Jan Stanisław Smalewski – O filmie Łukasza Palkowskiego „Bogowie”

0
144

Jan Stanisław Smalewski



O filmie Łukasza Palkowskiego „Bogowie”



bogowie0

Jeszcze w połowie lat osiemdziesiątych minionego wieku ciężkie zawały serca należały do nieuleczalnych, a chore serce pacjenta – jako organ ludzkiego ciała – było uważane za nie do naprawienia. Kiedy rodzic chorego dziecka prosił lekarza: Panie doktorze, niech pan ratuje mojego syna (moją córkę), on (ona) umiera, mógł usłyszeć jedynie te słowa: „A co ja jestem Bogiem? Zwróćcie się do niego”.

Dzisiaj w razie potrzeby operacji serca dokonuje się nawet na nienarodzonych dzieciach w łonie matki, a transplantologia, czyli przeszczepianie organów ludzkiego ciała, w tym serca, nikogo już nie dziwi.

Jan Osiecki na początku wywiadu – rzeki zaprezentowanego w książce „Zbigniew Religa. Człowiek z sercem w dłoni” pyta profesora wprost: Co czuje człowiek, mając serce ludzkie w dłoni?

Tak zaczyna się książka, na podstawie której opracowano scenariusz do nagrodzonego w Gdyni Złotymi Lwami filmu „Bogowie” i podobnie zaczyna się film. Już na pierwszych kadrach pojawia się on: chirurg – wizjoner, buntownik, który rzuca wyzwanie wszelakim przeciwnościom, łamie dotychczasowe stereotypy i bierze w swe dłonie ludzkie serce.

W książce czyta się o tym z… biciem własnego serca, uruchamiając własną wyobraźnię na poziomie własnych doświadczeń i wiedzy. Na filmie zderzamy się od razu z szokującymi scenami bezpośredniego zbliżenia martwego człowieka, otwarcia jego klatki piersiowej, wyjęcia serca i zaprezentowania go widzowi. Tym razem w swe dłonie serce człowieka bierze aktor, doskonały odtwórca roli Zbigniewa Religi Tomasz Kot.

bogowie0Widziałem, jak w tym momencie jednej pani przede mną zrobiło się słabo, jak kilku innych widzów zamykało oczy na tę, a potem inne szokujące – krwawe sceny, których reżyser, by oddać nie tylko prawdziwość sytuacji, ale i realizm warunków, w jakich toczy się akcja filmu, nam nie szczędzi.

Spokojnie Czytelniku – dobrego gustu, ani przysłowiowego smaku reżyser Łukasz Palkowski nie naruszył. Ba, bez krwi i prawdziwych scen z sal operacyjnych opowieść nie byłaby do końca prawdziwa.

Profesor Religa rozpoczynając swoją książkową opowieść o życiu i niezwykłej pracy chirurga odkrywcy rozpoczyna od wyjaśnienia, że serce ludzkie jest zwykłym kawałkiem mięsa. Jest pompą przez którą przepływa krew. To sterylnie przygotowane do wszczepienia w klatkę piersiową pacjenta jest chłodne, schłodzone do 4 – 8 stopni Celsjusza. Chirurg czuje tylko chłód. Prawdziwe emocje, radość i wzruszenie pojawiają się dopiero wówczas, gdy zaczyna ono pracować, pompować krew.

Łukasz Palkowski nie jest Krzystkiem, nie pokusił się o zrobienie z książki serialu o życiu sławnego naszego chirurga, ale wybrał z niej rzeczy najistotniejsze. I trzeba przyznać dokonał trafnego wyboru, bo okazał się on przysłowiowym strzałem w… Złotego Lwa.

Jest zatem w filmie odniesienie do pierwszej, zakończonej śmiercią pacjenta na stole operacyjnym, transplantacji serca dokonanej przez profesora Mola. Potem doskonałe przejście sytuacyjne – z relacjami naukowymi, ukazaniem mentalności medyków i ludzi ówczesnego systemu władzy – do pierwszej i kolejnych transplantacji dokonanych przez docenta Zbigniewa Religę. Jest przekonujące odniesienie do peerelowskiej rzeczywistości, z którą przyszło się mu zmagać. I wreszcie – co obok historycznego zapisu z dziejów polskiej transplantologii – w filmie najważniejsze, ukazany dramat człowieka. Młodego naukowca, upartego lekarza z marzeniami i sporym jak na polskie warunki dorobkiem i doświadczeniem medycznym. Lekarza, który już jako student medycyny nie bał się skalpela i wykonywał dziesiątki operacji chirurgicznych (około czterystu zanim otrzymał dyplom lekarza). Który – jak wyjaśnia w książce Osieckiego – miał szczęście odbycia kilku lat praktyki w Stanach Zjednoczonych, zobaczyć i poznać świat za żelazną kurtyną. Był internistą, urologiem, naczyniowcem, chirurgiem dziecięcym. Przeżył i doświadczył wielu ludzkich dramatów śmierci z powodu nieuleczalności niektórych chorób serca.

I który wreszcie odrzucił pokusy pozostania w Ameryce, podjęcia pracy w stolicy, by… stworzyć własną klinikę w Zabrzu i podjąć wyzwanie na miarę najwyższą – zastąpienia Boga w nieuleczalnych dotąd sprawach serca.

Przede wszystkim – gdyż nie zapominajmy, że jest to przede wszystkim gra aktorska – film cechuje doskonałe wcielenie się w postać Zbigniewa Religi znanego już aktora Tomasza Kota.

Kot do perfekcji opanował zachowanie (sposób bycia) i wszelakie przywary Religi. Mnie osobiście przeszkadzał jedynie troszeczkę wzrost aktora. Gdyby był nieco niższy i miał silniejszą posturę, byłoby idealnie.

Mimika, wyraz twarzy, charakterystyczne pochylenie sylwetki, no i… nieodłączny papieros, nałóg który – jak wiemy. – pokonał później naszego wielkiego chirurga. Innowatora, wynalazcę i twórcę między innymi pozaustrojowego wspomagania obiegu krwi przy przeszczepach i sztucznej komory serca.

Religa, który sam przedłużył, bądź dał nowe życie setkom swoich pacjentów, w ogóle nie szanował życia własnego.


bogowie0

Siermiężność warunków, jakie cechowały we wszystkim polskie szpitalnictwo i lecznictwo, sprawiała, że pokonanie wielu barier, zmuszało często Religę do wręcz nadludzkich wysiłków. Jego osobowość silna stanowczością, uporem i ambicją naukowca – praktyka często musiała zderzać się ze zwykłymi ludzkimi słabościami nieradzenia sobie ze stresem. I nie tylko z powodu braku zrozumienia przez tych, od których zależał los tworzonej przez niego kliniki w Zabrzu, ale także na przykład nieoczekiwanej śmierci pacjenta. Chirurg popadał wówczas w kilkudniowy alkoholizm i depresję.

Religę znano także z tego, że lubił szybką jazdę. Swoim fiatem 125p przejeździł ponad milion kilometrów, głównie pomiędzy Zabrzem i Warszawą, i odwrotnie.

Nie był Bogiem. Mimo wszystko był zwykłym człowiekiem, który wciąż – jak zalecał mu to słynny profesor Mol – uczył się pokory. Który polską transplantologię postawił na poziomie światowym, wykształcił dziesiątki polskich chirurgów transplantologów.

Zagranie tej roli w filmie „Bogowie” przez Tomasza Kota jest rewelacyjne. Przede wszystkim przekonujące, pełne aktorskiej pasji i profesjonalizmu. Film jest mocny, ogląda się go z dużym przejęciem. Prezentuje wartości inne niż dotychczas nagradzane podczas festiwali filmowych w Gdyni filmy o wojnie i miłości. Uczy pokory, dystansu do samego siebie, do życia i śmierci. Ma też zabarwienie naukowe interdyscyplinarne medycznie.

Znam osobiście rodziców aktora. Jego ojciec Stanisław był wiceprezydentem Legnicy w latach 90. i znanym działaczem katolickim i społecznym. Tomek od dziecka był niezwykle ambitnym uczniem, przejawiał zdolności artystyczne (plastyczne). Jeszcze będąc uczniem szkoły podstawowej zdobywał nagrody w konkursach organizowanych na szczeblu wojewódzkim i krajowym. Aktorstwem zainteresował się dopiero w liceum, uczestnicząc w legnickim Klubie Gońca Teatralnego. W wieku 18 lat za rolę Piotrusia w „Aniele” Pierra Gripariego otrzymał w 1995 r. indywidualną nagrodę Ministra Kultury i Sztuki dla najlepszego adepta sztuki teatralnej.

Jest absolwentem I LO w Legnicy (1996). W tym samym roku zagrał debiutancką rolę teatralną na scenie zawodowej Teatru Dramatycznego w Legnicy (w „Pannie Tutli – Putli” S. I. Witkiewicza).

W 1997 r. przyjęty został do krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, którą ukończył w roku 2001, otrzymując od razu angaż do Teatru Bagatela w Krakowie. Za kreację aktorską Henryka w „Ślubie” Gombrowicza był nominowany do Nagrody Ludvika – w kategorii najlepszy aktor.

bogowie0W 2005 r. przeniósł się na stałe do Warszawy. Tam debiutował na dużym ekranie główną rolą w filmie Jana Kidawy Błońskiego „Skazany na bluesa” (2005). Za tę rolę otrzymał Nagrodę za Najlepszy Debiut Telewizyjny w Polsce oraz Nagrodę Prezydenta Gdyni za Najlepszy Debiut Filmowy (po raz pierwszy na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni) *.

Aktor skończył niedawno pracę na planie filmu „Discopolo” przenoszącego nas w lata 90. i rozpoczął zdjęcia do dramatu reżyserowanego przez Cezarego Harasimowicza opartego na życiorysie aktora Tadeusza Szymkowa.

 

Film w całości jest nietypowym dramatem, który kończy się szczęśliwym happy wendem. Happy Wendem naukowym. – Pokazano w nim bowiem wyboistą drogę praktyka – naukowca wiodącą do medycznego sukcesu. Życie znanego chirurga Zbigniewa Religi, jak wiemy, takiego zakończenia nie miało. Jego ostateczna walka z rakiem płuc zakończyła się śmiercią.

 

 

*/ „Legniczanie – znani, sławni, zasłużeni” Jan Stanisław Smalewski, wyd. Edytor 2008, strony 130,131.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko