Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
117

Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego


 


Tylko prawda jest ciekawa


alfabet salonu„Lepiej pewne rzeczy utrwalić, zanim znikną” – napisał Krzysztof Feusette we wstępie do swojej książki „Alfabet salonu”. Jako gorący orędownik dokumentowania ważnych zjawisk wartych historycznej pamięci, bez względu na ich wydźwięk ideowy, światopoglądowy czy polityczny, zgadzam się w całej rozciągłości z tym stwierdzeniem, podobnie jak z klasyczną już, słynną frazą Józefa Mackiewicza: „Tylko prawda jest ciekawa”.


Feusette zebrał w swojej książce osiemdziesiąt sylwetek osób, których  obecność w jego zbiorze ma  mieć w jego interpretacji – ma mieć, bo nie jestem pewien czy ma – jeden podstawowy wspólny mianownik: przynależność do SALONU. Są w zbiorze postacie rozmaitego autoramentu. Są dziennikarze-celebryci jak Monika Olejnik, Tomasz Lis, Jakub Wojewódzki, Piotr Kraśko czy Kamil Durczok. Są artyści jak Andrzej Wajda, Kazimierz Kutz. Zbigniew Hołdys, Marek Kondrat czy Daniel Olbrychski. Są znani publicyści jak Kazimiera Szczuka, Jacek Żakowski czy Tomasz Wołek. Są naukowcy jak Magdalena Środa i Radosław Markowski. Są też dwaj księża: Adam Boniecki i Kazimierz Sowa. Są takie postacie jak Jerzy Owsiak czy Tomasz Jacyków. Jest, jakże by inaczej, Wielki Patron, Wielki Guru, Wielki Kreator Salonu – Adam Michnik.


Nie ma tylko pewności czy SALON w ogóle istnieje, czy jest tylko bytem żyjącym w wyobraźni niektórych osób czy środowisk. Wszystkie te osoby, podobnie jak sześćdziesięcioro pozostałych, połączonych zostało przez autora jednym wspólnym emblematem, jednym nadrzędnym szyldem – przynależnością do SALONU. Przypomnę tylko czytelnikom nie w pełni zorientowanym w „przedmiotowej materii”, że „SALON”, to słowo-epitet (negatywny – rzecz jasna) używane przez dziennikarzy i publicystów sympatyzujących lub wręcz współpracujących z prawicowym odłamem opozycji przeciw rządom Platformy Obywatelskiej. Słowo to, używane od wielu lat (nie potrafię wskazać z pełnym przekonaniem tego, kto użył słowa „salon” po raz pierwszy, ale gdybym miał brać udział w quizie na ten temat, pioniera szukałbym w Ryszardzie Legutko lub Wiesławie Pawle Szymańskim, weteranach publicystyki prawicowej, antysalonowej i antymichnikowskiej), zrobiło ogromną karierę na łamach prasy prawicowej.


Co do samego zamysłu i konstrukcji tej edycji, to choć nie odmawiam sobie niejakiej zdolności do syntezy i uogólnień, czasem nawet daleko idących, nie byłbym jednak w stanie prześcignąć a nawet zbliżyć się w tej umiejętności do mojego imiennika, redaktora Feusette. Jednakże gdy jest się publicystą głęboko i żarliwie zaangażowanym po jednej ze stron walki politycznej w Polsce, motywacja do takiego zabiegu intelektualno-ideowego wzrasta. A portrety Krzysztofa Feusette są publicystyką głęboko zaangażowaną. Do tego stopnia, że owe osiemdziesiąt portretów osób, których on i jego ideowo-polityczni stronnicy nie lubią, to właściwie osiemdziesiąt małych pamfletów z tezą. Nie litera zapewne, ale duch i styl tej książki przypomina mi cokolwiek zbiory pamfletów na ludzi opozycji wydawane przez niektóre wydawnictwa PRL działające w pierwszym szeregu frontu propagandowo-ideologicznego. Niestety, zebranie w jednej książce osób – było nie było – przez autora i jego środowisko w jakimś sensie – nie bójmy się tego słowa – napiętnowanych, trochę mi przypomina listy proskrypcyjne. Tym, co poza tym razi mnie w tej książce, jest fakt dokonania przez autora redukcji indywidualności opisanych osób do jednego, politycznego, a może nawet politykierskiego wymiaru. Zamiast bogatych, wielostronnie, z dobrej i złej strony pokazanych sylwetek, mamy sylwetki przez niego wydrążonych, zredukowanych do jednego wymiaru, który przynajmniej dla części z nich, niezależnie od ich sympatii politycznych, niekoniecznie jest najważniejszy. To musi być przykre tak widzieć ludzi, jako płaskie, pozbawione trzeciego wymiaru sylwetki, podobne do siebie trochę tak, jak podobne do siebie, a raczej identyczne są płaskie sylwetki na strzelnicy, obiekty do celowania. Obawiam się, że kogoś, kto widzi ludzi tak wydrążonych i jednowymiarowych można podejrzewać, że sam w tak zredukowany sposób widzi świat. Jak przez noktowizor.


Dlaczego pomimo wyrażonych tu wątpliwości rekomenduję „Alfabet salonu”? Bo Feusette mimo wszystko nieźle pisze, jest sprawnym publicystą i atrakcyjnie podaje swoje subiektywne opinie o bohaterach swojej książki. Książka ta bowiem jest nie bezstronnym katalogiem faktów ani nawet zbiorem wyważonych i przemyślanych opinii. Jest gorącym pamfletem skierowanym przeciwko pokaźnemu gronu osób. Jest dziś ta książka, a będzie również w przyszłości, interesującym dokumentem myślenia i odczuwania pewnej grupy dziennikarzy i publicystów, a co za tym idzie także niektórych polityków o innych publicystach, politykach, postaciach. Dokumentem pewnej epoki. Tylko tyle i aż tyle. Nie jestem jednak pewien, czy prawda Krzysztofa Feusette, bo przypuszczam, że traktuje swoje oceny jako prawdę, być może nawet przekraczającą ramy jego osobistej prawdy i zobiektywizowaną, wypełnia przywołane na wyżej kryterium sformułowane przez Józefa Mackiewicza, bądź co bądź literackiego bohatera prawicy.


Krzysztof Feusette – „Alfabet salonu”, Wyd. Fronda, Warszawa 2014, str. 336, ISBN 978-83-64095-39-9


Antygwiazdor zakochany w Szekspirze


al-pacino-rozmowy„Ma w sobie zwierzęcy magnetyzm, elektryzujący uśmiech, wystudiowaną samoświadomość” – to o Al Pacino z książki Lawrence Grobela. Ktoś określił jego aktorstwo jako coś więcej niż profesję –  jako „transmutację”. Kiedy jako młodzian, w roku 1974 zobaczyłem go w roli Michaela Corleone w „Ojcu chrzestnym” Francisa Forda Coppoli, tak właśnie go odebrałem, choć nie potrafiłbym wtedy tak mojego wrażenia i mojego oczarowania określić. A potem ten sam Michael Corleone w dwóch kolejnych częściach „Ojca chrzestnego”, role w „Serpico”, „Pieskim popołudniu”, Bobby Deerfieldzie”, „Narkomanach” i w bardzo źle przez Pacino wspominanej roli w „Strachu na wróble”, negatywnie ocenionym, ale przeze mnie sentymentalnie wspominanym filmie Jerry’ego Schatzberga. I potem lata utraty kontaktu z jego aktorstwem, które w wyobraźni i odbiorze zastąpił mi tak diametralnie odmienny Jack Nicholson. Jednak kino, które przyniosło Pacino gwiazdorską sławę światową, nie było jego pierwszoplanową pasją, ani aktorską ani artystyczną. Był nią teatr, związek ze sławnym Actor’s Studio Lee Strasberga i szczególna fascynacja twórczością Szekspira. Jego ulubioną postacią szekspirowską był Ryszard III, którego dwukrotnie (1972, 1979), wyreżyserował i zagrał w Nowym Jorku. W kinie zagrał inną, wielką i skomplikowaną postać – Shylocka z „Kupca weneckiego”. Szekspirem zdaje się być, w odbiorze samego Pacino, naznaczony także „Ojciec chrzestny”. „Jest tu król, grany przez Marlona Brando, jego synowie i królestwo”. Jeden z synów, właśnie Michael, przejmuje po Donie Corleone „władzę nad królestwem – władzę, której nigdy nie pragnął” – powiedział. Al Pacino Szekspirowi pozostaje wierny, choć powiedziano o nim, że nie jest aktorem w szekspirowskim stylu. Od przyjaźni z innymi gwiazdami, od kontaktów z celebrytami, do których mimowolnie należy, wolał przyjaźnie z takimi ludźmi jak wspomniany Strasberg, „amerykański Stanisławski” czy jego przyjaciel i mentor, wielki, przedwojenny jeszcze aktor Charles Laughton. Sam Pacino był i pozostał antygwiazdorem i nie jest to tylko maniera pod publiczkę. W odróżnieniu od celebrytów histerycznie epatujących świat własnym szczęściem miłosnym i rodzicielskim, którym publicznie i w tandetnym stylu się zachłystują, powiada o sobie cytatem z „Hamleta”: „Szczęśliwy przez to, że niezbyt szczęśliwy”.


Wydawnictwo „Axis Mundi” podjęło się bardzo cennej roli przybliżenia polskiej publiczności czytającej biografie wybitnych postaci amerykańskiego kina. Ukazały się już m.in. wywiady-rzeki ze Stanleyem Kubrickiem, Marlonem Brando czy Woody Allenem (o nich przy kolejnej okazji). To nie przypadek, że ich autorami są dziennikarze amerykańscy. Tylko bowiem ich wydawców stać na finansowanie długiego procesu powstawania książki, wieloletnich kwerend i licznych podróży niezbędnych dla zebrania materiału do biografii czy wywiadu. Książka Lawrence Grobela powstawała przez 27 lat, od 1979 do 2006 roku i jest owocem rozmów przeprowadzonych przez niego z Alem Pacino  w latach 1978, 1983, 1990, 1996, 1998, 2001, 2002, 2004 i 2005. Nie są to rozmowy plotkarskie, a na niektóre prywatne pytania Al Pacino się zżyma, reagując irytacją, aczkolwiek okruchy informacji o jego partnerkach i dzieciach zainteresowany czytelnik jednak znajdzie. Grobel rozmawia z Pacino o filmie i teatrze, o jego rolach, ale też o innych aktorach, dla których ma on wiele uznania i którym nie szczędzi komplementów. Mówi też Al Pacino o życiu, obficie dzieląc się swoim bogatym doświadczeniem. We wrześniu spodziewany był przyjazd Ala Pacino do Warszawy, na promocję tej książki. Wizyta nie doszła do skutku. Szkoda. Ale może dzięki temu możemy poznać Ala Pacino od tej nie gwiazdorskiej strony, z rozmów z nim. Pobyt w Warszawie mógłby stać się, niezależnie od intencji organizatorów i mimo oporu samego gościa, feerią komicznie snobistycznego kultu celebrytyzmu w naszym nadwiślańskim wydaniu. Kto wie, może, niezależnie od oficjalnego usprawiedliwienia nieobecności, jeśli takie w ogóle było, właśnie tego aktor chciał uniknąć, uprzedzony o tutejszych obyczajach? A książkę gorąco rekomenduję.


„Al. Pacino. Rozmowy Lawrence Grobel”, Wyd. Axis Mundi, Warszawa 2014, przekł. Ernest Bryll i Magdalena Bryll, str. 303, ISBN 078-83-61342-91-3

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko