Krzysztof Lubczyński rozmawia z Piotrem Jaglińskim

0
241

Krzysztof Lubczyński rozmawia Z PIOTREM JEGLIŃSKIM


Po latach nieobecności Pana Wydawnictwo Editions Spotkania powróciło na rynek wydawniczy książką Witolda Pronobisa „Generał „Grot”. Kulisy zdrady i śmierci”. Skąd ten akurat temat?


– Sprawa generała Grota do dziś nie została w do końca wyjaśniona, ciągle są w niej tajemnice, a poza tym przypadek głównego zdrajcy, który wydał Niemcom „Grota”, Ludwika Kalksteina świadczy o tym, że część dawnych agentów gestapo wysługiwała się po wojnie UB i SB. Bulwersujący jest przypadek, że Kalkstein był współscenarzystą głośnego serialu historyczno-przygodowego „Czarne chmury”.


Dlaczego przerwał Pan na kilka lat działalność edytorską i dlaczego zdecydował się Pan teraz na wznowienie działalności edytorskiej?


– Zawiesiłem na kilka lat z dwóch powodów: bardzo poważnych kłopotów zdrowotnych oraz z powodu załamania się rynku wydawniczego w Polsce. A dlaczego wznowiłem działalność? Po pierwsze chcę coś jeszcze na tym polu zrobić, a po drugie jestem załamany poziomem wiedzy historycznej w Polsce i rugowaniem tego przedmiotu w szkole, spychaniem go do roli przedmiotu trzeciorzędnego, do poziomu jednej godziny lekcyjnej tygodniowo. Poza tym na tych lekcjach jest sporo treści tzw. wychowania obywatelskiego, a niewiele historii par excellence, ciekawie opowiadanej. Nie wiem, czy jest to działalność celowa, ale jestem pewien, że grozi to zatarciem tożsamości narodowej Polaków. Hitler po najeździe na Polskę powiedział: „Zabierzcie temu narodowi przeszłość, a zniszczę go w drugim pokoleniu”. Widząc co się dzieje, postanowiłem znów walczyć z białymi plamami, które powstały w wolnej Polsce. One są paradoksalnie znacznie większe niż pod koniec PRL. To bardzo niebezpieczna sytuacja, bo ludzie którzy nie interesują się własną historią, podatni są w zasadzie na każdą manipulację. Można ich dowolnie urabiać i zrobić z nich wyłącznie zbiorowość konsumentów, pożeraczy jakichś produktów, produkowanych zresztą głównie za granicą. To jest w tej chwili kluczowym zagrożeniem dla polskiej tożsamości. Jednocześnie pojawił się głód publikacji historycznych, o czym świadczy choćby fakt, że znane tygodniki wydają lepsze lub gorsze dodatki historyczne. Kiedy zostałem zaproszony na spotkanie z młodzieżą przez jedną ze szkół w Gliwicach poczułem się w roli typu „opowiedz dziadku o Powstaniu Styczniowym”. Wiedza młodzieży była żadna. Ważny jest przekaz domowy, którego także brakuje. Ja wychowałem się na przekazie historycznym. Miałem przodka walczącego w armii napoleońskiej, miałem w rodzinie ułana z oddziału Beliny-Prażmowskiego, a potem szefa gabinetu marszałka Piłsudskiego. Moi rodzice byli w AK i powstaniu na Mokotowie. Teraz ten przekaz został przerwany. Między innymi dlatego, że inteligencja, która mimo wszystkich trudności, była w PRL swoistą klasa średnią, jest dziś tak spauperyzowana, że goni tylko za dobrami materialnymi, żeby się jakoś utrzymać. Tak makabryczna sytuacja braku przekazu tradycji międzypokoleniowej zdarza się w polskiej historii po raz pierwszy. Państwo musi wziąć odpowiedzialność za zmianę tej sytuacji. Ze wspomnianych powodów w ostatnim okresie przed zawieszeniem działalności ograniczaliśmy się do wydawania wznowień, słowników i pomocniczych podręczników  szkolnych.


Proszę opowiedzieć o początkach wydawnictwa Editions Spotkania…


– Wydawnictwo narodziło się w Paryżu w 1978 roku. Cztery lata wcześniej wyjechałem na Zachód, do Francji, ale stale utrzymywałem kontakt z moim przyjacielem Januszem Krupskim, któremu wysyłałem stamtąd pierwsze powielacze. Na przełomie lat 1976 i 1977 spotkaliśmy się na terenie ówczesnej NRD, w Dreźnie i mówiliśmy między innymi o potrzebie stworzenia pisma, które reprezentowało by chrześcijański, katolicki nurt opozycji. W konsekwencji powstał też, nieco później, pomysł podjęcia działalności wydawniczej. Pierwotnie przyjąłem nazwę „Spotkania”, ale po to,  żeby ta inicjatywa była czytelna dla Francuzów, dodałem słowo „editions” czyli „Wydawnictwo”.


Na pierwszym miejscu chronologicznej listy wydań „Editions Spotkania” są wspomnienia z Kazachstanu heroicznego księdza Władysława Bukowińskiego…


– Tekst tych wspomnień otrzymałem od kardynała Stefana Wyszyńskiego, z prośbą o wydanie. Kolejne książki były wypełnianiem białych plam w polskim piśmiennictwie spowodowanych działaniem komunistycznej cenzury, która kontrolowała nawet treść etykietek na piwo. Cenzurowano nawet nekrologi. Cenzurowano nawet niektóre szczególnie skrajne przypadki propagandy sowieckiej w obawie, że to ją ośmieszy w oczach polskich odbiorców. Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do kraju po latach emigracji, ówczesny likwidator cenzury mecenas Johann posadził mnie na fotelu głównego cenzora PRL w jego gabinecie przy ulicy Mysiej. Wracam do wydań książek. Jednym z pierwszych była też książka księdza Adama Bonieckiego o budownictwie sakralnym w diecezji rzeszowskiej podejmowanym wbrew władzom PRL przez znanego mi osobiście biskupa Ignacego Tokarczuka. Wydawaliśmy też wspomnienia akowców z okresu powojennego, między innymi głośnego „Zaplutego karła reakcji” Piotra Woźniaka. Wydawaliśmy też publicystykę Stefana Kisielewskiego, eseistykę Bohdana Cywińskiego, zbiory dokumentów, na przykład stenogramy rokowań w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku czy monumentalne opracowanie wydarzeń grudnia 1970 roku, przygotowane przez ludzi z biura historycznego przy Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” z lat 1980-1981, wzbogacone o unikalne fotografie zabitych. Wydaliśmy też kilka książek Władysława Bartoszewskiego i dramatyczne wspomnienia Grażyny Lipińskiej, która była w wywiadzie AK działającym na Kresach i która wróciła z Workuty do Polski w 1957 roku. Wydaliśmy też „Komediantów”,  głośną rzecz o bojkocie aktorskim telewizji w stanie wojennym czy „Konspirę” Pawlaka, Moskita i Wilka największą rzecz o podziemnej „Solidarności”. Niezwykłe w tej publikacji było pokazanie obrazu podziemia solidarnościowego, wbrew bezpiece, nie jako organizacji terrorystycznej, lecz niemal jako podziemnego państwa polskiego bis.  Wydaliśmy też pamiętniki księdza Popiełuszki z akcentami goryczy pod adresem Episkopatu i prymasa Glempa. Pragnąć zwiększyć obieg książek wydawanych w podziemiu w kraju, wydawaliśmy je również w Paryżu, na lepszym papierze i czytelnym drukiem, bo jak wiadomo książki drukowane na powielaczach w kraju były słabo czytelne.  Zasięg obiegu książek poszerzaliśmy też publikując miniatury wydań, poręczne do przemycania do kraju. Docierały w dużych nakładach, umieszczane w paczkach żywnościowych a nawet w konserwach. Dzięki temu poszerzała się edukacja historyczna społeczeństwa. Było to nasze wspólne dzieło podejmowane równolegle z działającą w Paryżu „Kulturą” oraz środowiskami związanymi z wojenną emigracją w Londynie. Ja ją nazywam Wielką Emigracją, choć określenie to przypisane jest do emigracji po Powstaniu Listopadowym. Jednak tamta emigracja była liczbowo relatywnie niewielka, choć wielka duchem, a ogromna liczbowo była wojenna i powojenna, wywodząca się w dużej mierze z II Korpusu Polskiego, z polskich formacji wojskowych na Zachodzie


Czy Editions Spotkania ograniczały się jedynie do edycji po polsku o sprawach polskich?


– Nie, wydawaliśmy też publikacje, głównie broszury w języku angielskim, włoskim, francuskim, między innymi o dziesięcioleciu prasy podziemnej w Polsce, które przypadło na rok bodaj 1986. Przedstawialiśmy też cudzoziemcom polski dorobek intelektualny, kulturalny w kraju i na emigracji. W sumie, na emigracji w Paryżu do 1990 roku wydaliśmy około stu pozycji książkowych. Przedrukowywaliśmy też numery „Spotkań” i dwanaście numerów periodyku „Libertas”. Wydawałem też bibliotekę „Libertas”. W sumie wydaliśmy książki w nakładzie kilkuset tysięcy egzemplarzy, średnio po 3-5 tysięcy egzemplarzy na wydanie. Rekordem nakładowym były „Dzieje Polski porozbiorowej” Mariana Kukiela, wydane w Rzymie w nakładzie dwudziesty tysięcy egzemplarzy. Uczulaliśmy Francuzów na polskie sprawy, organizowaliśmy pomoc dla kraju. Słynna była w marcu 1982 roku akcja balonowa z Bornholmu, mająca na celu zrzucenie ulotek. Zorganizowaliśmy też zrzucenie paru tysięcy miniaturowych paczek z książkami od Wolin po Mierzeję Wiślaną. Zorganizowaliśmy też akcję ulotkową na przyjazd Jaruzelskiego do Rzymu w 1987 roku. Zorganizowaliśmy również wystawę obrazującą dorobek polskich artystów mieszkających na emigracji. Pokazywali na niej swoje prace Igor Mitoraj, Józef Czapski, Wierusz-Kowalska i wielu  innych. Pokazaliśmy też dorobek oficyn i instytucji emigracyjnych, jak choćby Księgarni Polskiej w Paryżu.


Na liście wydań „Editions Spotkania” jest bardzo niewiele prozy literackiej i poezji. Czy dlatego, że tę lukę wypełniało wydawnictwo paryskiej „Kultury”?


– W pewnym stopniu tak, ale głównie wynikało to z przyjętego przez nas profilu nastawionego na edukację historyczną Polaków. Chodziło nam głównie o edukację i pamięć. Wydaliśmy filozofię księdza Józefa Tischnera „Etykę „Solidarności”, biskupa Tokarczuka „Wytrwać i zwyciężyć”. Wydaliśmy też, pod tytułem „Rachunek sumienia”, 100 wierszy wybranych przez wybitnego poetę emigracyjnego, zamieszkałego w Madrycie Józefa Łobodowskiego. Wydaliśmy też „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego, której nie chciał wydać Jerzy Giedroyć, żeby nie zaogniać stosunków Rosją. Wydałem to wraz ze „Wspomnieniami starobielskimi” i „Prawdą o Katyniu”. Wysyłaliśmy te książki w  puszkach po konserwach, waga była ta sama, a rzekomy groszek chlupotał w zalewie konserwowej. Wysyłałem też klisze wydawnictwom podziemnym w Polsce po wydaniu nakładu na emigracji.


Wydawanie to jedno, a dystrybucja to drugie. Na emigracji działały polskie księgarnie. W Paryżu Księgarnia Polska przy bulwarze Saint Germain 123 i księgarnia „Libella” Romanowicza na Wyspie Świętego Ludwika…


– Ta pierwsza, której rodowód sięgał 1918 roku, momentu odzyskania niepodległości przez Polskę, była początkowo w gestii Gebethnera i Wolffa, a później stała się po prostu polską księgarnią. Stanowiła kontynuację Księgarni Luksemburskiej (od położenia przy paryskim Ogrodzie Luksemburskim) Władysława Mickiewicza, syna Adama. Swego czasu groziło jej przejęcie przez władze PRL za pośrednictwem podstawionych kupców. Takie próby czyniono kilkakrotnie. Ta księgarnia była mi szczególnie bliska i tak się złożyło, że stałem się jej ostatnim emigracyjnym współwłaścicielem i dyrektorem, w latach 1987-1990. Księgarnia prowadziła też własną działalność edytorską. Dużo wcześniej, za czasów dyrekcji pana Lama, związanego z wydawnictwem Trzaska, Evert i Michalski, wydała między innymi Wielką Encyklopedię. Organizowałem tam  też spotkania autorskie z takimi postaciami jak Stefan Kisielewski czy Józef Czapski. Księgarnia istnieje do tej pory, łącznie z meblami zaprojektowanymi przez artystów z kręgu Młodej Polski. Jako ciekawostkę podam, że nasze księgarniane piwnice były częścią piwnic rozległych zabudowań położonego tu niegdyś opactwa Saint Germain, z którego zostały dziś resztki wokół kościoła Saint-Germain-des-Pres, położonego nieopodal Księgarni. To w nim znajduje się marmurowa figura króla polskiego Jana Kazimierza, który tu zmarł jako opat i marmurowa płaskorzeźba przedstawiająca bitwę pod Beresteczkiem wojsk polskich z Kozakami.


Jaki był stosunek władz francuskich do Editions Spotkania, do polskiej działalności edytorskiej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych?


– Bardzo życzliwy. Sprzyjała nam zarówno socjalistyczna ekipa Francois Mitteranda, jak i prawicowy rząd Jacquesa Chiraca, w którym powstało ministerstwo zajmujące się prawami człowieka. Dostawaliśmy od niego, jako stowarzyszenie, rozmaite dotacje na działalność kulturalną.  Dzięki życzliwości władz Paryża udało się w 1985 roku zorganizować publiczny pokaz, „między nogami” wieży Eiffla, dokumentalnego filmu Chodakowskiego i Zajączkowskiego „Robotnicy ‘80”. Udostępnili nam aparaturę do wyświetlania, gigantyczny ekran i przywieźli kilka tysięcy krzeseł. Była to jedyna cudzoziemska manifestacją pod wieżą Eiffla, traktowaną jako specyficznie francuska świętość. Film był widoczny i słyszalny nawet dla ludzi znajdujących się na przeciwległym brzegu Sekwany, na tarasie Trocadero.


Do kraju wrócił Pan w 1990 roku…


– Tak i w kwietniu tego roku zorganizowaliśmy wystawę wydawnictw emigracyjnych i wraz z moim przyjacielem Januszem Krupskim podjęliśmy działalność edytorską w Warszawie. Po nawiązaniu współpracy z koncernem wydawniczym „L’Express”, ale potem Francuzi wycofali się z Polski.


Jakie ma Pan plany wydawnicze po wznowieniu działalności?


– Ukażą się wspomnienia Jozefa Łobodowskiego, obejmujące okres od udziału w Legionach aż po rok 1945 r. Będzie w nich też rozmowa o Ukrainie, pozwalająca czym jest ten kraj. Łobodowski tłumaczył też m.in. poezję i prozę ukraińską z której można by ułożyć ciekawą antologię. Jako prawdziwy poeta, Łobodowski nie stronił od czerwonego wina. Bliska mu była cywilizacja wina obejmująca Grecję, Włochy, Hiszpanię, Francję. Uważał ją za wspanialsza i bardziej kulturotwórczą niż ciężka cywilizacja wódki i piwa. Łobodowski należał  przed wojna do lewicowej, komunizującej młodzieży lewicowej, bliski kręgom, w których funkcjonowali Wanda Wasilewska, Stanisław Piętak czy Józef Czechowicz.  To był przekorny diabeł rogaty, który przed wojną został wyrzucony z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przez rektora księdza Woronieckiego pod zarzutem publikowania pornografii, dziś brzmiącej bardzo niewinnie. Jego komunizowanie skończyło się, kiedy naocznie zobaczył rzeczywistość przedwojennego ZSRR. Po wojnie uznany w Polsce stalinowskiej i przez komunizująca lewice na zachodzie z faszystę. Po wojnie uciekł z Francji, w której do 1948 roku szaleli komunistyczni kamizardzi dokonujący podpaleń i samosądów na ludziach uznanych za faszystów. W Boulogne-Billancourt na obrzeżach Paryża istniał obóz odosobnienia prowadzony przez NKWD, taki miniaturowy łagier. Władze francuskie przymykały na to oczy.  Były to czasy, kiedy polscy pisarze antykomunistyczni mieszkający we Francji, czy – jak Herling-Grudziński – we Włoszech byli izolowani a nawet szykanowani przez tamtejszą wpływową komunistyczną lewicę jako „faszyści”. Pozostałości tego stanu rzeczy trwały długo. Pierwsze francuskojęzyczne wydanie „Na nieludzkiej ziemi” Czapskiego ukazało się dopiero w 1986 roku.  Łobodowski osiedlił się w Madrycie i prowadził audycje polskie w „Radiu Madryt”. W dziennikach Marii Dąbrowskiej jest taki zapis: na jakimś posiedzeniu pisarzy w okresie stalinowskim, ktoś z jego dawnych kolegów zadał głośno pytanie, gdzie jest i co robi Łobodowski. Któryś ze stalinowskich bardów powiedział: „Siedzi w Madrycie i szczeka w radiu na Polskę Ludową”. Wtedy dało się słyszeć głośne pytanie: „O której godzinie?”. Sala wybuchła śmiechem.


Dziękuję za rozmowę.


Piotr Jegliński – ur. 26 października 1951 w Warszawie, wydawca, publicysta, działacz opozycji demokratycznej w PRL. W latach 19701974 studiował na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W 1974 wyjechał na stypendium do Paryża, gdzie w 1978 założył Wydawnictwo „Editions Spotkania”, które drukowało książki zakazane w tym czasie w kraju. Współtworzył również siatkę kurierską, która przemycała zakazane publikacje. Jednym z pierwszych sukcesów stworzonej przez niego siatki, było przemycenie do Polski w 1976 r. powielacza spirytusowego. Jegliński miał zostać zlikwidowany w ramach nieudanej akcji MSW o kryptonimie „Reszka”, która jednak skończyła się fiaskiem. Akcja stała się kanwą widowiska telewizyjnego „Operacja „Reszka” (2010).

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko