Irena Otolska – W objęciach Kierkegaarda

0
107

Irena Otolska

         

…Abraham był większy nad wszystkich,

wielką siłą, której moc płynie z bezsilności,

wielką mądrością, której tajemnicą jest głupota,

wielką nadzieją, której kształtem jest szaleństwo,

wielką miłością, która jest nienawiścią do samego siebie.

Soren Kierkegaard

W objęciach Kierkegaarda
 


/Piotrowi, w podzięce za inspiracje/


Janusz Hankowski1.

            Ostatnie noce były do siebie podobne. Zamknięte w kwadrat dobiegały ciemnością każdy zakamarek ciała. Jaśniejące gwiazdy potęgowały ból przyszpilając do łóżka. Niemoc. Oczy miałaś zamknięte, tak chyba bezpieczniej. Ukryć się, uciec, zapomnieć. Jego obecność dźwięczała w słowach, dotyku, lecz wciąż odczuwałaś brak i, nawet gdy siedział obok, wiedziałaś, że nigdy nie będzie twój.  Nazywał się Karol K. i jak się okazało, łączyły was fascynacje, ale dzieliło dużo więcej. Można uznać, że wszystko było dziełem przypadku. Układ, jaki powstał między wami, wydawał się całkiem normalny. To układ między kobietą a mężczyzną.Twoje drżenie jednak nakazywało zachować zdrowy dystans. Nie zapomniałaś a wręcz dręczyłaś siebie dopadającą myślą o dzielących latach; latach, które ty przeżyłaś a on miał przed sobą i co gorsze głoszone przez K. stanowisko na sprawę, nigdy nie wydało się tobie prawdziwe. Mimo to odczuwałaś rozkosz, przyjemność czerpałaś w tych krótkich chwilach, które pozwalały na obcowanie nie tyle fizyczne ile duchowe. Jednak doświadczanie osaczania nie opuszczało ciebie. I nowy ból. Taki, który rozrywa od środka; taki, który nie pozwala myśleć, taki, który paraliżuje, poraża. Środek zimy zastygał, perlił gałęzie i gałązki, wszelakie płoty i przydrożne trawy jeszcze walczące resztkami zieloności. Nigdy nie wiedziałaś czy ten dzień będzie szczególnym, czy też jak inne, niezapamiętany? Życie zawsze uważałaś za piękne, choć pełne tajemnic niesionych przez setki mijanych przypadkiem twarzy. Ta wyjątkowo przykuła uwagę. Daleka, nieobecna z nic niemówiącymi oczami. Była w niej rezygnacja. Mijał ciebie powolnym krokiem i wówczas usłyszałaś: ”Czy my się znamy?” Odwróciłaś się. Zimny pot oblał ciało. Nikogo nie było.

2.        

Zelandzka kraina smagała cuchnącym wiatrem znad zatoki. Szarpał on zawieszone nad horyzontem skłębione chmury. Z oddali dobiegały dźwięki menueta z „Don Juana” grane przez jakiegoś wędrownego muzykanta. Soren, pogrążony w bólu i rozpaczy, dźwigający przekleństwo ojca, uodporniony na zewnętrzność, spoglądał już tylko w wieczność.  Przed nim dwanaście lat zmagań z samym sobą i niekoniecznie życzliwym mu otoczeniem. Rozgrywał właśnie kolejną partię szachów, gdy pośród przechodniów dostrzegł znajomą postać. Regina!  Z chwilą, gdy zerwał zaręczyny, nie mógł powiedzieć, nie mógł nawet pomyśleć, że jej nie kocha. Orientował się doskonale w tym, że każdego dnia i zawsze o tej samej porze spotka ją i kolejny raz z czułością odprowadzi poza kres wzroku.

3.

            Mówiłaś, że był cieniem człowieka przemykającym krętymi drogami rzeczywistości. Tworzył iluzoryczne obrazy, którym z naiwnością nastolatki dawałaś wiarę. Uśpiona czujność, jedyny bastion, runęła. Łakomie wsłuchana w słodycz płynącą z ust Karola, wchodziłaś na kolejne piętra zachwytu. W ten sposób staliście się dość ekscentrycznym duetem. Późne popołudnia, rozstaja dróg, to był czas i miejsca spotkań. Drogi, ścieżki, bezdroża nierozpoznane a czasami bardzo dobrze znane przemierzane kilometrami. To były chwile tylko dla was. Usiłowałaś wniknąć w tajemnice skrywane w szaro-zielonej maszynerii oka. Na próżno. Za to wiele etapów wędrówki barwił opowiadaniami o swojej rodzinie. Z pasją przywoływał czasy młodości, szaleństw bez poczucia odpowiedzialności.

4.

            Pierwszy raz zobaczyłaś go kilka miesięcy temu. Stał przed drzwiami wiodącymi do sali konferencyjnej. Szczupły, średniego wzrostu w zielonym swetrze i w dżinsach. Obrócony plecami wpatrywał się w okno tak, jakby kogoś oczekiwał. Nie robił szczególnego wrażenia, lecz intrygował swoim zachowaniem. Później, podczas spotkania w kawiarni z koleżanką, zauważyłaś, że siedzi przy sąsiednim stoliku z grupą młodych i wówczas po raz pierwszy wymieniliście długie, badawcze spojrzenie. Sprawiał wrażenie podnieconego sytuacją. W końcu udało się wymienić kilka zdań. Powiedział, że wywarłaś na nim wrażenie. Wprawiło to ciebie w niemałe zakłopotanie, ponieważ uwodził młody człowiek. Ile mógł mieć lat? Tego jeszcze nie wiedziałaś. Ale już pomyślałaś o tym, by nie tracić rozumu. Czułaś jego badawcze spojrzenie. Nie było ono ukradkowe, pokorne czy zawstydzone. Było taksowaniem uczciwym, lecz niearoganckim. Odpowiedziałaś lekkim uśmiechem, który był wyrazem przyzwolenia i zachęty. Rodzajem miłej rekompensaty.                                                                                                                        

5.

            Pewnej ciepłej nocy, zanurzony w samotnym monologu na temat powinności względem Boga oraz nad „nędzą i trwogą paradoksu”, czego wyrazem miał być czyn Abrahama stojący w sprzeczności z uczuciami – złożenie ofiary całopalnej z syna swego Izaaka – Soren K. dociera do konstatacji, że nie zdołał dokonać „nieskończonego wysiłku rezygnacji”, czego wynikiem miała być rezygnacja z miłości do Reginy Olsen.                    

            Jest już maj roku 1852. Kopenhaska promenada portowa w porze przedpołudniowej nie kipiała gwarem. Tu i ówdzie rozlegały się jedynie nawoływania pracujących w mijanej przez Sorena wapniarni i wówczas ją spotykał. Trwało to pół roku, lecz poza grzecznościową uprzejmością i przelotnym spojrzeniem nie zdołał uczynić więcej. Paraliżowały go sprzeczne emocje.

6.

            Tego dnia wybrałaś niezagospodarowane przestrzenie zdziczałej, nietkniętej ręką człowieka przyrody. Teren to wznosił się stopniowo, to opadał, by w końcu odsłonić grząski grunt torfowisk. Pojawiły się karłowate brzozy i sosny tonące wśród wybujałych widłaków, różnorodnych traw i rosnących w niewielkich płożących się kępkach żurawin, które teraz pokryte były drobnymi białymi kwiatkami wyraźnie kontrastującymi z migdałowym kształtem ciemnozielonych, niewielkich listków. Oparłaś się delikatnie o chylącą się brzozę. Przymknęłaś oczy. Słońce lizało nieogorzałą twarz. Ciepło rozleniwiało. Czułaś się bezpiecznie, błogo. Usta pragnęły ust, gdy poczułaś delikatną wilgoć, przywierającą do twojego oddechu. Przyległaś mocno do pnia drzewa. Ramiona wasze splotły się. Żar i drżenie opanowały ciała. Świetlne plamy migotały różnorodnością barw, sprawiając wrażenie upojonych eterycznym zapachem olejków żywiczej sosny.

Współistnieliście w rozkoszy, którą przyniosła chwila.

7.                                                                                                      

            Rwałaś wspomnienia wydobywając wciąż niezabliźnione rany przeszłości. Pamiętasz, gdy obwieścił: „Muszę znaleźć swoje miejsce na ziemi” i wyjechał. Zapadło milczenie. Cisza rozsadzała. Stygła namiętność. Dreszcze niepokoju obiegały ciało. Kolejne dni rozpoczynałaś modlitwą zbolałego serca:

nie istnieję wśród warg namiętności

nie zapadam w zieloność oczu

nie kruszę lodów serca

uśmiechem zaklinam dzień

i nie wiem co dalej

i dlaczego i po co

            I stał się cieniem, który błąkała się w opętańczych imaginacjach. Snuje odtąd życie szukając przyjemności u boku innej. Odsypiając przeszłe, zakorzenia się w swoim tu i teraz. Dla ciebie pozostanie tylko  dźwięcznym dystychem. Wspomnieniem minionego.

8.

            I stało się. Bądź przeklęta, ty, której przychodzi zmierzyć się z pogardą, odtrąceniem.  Trwaj w swej bojaźni i drżeniu. A może podejmiesz „nieskończony wysiłek rezygnacji” wraz z Sorenem Kierkegaardem?

 



IRENA OTOLSKA

Mieszka w Szczecinku. Nauczycielka języka polskiego. Uprawia poezję i prozę.


Twórczość Ireny Otolskiej intryguje mnie od dłuższego czasu. Jej wiersze i teksty prozatorskie zawierają w sobie duży ładunek filozoficzny będący owocem nieprzeciętnej erudycji autorki, inteligencji i zainteresowań dziejami myśli ludzkiej. Nasączony obiektywizmem zmysł obserwatorski predestynuje ją do łamania ciasnych, akademickich schematów myślowych. Irenie daleko do zaszufladkowania w kategoriach politycznych, religijnych czy obyczajowych. Jest sobą, jedyną w swoim rodzaju, daleką od powielania „widzi mi się” nawet najbardziej uznanych autorytetów. To trudne – stanąć z boku, porzucić konwenanse i oceniać świat… przedstawiać swój pogląd bez oglądania się na ościenie kołtuńskiej krytyki. Tu potrzeba mądrości, pewnej dumy (w pozytywnym tego słowa znaczeniu), ale i odwagi. Irena Otolska jest przykładem, że powyższe cechy mogą zaistnieć jednocześnie. Dlatego też uważam, że jest osobą pierwszoplanową lokalnego środowiska literackiego. Ponieważ miałem okazję nieraz konwersować z Panią Ireną, mogę więc pokusić się o osobistą refleksję. Jeżeli autorka „W objęciach Kierkegaarda” jeszcze mocniej uwierzy w siebie i nie zadziałają hamulce środowiskowej zawiści, to ku uciesze czytelników, spod jej pióra  wypłynie niejeden wartościowy utwór. Jestem o tym święcie przekonany.

 

Piotr Prokopiak


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko