Krzysztof Lubczyński rozmawia z reżyserem, Tomaszem Wiszniewskim

0
144

Krzysztof Lubczyński rozmawia z reżyserem, Tomaszem Wiszniewskim



TomekWiszniewski1Pochodzi Pan z artystycznej rodziny z Lublina, Pana ojciec jest znanym aktorem tamtejszego Teatru im. Juliusza Osterwy, a przedwcześnie zmarły w 1981 roku stryj Wojciech Wiszniewski był świetnie zapowiadającym się reżyserem, uczniem Andrzeja Wajdy. Czy to ta artystyczna atmosfera wpłynęła na to, że poszedł Pan ich śladem?

 

– Zdecydowanie tak. Atmosfera była na wskroś artystyczna, teatr, film, literatura były codziennym tematem dyskusji, rozmów, wzmianek. Poza tym miałem dobrą polonistkę, profesor Osiakową z tzw. Zamoja, czyli Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Zamoyskiego w Lublinie, która wprawdzie mnie do niczego nie namawiała, ale sam jej sposób przekazu treści humanistycznych był inspirujący. Tam się stworzyła moja baza. To mnie zawsze utwierdza w przekonaniu, że mądre, przewidujące rządy inwestują kasę przede wszystkim w szkolnictwo i naukę. Przywołam przykład Finlandii, która zlikwidowała kiedyś cały swój przemysł wydobywczy i postawiła na intelektualny kapitał ludzki, w tym w szczególności na elektronikę. I tak powstała Nokia. To pokazuje, że przede wszystkim trzeba używać mózgu – synapsy, synapsy i jeszcze raz synapsy.


Studiował Pan w PWSTiF w Łodzi. Jak Pan wspomina te czasy i co Panu dała ta szkoła? Miał Pan swoich mistrzów?


– Tam, w łódzkiej szkole filmowej przeżywałem najpiękniejsze chwile mojej młodości, ale z młodością jest tak, że byłoby wspaniale nawet gdyby to była Wyższa Szkoła Rolnicza. Co do mistrzów, to jak człowiek jest niezdolny, to mu żaden mistrz nie pomoże. Bazę wiedzy dawał rektor Henryk Kluba. Był też Wojciech Has, ale ten głównie milczał, trochę popijał, a jak poklepał po ramieniu, to byliśmy wniebowzięci. Nie będę więc tworzył mitów, jakich to mistrzów miałem i jak mnie ubogacili.

 

Debiutował Pan w Teatrze Telewizji w 1988 roku spektaklem według tekstu Kazimierza Braun „Broadway, mój Broadway” …


– To była historia mającej problemy z alkoholem polskiej aktorki mieszkającej w Ameryce, w domyśle: Elżbiety Czyżewskiej. Przetworzyłem ja jednak na historię młodej Polki, jednej z tego pokolenia, które emigrowało z Polski w latach osiemdziesiątych.


A dwa lata później powstała była Pana perła, czyli „Szalbierz” Gyorgy Spiro, która weszła do Złotej Setki Teatru Telewizji…


– Na razie niestety tylko na listę, bo płyta nadal się nie ukazała, co mnie wkurza niewymownie.


Jaka była geneza tej realizacji? Zainteresowanie ojcem polskiego teatru Wojciechem Bogusławskim?


TomekWiszniewski1– Raczej obejrzenie „Szalbierza”  w Teatrze Ateneum w wersji Macieja Wojtyszko, na tyle słodkiej, łagodnej, że zainspirowała mnie do repliki i do zrobienia przedstawienia ostrzejszego. To niewiarygodne, że mnie, młodemu wtedy reżyserowi udało się zaangażować największego polskiego aktora, Łoma, czyli Tadeusza Łomnickiego i śmietankę aktorstwa krakowskiego. To było niesłychane, ale i stresujące przeżycie. Reżyserować Łoma! Ciężko było. Był osobowością apodyktyczną i sam chciał reżyserować siebie, mnie i innych, miewał humory, lubił odgrywać strasznego dziadunia, zgryźliwego grzyba. Poza nim też była plejada krakowskich aktorów: Jan Nowicki, Marian Cebulski, Anna Dymna, Jerzy Grałek, Andrzej Hudziak, początkujący wtedy Olaf Lubaszenko i inni. Kręciliśmy to w samym sercu krakowskiej legendy teatralnej, w gmachu Teatru im. Słowackiego, tym, w którym jest słynna kurtyna Siemiradzkiego.


Nie nęciło Pana, żeby kontynuować wątek Bogusławskiego i zrealizować spektakl według „Iksów” Spiro?


– To wybitna powieść, ale raczej do czytania niż adaptacji teatralnej czy filmowej. A poza tym w dzisiejszych warunkach chcieć a moc to dwie różne sprawy.


Niedawno telewizja powtórzyła Pana spektakl „W roli Boga” Marka St Germain. Co Pana w tym tekście zainteresowało?


– Tematyka medyczna, która bardzo mnie fascynuje, do tego stopnia, że marzy mi się zrobienie kiedyś serialu o tej tematyce według Jurgena Thorwalda. W tym jednak przypadku mowy nie było o tym, żeby rywalizować z amerykańskimi czy europejskimi produkcjami na ten temat, więc należało znaleźć własny pomysł na tę realizację. Zrobiłem go niejako trochę zamiast.


W tematyce medycznej zainteresował Pana wymiar etyczny, któremu poświęcona jest sztuka?


– Nie bardzo, bo  z tego punktu widzenia sztuka już grubo przed czasem realizacji była zdezaktualizowana, od jakichś 15 do 20 lat. Od czasu, kiedy jest sztuczne serce, takie dylematy, jak w tej sztuce, czyli kto z pacjentów w pierwszym rzędzie powinien otrzymać serce do przeszczepu, a kogo trzeba pominąć, więc w konsekwencji skazuje się go na śmierć, w praktyce nie istnieją. Zostały interesujące kwestie związane z moralnością lekarzy, w ciekawy sposób zarysowane dylematy i problemy środowiska lekarskiego, ale też w ogóle ludzkie dylematy etyczne. Jak ma reagować człowiek poddawany rozmaitym ciśnieniom? Czy ma się poddać, czy nie i dlaczego tak, a dlaczego nie.


Nakręcił Pan do tej pory trzy filmy kinowe. Dotykają drastycznych problemów, są ostre w formie. Taki jest Pana nagrodzony w Gdyni w 1991 roku debiut „Kanalia” o rewolucji 1905 roku, „Tam gdzie żyją Eskimosi” o powojennej Bośni, czy „Wszystko będzie dobrze”, dotyczący problemów z chorobą, alkoholizmem, wiarą religijną. Dąży Pan do tego, żeby widza zadrasnąć, sprowokować?


– Raczej bawić ucząc lub uczyć bawiąc. Dać widzowi kość do obgryzania, jak psu, żeby myślał, że się tylko rozrywa, ale przy okazji pomyślał. Taki projekt cokolwiek oświeceniowy mną powoduje. Przy czym bawić nie oznacza komedii, bo to nie mój gatunek, lecz zajmującej intrygi, opowieści, narracji. Samo prowokowanie nie jest najlepszym sposobem na to, żeby film żył długo. Wojtek Smażowski jest wybitnym, niezwykle utalentowanym reżyserem, robi wspaniale filmy, ale tak gorzkie, tak dołujące, że nie chce się ich drugi raz oglądać, a po ich pierwszym obejrzeniu chce się człowiekowi napchać czekoladą. Długo żyją filmy, nawet dramatyczne, ale w których jest jakiś promień, coś optymistycznego, jakaś nadzieja.


Jak Pan ocenia stan polskiego kina? Jedni chwalą, że przeżywa nowy rozkwit, inni ganią, że jest niezmiennie kiepsko…


TomekWiszniewski1– W Polsce brak inteligentnych producentów, którzy umieli by wyczuć potrzeby widza. Nadal jest to bieda-kino, gdzie marnie zrobionymi efektami wizualnymi można położyć taką realizację, jak „Wiedźmina” według Sapkowskiego. Mam projekt filmu o pijanicy, który zajmuje się łowieniem wampirów. Brzmi to trochę niepoważnie, ale to scenariusz nawiązujący do przedchrześcijańskiej tradycji wierzeń dawnych Słowian. Nie wiem czy Pan wie, że ważne kościoły katolickie w Polsce stoją na dawnych pogańskich miejscach mocy. Kościół po prostu te miejsca ukradł, zaanektował. Mam też pomysł filmu o żołnierzach, którzy powrócili z Afganistanu i Iraku i o syndromie pourazowym tych żołnierzy. W tym filmie występuje obcięta głowa przyjaciela, która z nim dialoguje. Nietrudno się domyśleć, ze takie pomysły wymagają dobrej techniki, czyli kasy. Nie da się tego sensownie zrobić tanim kosztem.


Realizował Pan teksty bardzo zróżnicowane tematycznie i gatunkowo, ale jak dotąd pomija Pan klasykę. Dlaczego?


– I dalej będę pomijał. Bo klasykę trzeba robić albo z szacunkiem dla tekstu, zachowawczo albo ją rozwalać „awangardowo”. To drugie robią Klata czy Warlikowski, ale dla mnie jest to bełkot i humbug. Tylko, że nikt nie ma odwagi tego głośnio powiedzieć, żeby nie wyjść na takiego, co się nie zna albo za zakutego łba. Pierwsze wydaje mi się nudne, a drugiego nie chcę robić. Poza tym klasyka wydaje mi się coraz bardziej oddalać od problemów szaleńczo szybko zmieniającego się świata. Nasze pokolenie jest jedynym, które przeżyło bezkrwawo cztery rewolucje: polityczną, społeczną, ekonomiczną,  komunikacyjną czyli medialną. A teraz zaczyna się kolejna, genderowa. I oby dzieci naszych dzieci nie traktowały nas jako szczęśliwców.


Dziękuję za rozmowę.


Tomasz Wiszniewski – ur. 1 czerwca 1958 w Lublinie, reżyser filmowy i telewizyjny, dokumentalista, scenarzysta. Filmy kinowe: „Kanalia” (1991), „Tam gdzie żyją Eskimosi” (2001) i „Wszystko będzie dobrze” (2007). W Teatrze Telewizji m.in. „Szalbierz” (1990), „Co się właściwie stało Betty Lemon” Arnolda Weskera (1995), „Temida jest kobietą” wg Guy de Maupassanta (1999), „W roli Boga” Marka St Germain (2010).


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko