Krystyna Tylkowska-Zagubiony samotnik i królowie życia

0
203

Krystyna Tylkowska



Zagubiony samotnik i królowie życia

(o Mizantropie w Teatrze na Woli w reż. Grzegorza Chrapkiewicza)

 


  Mizantrop w Teatrze na Woli zachwyca z wielu powodów. Między innymi przekładem. Pamiętam, kilka lat temu widziałam na innej warszawskiej scenie Świętoszka, również w tłumaczeniu Jerzego Radziwiłowicza. Wówczas przekład wydał mi się bardzo przyciężkawy i niepotrzebny, przegrywający z translatorskimi dokonaniami Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Tym razem było inaczej. Całkiem zasłużone wydaje mi się przeczytane gdzieś stwierdzenie, że Radziwiłowicz zrobił dla Moliera to, co Barańczak dla Shakespeare’a.

 Rzeczywiście, słowa ze sceny płyną wartko, wyraziście i z wdziękiem. Chociaż bohaterowie posługują się wierszem, mówią językiem nam współczesnym, który jednak pełen jest poezji, finezji i dowcipu. Radziwiłowicz (podobnie jak Barańczak w swoich przekładach Shakespeare’a)  postawił na aktualne, atrakcyjne dla współczesnych widzów pokazanie problemów zawartych w sztuce. Tego rodzaju koncepcja translatorska konweniuje z pomysłem Chrapkiewicza na spektakl. Coś, co było w zamierzeniu siedemnastowiecznym dramatem dworskim, wpisanym w realia dworu Ludwika XIV staje się paląco aktualną historią, rozgrywającą się w  środowisku hipsterów.

  Już fascynująca scenografia Agnieszki Bartold na to wskazuje. Pełna jest ozdobnych, wyszukanych  elementów, takich jak drzewko z różowymi liśćmi, mały pokoik, może loża, do której prowadzą kręte schodki, czy wielka kula. Przedstawia natomiast niby tyły galerii, a jednocześnie designerskie boisko golfowe. Wychodzenie na papierosa nie jest już modne, ale zawsze można przecież wyjść pograć w golfa przy pomocy srebrzystego, stylizowanego kija. Przy okazji odświeżyć się, poruszać, pokonwersować, spotkać znajomych i zawrzeć nowe znajomości. Przestrzeń sceniczna obok wszystkich tych cech sprawia wrażenie bliżej niedookreślonej, jak gdyby akcja miała dziać się „wszędzie czyli nigdzie”. Są to kulisy, peryferie świata hipsterów, a jednocześnie samo jego sedno. W każdym razie jest to miejsce, które mimo pewnego oddalenia od centrum nigdy nie pozostaje puste. Tutaj najczęściej przebywa tytułowy Mizantrop, niby na granicy dwóch światów.

 Jeszcze przed rozpoczęciem spektaklu oraz w antrakcie w głębi sceny odbija się publiczność. Bardziej spostrzegawczy widzowie mogą  odnaleźć siebie. To pokazuje, że sztuka jest nie tylko dla nas, ale i o nas. No właśnie. Jak to wygląda we współczesnym świecie? Czy prawdomówność, szczerość do bólu, niedostosowanie, pozostawanie sobą bez żadnych kompromisów jest dzisiaj nawet nie tyle w cenie, co po prostu możliwe?

  Spektakl zdaje się nam mówić, że nie. Tytułowemu bohaterowi, zagranemu mimo wszystko dość bezbarwnie, bez pomysłu- za pomocą kilku gestów i kilkunastu niewyraźnie wyartykułowanych monologów przeciwstawione są pozostałe osoby dramatu, z których każda jest po prostu aktorską perełką. Są to postaci może pełne wad, ale jednocześnie kolorowe, urocze, finezyjne, niepozbawione dystansu do świata i siebie samych. Różnica, wręcz przepaść między nimi, a Alcestem jest zaznaczona bardzo wyraźnie. Niestety, w tej scenicznej wypowiedzi reżysera nie można mówić o różnicy in plus dla Alcesta-Mizantropa. W wykonaniu Wojciecha Solarza nie jest on bratem Don Kichota czy Hamleta, nie ucieleśnia wszystkich możliwych cnót, jeśli ma jakieś swoje racje, to mamrocząc je niewyraźnie nikogo do nich nie przekona. Na scenie widzimy nieszczęśliwego, zagubionego człowieka, który nie lubi nikogo, łącznie z samym sobą. Krytykuje wszystko i wszystkich, ale zdecydowanie nie ma jasnej koncepcji świata. Przez to raczej irytuje, niż wzbudza szacunek. Wydaje się jednak, że jest to świadome zamierzenie reżysera- odbrązowić mizantropa, pokazać, że taka postawa wykluczająca kompromisy nie ma sensu w dzisiejszym świecie. Może zresztą w każdej rzeczywistości. Wiadomo przecież, że Molier, będąc w głębi serca zgorzkniałym, sfrustrowanym Alcestem pokazywał światu ironicznie życzliwą, uśmiechniętą twarz Filinta.

 Alcest nie jest wykluczony, sam się wyklucza. Pewna nieporadność życiowa i rozgoryczenie uniemożliwiają mu funkcjonowanie w świecie. Mimo to wielu bohaterów jest gotowych zaakceptować go z całym dobrodziejstwem inwentarza.  Wszystkie trzy panie znajdują go nader pociągającym, kilka osób gorąco i szczerze pragnie jego akceptacji, przychylności, w Filincie natomiast ma oddanego  przyjaciela, który trwa przy nim, zręcznie tuszując jego niezręczności towarzyskie.

 Warszawski spektakl jest właściwie dużo bardziej o Filincie. Ten inteligentny, zdystansowany bywalec, wnikliwy obserwator świata, ale jednocześnie uśmiechnięty król życia został brawurowo zagrany przez Sławomira Grzymkowskiego.

 Właściwie cały miniony sezon zdaje się należeć do tego aktora, za sprawą kilku jego niezwykłych kreacji. Rola Filinta jest jedną z nich. Zagrana z ogromnym wdziękiem i lekkością. Ciągle mamy wrażenie, że aktor bawi się tą rolą, jednak jest to zabawa bardzo absorbująca widza.  Warto zwrócić uwagę choćby na całą gamę pobłażliwych uśmiechów stosowanych przez Grzymkowskiego w tej roli. Wszystkie ironicznie życzliwe, ale jednak inne dla Oronta prezentującego swój wiersz, inne dla Celimeny, czy pozostałych bohaterów, wreszcie zupełnie inne dla niereformowalnego przyjaciela.

 Powierzenie tej roli aktorowi, który „błyszczy” już w chwili wyjścia na scenę pokazuje, iż właśnie mądry kompromis, empatia i poczucie humoru pozwalają pozostać sobą w trudnym, pełnym fałszu świecie.  Świat jest mimo wszystko do zaakceptowania, do mówienia prawdy potrzebna jest pewna konwencja, a szczerość nie musi być „do bólu”, żeby pozostała szczerością.

  Grzymkowski stwarza najbardziej wyrazistą postać, jednak scena należy nie tylko do niego. Każdy z aktorów ma swoje „pięć minut” pozwalające zaistnieć, zaprezentować się na scenie. Wszyscy artyści (poza Alcestem) wygłaszają swoje kwestie z nieskazitelną dykcją, niemal cyzelują słowa, pozostając jednak przy tym na wskroś współcześni. Trochę przypomina to jakąś grę, rozgrywkę towarzyską, pełną ciętych ripost, inteligentnych i dowcipnych pojedynków słownych.  Bohaterowie są mistrzami tej gry. Aktorzy świetnie wykorzystują niuanse współczesnego przekładu.

 Zachwyca Arsena Magdaleny Smalary. Jest przekomiczna. To rola zbudowana z niezwykłą ekspresją i autoironią. Dzięki temu śmieszy, ale też wzbudza sympatię, trochę wbrew zamierzeniom autora. Scena, w której Arsena i Celimena dzielą się plotkami na swój temat, jeżdżąc jednocześnie na elektrycznych hulajnogach jest zaiste brawurowa i zapadająca w pamięć.              

 Celimena grana przez Agatę Wątróbską jest zalotną, pełną wdzięku dziewczyną, która niby powietrza potrzebuje wianuszka adoratorów. Każdemu z nich jednak pokazuje inną twarz.

 Najmniej wyrazista z kobiet wydaje się Elianta Marii Dejmek, jednakże jest to w pełni uzasadnione, zresztą i ona ma swoją wielką scenę. Na końcu obserwujemy ładnie pokazaną metamorfozę tej postaci, gdy z cichej powierniczki, pozostającej w cieniu pięknej kuzynki zmienia się w świadomą swej wartości kobietę, mającą swoje zdanie. Jej wybór pomiędzy Alcestem a Filintem przypomina w tej inscenizacji sprawiedliwy wyrok Ateny w tragedii antycznej.

  Fantastyczni są dwaj markizi (Krzysztof Szczepaniak i Kamil Siegmund), tak odmienni, ucharakteryzowani trochę na zasadzie kontrastu- barwny rockman i wyszukany elegant w sportowym stylu. Jednocześnie stanowią  zgrany tandem. Obok Filinta prezentują akceptowalne warianty bywalców, współczesnych lwów salonowych. Bardzo dobry jest też Piotr Siwkiewicz w roli Oronta – kiepskiego poety o ogromnej miłości własnej.

  Spektakl naprawdę bawi i zachwyca. Reżyserskie poczucie humoru przejawia się choćby w takich sytuacjach, jak dialog piętnujący wady i słabości różnych osób, znanych bohaterom, który jest ilustrowany zdjęciami aktorów Teatru Dramatycznego, pojawiającymi się z tyłu sceny.

 Wszystko jest tu dopracowane, przemyślane i potrzebne. Wyśmienite aktorstwo, świetny przekład, piękna scenografia, godne pozazdroszczenia kostiumy, no i muzyka klubowa. Jednak celem spektaklu nie jest tylko dostarczenie rozrywki i wrażeń estetycznych widzom, czy przybliżenie im w atrakcyjny sposób pozornie trącącej  myszką twórczości Moliera. Dużo tu prawdy o nas samych, dużo zachęty do dystansu wobec siebie i świata. Prawda ta może nie zawsze jest przyjemna i łatwa do zaakceptowania, jednak przekazana przez życzliwego, choć prześmiewczego Filinta nie obraża, ale bawi, aby później skłonić do refleksji.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko