Marek Jastrząb – Spowiedź skruszonego cyngla

0
216

Marek Jastrząb


Spowiedź skruszonego cyngla


Ryszard Tomczyk

– Powiem, choć co to da? Ale wszystko wyznam, nawet to, czego nie wiem.


 Służbę zacząłem z powodów genetycznych. Dziadek, ojciec, wujek, cała nasza rodzina, każdy z bliższych, czy dalszych krewnych był żołnierzem na posyłki, a jak się wykazał pod kątem utrupiania, dochodził do względów i mógł liczyć na awans. Każdy też, kto dał się poznać, a zdobył szacunek u szefa, szczycił się jego uznaniem i rozwijał skrzydła jako Pierwszy Spust.


Moje pierwsze zadanie było dziecinnie proste. Dostałem cynk od zaprzyjaźnionego kolesia, że wylosowano mi bezpłatne stypendium upoważniające do wyjazdu na Sycylię celem podnoszenia kwalifikacji.  Przyznam, że lubię sobie podnosić byle co, szczególnie wtedy, gdy mnie to gila. Więc szarpnąłem się na zakup rozpylacza, bo słyszałem, że tam każda spluwa jest na wagę kicia i nikt mi nie da postrzelać za Bóg zapłać, no, ale mówi się trudno i kocha się dalej.


Jednakże, zanim zdążyłem się gruntownie ucieszyć, przyszedł kolejny SMS i już nie miałem z czego być zadowolony, bo nakazano mi wracać do domu i dokąd nie zrobię porządku z B., mam dać sobie spokój z Sycylią. Powiadano o nim, że prowadzi lewe machloje na boku.


*


B., którego zdjęcia wisiały w każdej szanującej się komendzie, szef palantów i przedstawiciel Konkurencyjnej Rodziny, był to za dnia potulny komiwojażer posiadający gustowne lumbago. Ale pod wieczór, gdy żegnany rozkochanymi serenadami pod tytułem ach kiedy, ach kiedy powrócisz jedyny wychodził z domowego ogniska na otwartą przestrzeń, z głupola przeobrażał się w człowieka czynu, któremu nikt nie podskoczy. Wzrok miał wtedy ostry jak brzytwa, marynarkę z kuloodpornymi guzikami i spawalnicze lenonki dla picu.


Chociaż był z niego dosyć porządny obwieś, moi zdecydowali, że dosyć się nażył i że pora mu do piachu. Przeto postanowili utłuc go bez odwołania i ja miałem dać mu krzyżyk na drogę (został uzgodniony do odstrzału na najbliższy wtorek, w dzień targowy, gdy do miasteczka ściągają najbogatsi handlarze końmi rasy wyścigowej, a we wszystkich przydrożnych zajazdach nie idzie wetknąć czapki z daszkiem).


*


Dzień przed egzekucją zapowiadał się fest, toteż z lekko uniesioną brwią filuta, udałem się do przygotowanej czatowni. Uzbrojony w tłumik marki browning i fuzję na trefne charaktery, już od rana siedziałem na rozwalającym się zydlu. Była to zaciszna dziupla samochodów sprowadzanych z odzysku, jakieś niekomfortowe rumowisko przestrzelonych dętek i sparciałych opon. Tam i sam ścieliły się żebrowane truchła kaloryferów, tu i ówdzie wynurzała się drżąca ze strachu i trzęsąca się z zimna opuszczona uszczelka, a gdzie nie spojrzeć, nie było nic widać.


W nocy, gdy nawet szczury pokładły się na zasłużony odpoczynek i ustał wszelaki chrobot, bunkier popiskujący gryzoniami gadającymi przez sen ożywił się i zajechała furgonetka do przewozu podejrzanych osób, z której wyguzdrał się B. w muskularnej asyście steryda z obrzynem.



Obstawa dobył z bagażnika dyplomatkę i podał ją B. Strzeliłem i pocisk ugodził ochroniarza. Fajtnął na wznak bez żadnych ale. Drugi wszedł w plecy B., tak, że gościu większym kawałkiem siebie znajdował się w furgonetce, a mniejszym na zewnątrz, co wyglądało, jakby nie mógł się zdecydować, gdzie ma spocząć na wieki.


Było po ptakach i co rychlej należało się zmyć, ponieważ gdyby mnie kto przydybał w towarzystwie truposzy, nie mógłbym udowodnić, że zabiłem ich na własną prośbę. Przez chwilę nasłuchiwałem, ale po mojej robocie nie ma reklamacji. Jeno w skrzynce z pakułami oburzone szczury poczynały sobie skakać do zaspanych gardeł. Schowałem więc przybory do futerału i przez nikogo nie molestowany, powlokłem się w stronę Sycylii. A później, to już wiecie.


Babcia „Drypcia”


… mieszkała w pobliżu setnego supermarketu pewnej dzielnicy. Była to dzielnica zagracona budynkami do wyburzenia w tempie natychmiastowym, a w szczelinach pomiędzy jednorodzinnymi kartonami, walały się przygnębione ogródki działkowe.


Babcia, jak to zabytek klasy unikalnej, żyła sobie po cichutku, bezszmerowo, nikomu nie wchodząc na odcisk, była więc globalnie lubiana: w życzliwym otoczeniu niezmordowanej troski; co rusz ktoś się nad nią pochylał i mówił, że trzeba jej pomóc.


Powoli mówienie o pomocy dla babci stało się regułą. Można powiedzieć, że do dobrego tonu należało podniosłe wyrażanie się o niej. Doszło do tego, że kto chciał być zatrudniony w ośrodku pomocy społecznej, musiał przywlec na rozmowę kwalifikacyjną jakiś szczegółowy plan podnoszenia Drypci na duchu. Z czasem przestała być zwykłą starowinką utytłaną w szare, codzienne problemy, a zaczęła – babcią hasłową, statystyczną, zbiorową.


Ps.


O emerytkach, rencistkach i innych przewlekle żywych, myślano najchętniej podczas ich pogrzebów. Ale zdarzało się, że mogły usłyszeć o sobie i za życia; raz do roku, a niekiedy raz na parę lat, rewaloryzowano im portfeliki. Wtedy w szklanym okienku pojawiał się smutny obwieś, i wygłaszał zwycięskie orędzie o dwuzłotowej podwyżce.


Wspominki


Miałem kiedyś znajomego, który na dobre wytrajkotał się z mojego życia. Nazywałem go wybitną przeciętnością. Był to mężczyzna niepozornego formatu: nie szło ani się z nim pokłócić, ani przyznać mu racji: żart brał na serio, a sprawy poważne traktował nadzwyczaj lekko. Jedynie stanem swojej obudowy pochłonięty był nad wyraz. Szczególnie zajmował się jakością swoich łydek, ich zwiotczałą, więdnącą i niskogatunkową urodą. 

 

Spotykałem go często. Za każdym razem przystawał obok mnie w pozycji  proszalnej, łypał żwawym oczkiem i miłośnie lustrował wygląd swoich dolnych konarów, a w jego twarzy zakwitała lękliwa rozterka. Były to z jego strony przygotowawcze, wstępne, obrzędowe i sondażowe przedreptywania przed rzuceniem we mnie pytanka:

 

–  No i co z nimi?

 

Frasobliwe czółko miał najeżone strachem, wyczekiwaniem.

 

– Nogi, jak nogi, nic im nie brakuje – mówiłem, by go uspokoić. I dodawałem, że niejeden chciałby mieć takie. Lecz nie było siły, by go przekonać: upierał się przy swoim zmartwieniu. Długo i zawile opowiadał, że mu chudną, zanikają mięśnie, że w domu mierzy sobie obwód nogi i zwykle wynik jest gorszy, niż za ostatnim razem.

 

– Chudną – oznajmiał z triumfalną satysfakcją, przy czym klepał się po pękatym brzusiu.

 

Był to dla mnie człowiek niepoprawnie chory: wbrew oczywistościom, z uporem maniaka utrzymywał się przy swoim mniemaniu, a wszystko, co mówił, dotyczyło zanikania, wiotczenia przekraczającego wszelkie pojęcie; inne tematy skreślał z ewidencji swoich zainteresowań. Uważał je za rozpraszające mu pomyślunek, odciągające go od węzłowych problemów.

 

Litość brała oglądać tego człowieka, który z odległości dwudziestu metrów sprawiał wrażenie normalnego, który natomiast, gdy się przybliżał, z każdym krokiem stawał się odmieńcem.


*


Nie mam pojęcia, co z nim było później. Słyszałem jedynie, że potem chodził po mieście i ględził każdemu, kto się tylko nawinął, o swoich  odnóżach; miał zwyczaj zaczepiać obcych przechodniów, których nigdy przedtem nie widział i których on sam nic a nic nie obchodził, by dowiadywać się od nich, czy już widać po nim zaniki, czy mu już najwyższa pora przestać chodzić.


Tańcowała bieda z nędzą


Bieda obraziła się na Nędzę, więc mieszkańcy tej bajki ustalili, że musi się odbyć dwubój z udziałem arbitra.


Bieda, jako arystokratka blisko spokrewniona z Niedolą, nie mogła pogodzić się z faktem, że o Nędzy, pospolitej wiedźmie z marginesu, zaczyna się mówić coraz więcej. W rankingach na popularność, spadało się jej co tchu, tak, że nie nadążała się podnosić; podczas gdy Nędza rosła w siłę i dostatek, Bieda obrastała w zawiść.


O Nędzy było wszędzie; media zabijały się o przeprowadzenie z nią wywiadu, pchały się do niej z prośbami o wystąpienie w “Śniadaniu na dobranoc”. Stacje radiowe i inne meliny z dobrym słowem, organizowały przetargi na jej obecność w programie.


Bieda, dotychczas niekwestionowana przodownica wszystkich tabel z nieszczęściami, teraz nieprzytomna z wściekłości i wzgardy, zaszyła się w kąt. Moda na atrakcyjność Nędzy, zaczynała ją męczyć. Kiedy otwierała telewizor, z diabelskiego pudełka wyskakiwała skwaszona fizjonomia Nędzy reklamującej pieluchy bez konserwantów.


Mądry odludek żyjący na nielegalnym skraju wsi, smutny pokutnik zajmujący się nieróbstwem oraz doradztwem finansowym dla bankrutów powiedział, że do roli sędziego najbardziej pasuje mu bliski krewniak obywatela Głupawki, zasłużony frajer z pierwszych stron toaletowego pisma. Powiedział też, że w trakcie medytacji o czterech literach, doszedł do wniosku, że pojedynek należy odbyć w atmosferze przyjaźni, wzajemnego zrozumienia i ogólnie przyjętych uprzedzeń, a zwłaszcza, że powinno dojść do rozpisania referendum względem pytania o ukryty sens bójki o nic.


Jakby nie rzec, bohaterkami honorowej zadymy były dwie pierwsze damy zadupia i strach brał myśleć, co to będzie, jak ich nie będzie, jak, w pojedynkowym ferworze, poukręcają sobie to, lub tamto usieką…

Jak zdecydowano, tak postąpiono i plebiscyt wykazał, że bijatyka jest najlepszym sposobem okazywania sympatii. A krwawa jatka połączona z pokazami latających tasaków, to CZYSTA MIŁOŚĆ.


W…


…każdej dobrze wychowanej bajce jeden z trójki braci to mądrala, który zawsze spada na cztery łapy i umie liczyć do trzech, a pozostali kotłują się w jego tle, co dowodzi, że prawda pływa jak oliwa i zawsze musi mieć ostatnie słowo, więc, by było  uczciwie, w tej też braci jest trzech, ale dwóch fajnych, a trzeci  łajdus, że Boże Ty mój.

 

Mieszkali w szopie ze zleżałego pumpernikla, gdyż nie mieli forsy na pałac. Klepali Biedę, ale że nie lubiła ich karesów, często – gęsto bywała dla nich opryskliwa. Aż zmierziwszy sobie ich nachalne zaloty, wzięła się za interes i na własne kopyto, w niecałe pół wieku z okładem wybudowała stację ze chrzczoną benzyną.

 

Fajni to widząc, a nie chcąc, by się skumała z Nędzą, co piszczała pod płotem, wnet zakasali rękawy i jęli jej pomagać na wyprzódki.

 

Lata mijały i nastały rozciapane dni. Krainę toczyły marności nad marnościami, drzewa nie miały ochoty piąć się ku niebu i płożyły się  koronami przy matce ziemi, Boże krówska nie dawały mleka, dworzanie schodzili na psy, wiosną frędzle z lodu wisiały na zziębniętych wąsiskach rycerzy, duchy cierpiały na reumatyzm, zimą gorąc był nieludzki, a latem świętowano Nowy Rok.

 

Na podstację spadł podatek i Bieda wyjechała w cholerę. Natomiast Bracia Porządni otrzymali pracę w zamku Łajdusa.        

 

Etiuda 1


Powiada się, że przed ciągniętym na egzekucję pojawia się niewidzialna  przestrzeń, rozciąga intymna strefa zmarnowanej ambicji, ambicji umożliwiającej mu powrót. Jednak powrót ten nie ma starej, poprzedniej, znanej i swojskiej, przyjaznej i bezpiecznej formy: przybiera kształty jeszcze zamglone, a już nieosiągalne, jeszcze rozświetlające mrok, a już nasączone jadem pesymizmu; bezapelacyjnością własnego odchodzenia, która nadaje uciekającej spod nóg rzeczywistości – nowy szlif.

 

Lecz są i tacy, jak ja, którym żaden wyrok, żadna egzekucja nie przeszkadzają dobrze się trzymać, odwrotnie, od im większego kociokwiku się opędzają, tym bardziej chcą go sobie chwalić. Wtedy pociechą jest wiara w to, że mam wolę, kieruję się natchnieniami, dążę do celów, o których w gruncie rzeczy nic nie wiem, a cele te prowadzą mnie do doznań o niejasnym przeznaczeniu. I w tej osobliwej aureoli trwogi doznaję mieszanych wrażeń, ponieważ przychodzą do mnie skomplikowane obrazy uchodzącego świata, przejmujące widoki zakazanych owoców.

 

Mój wzrok, rozjarzony gasnącym ognikiem zmysłów, odsłania przede mną porzucone chwile zdziwień, które, stwierdzam, kiedyś należały do mnie i były kiedyś moim niepisanym przymierzem ze światem. Mówię więc sobie, że  jestem teraz uosobieniem prochu: wierzę w nadzwyczajność swojej znikomości, w bycie pyłem, którego tragedia polega na nieskończonej degradacji.

 

Etiuda 2

 

Nie ma nic żałośniejszego, aniżeli widok wesołka; swoim chimerycznym optymizmem wyprowadza w szczere pole niejednego wyznawcę posępności. Gdy uspokojeni zatroskani zostawiają go samopas, odczuwa, że stosowane przez niego metody rozwiązywania problemów, to stary zwiastun naiwnej wiary w to, że nie wydobyte na jaw marzenia same wylezą ze skorupy, same z siebie zostaną odwzajemnione. Lecz jednak, niestety wie, że ponieważ są za szczelnie ukryte, nikt poważny nie zechce trudzić się ich zrozumieniem.

 

Rankiem, gdy wstaje, wolniutko dochodzi do pełni władz umysłowych. Natomiast w niespiesznych obrzeżach południa zaczyna się u niego proces odwrotny: odchodzenia od zmysłów. I ten proces martwi go na dłużej, bo razem ze świadomością dociera do niego pytanie o to, kim jest naprawdę.

 

Przecież jego rozpędzony optymizm nie ma żadnego umocowania w rzeczywistości. Wszakże wyczuwa, że uczestniczy w grze o niewyjaśnionych zasadach, że nawet w środku nocy, wyrwany z krzyków, demonstruje, ze sztucznym uporem, że jest mu bardzo nieźle, wstrząsająco świetnie, niczego mu nie trzeba, niczego nie żąda i nie pożąda, na wszystko się godzi, przy czym bucha z niego wręcz obrzydliwa pewność, że to, o czym bzdurzy, jest zgodne z tym, co o nim sądzą.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko