzi dotkniętych różnymi nieszczęściami i właśnie takie jest życie. Są szaleni poeci opisujący wszystko prócz życia, Dudek do nich nie należy. Tęskni jak każdy z nas za Wisłą, Tatrami i Bałtykiem, i wszystkim, co tam zostało. Nowy wiek usiłuje uczynić z nas maszyny, ale nie wszyscy temu ulegamy. Zdarzają się jeszcze ludzie posiadający dobre cechy i serce. Do takich niewątpliwie należy Beata , młoda, ale dobrze zapowiadająca się poetka. Mam nadzieję, iż ta ostrożna opinia stanie się bodźcem do osiągnięcia zamierzonego celu i jeszcze nie raz usłyszymy o Beacie Dudek.


Władysław Panasiuk

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko