Wiesław Łuka rozmawia z prof. Januszem Adamowskim

0
211

             Polityzacja mediów i mediatyzacja polityki

 


Wiesław  ŁUKA w rozmowie z prof. dr hab. Januszem Adamowskim, dziekanem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, członkie Rady Naukowej Instytutu Studiów Politycznych PAN, autorem licznych publikacji na temat systemów medialnych wielu państw  Europy, USA i Kanady 

 

Minęło 25 lat od obrad Okrągłego Stołu. Jak Pan Profesor ocenia  realizację ich efektów w sferze mediów? Co osiągnęliśmy, a co zapisujemy po stronie porażek?

 

Osiągnięcia zdecydowanie przeważają nad porażkami. Wielka zdobycz, to obfitość środków przekazu, ich pluralizm własności oraz  pluralizm światopoglądowy; łatwy do nich dostęp oraz – oczywiście – zniesienie cenzury. Porażki ? – po ich stronie należy powtórzyć to, o czym mówiliśmy: spore obniżenie wartości merytoryczno – intelektualnej środków  przekazu, schlebianie gustom plebsu. Za szybko i za łatwo poddaliśmy się  komercjalizacji oraz upolitycznieniu telewizji, radia i prasy.

 

A jak wypadamy w kontekście krajów, które wyszły z tzw. Bloku Wschodniego?

 

Mimo wszystko nie mamy się czego wstydzić w porównaniu z sytuacją mediów na przykład czeskich i węgierskich, nie wspominając już o krajach za wschodnią granicą. Węgry – możemy tu mówić nawet o zniszczeniu mediów publicznych w okresie transformacji. Zniszczono je ekonomicznie w procesie parcelacji, a teraz, za rządów Viktora Orbana nałożono na nie knebel nakazując głoszenie  jedynie słusznych poglądów. W Republice Czech w minionym ćwierćwieczu bywało różnie – tam często władza daje mediom do zrozumienia: kto tutaj rządzi. To nie idzie w dobrą stronę. Czyli, generalnie u nas nie jest najgorzej, ale do tej beczki miodu wrzucę łyżkę dziegciu: notujemy na przykład zapaść w mediach regionalnych.  Powtórzę, że cieszylibyśmy się o wiele lepszą sytuacją i większym sukcesem, gdybyśmy potrafili skorzystać z wyżej wspomnianego wzoru skandynawskiego oraz…kanadyjskiego, gdzie panuje  prawie doskonały ład mediów publicznych i komercyjnych; zupełnie inny, bardziej przejrzysty niż na przykład w sąsiednich Stanach Zjednoczonych.

 

Niedawno odbyły się wybory do parlamentu europejskiego, wkrótce przed nami kolejne; teraz wybuchła tzw. afera taśmowa, która noże być groźna w skutkach dla państwa – czy media pomagają odnaleźć się  wyborcom w tym gąszczu  haseł i antyhaseł, niejasnych programów jednych i  ich gwałtownej dyskredytacji przez inne partie?

 

Rola mediów nie jest tu jednoznaczna –  z jednej strony prezentuje się pewnych  kandydatów, a innych pomija. Widzimy i słyszymy festiwal nieustających obietnic i ujawnianie się nowych, dziwnych  postaci, które za wszelką cenę chcą zaistnieć medialnie. W tym chaosie media wykazują za mało determinacji w   odcedzaniu plew od ziaren; to dotyczy głównie mediów komercyjnych. Natomiast rola mediów publicznych powinna polegać na eksponowaniu „prawdziwych ziaren”. Brakuje mi tu precyzyjnego dziennikarstwa, które by pokazywało, że ten czy ów kandydat jest wartościowy ze swoim realistycznym programem, a ten, czy ów kompletnie przypadkowy. Przed ostatnimi wyborami do europarlamentu nie widziałem  eksponowania dotychczasowych posłów z dorobkiem na forum unijnym –  Danuty Hubner , czy Dariusza Rosatiego. Widzę za to hucpiarzy, którzy już się dorobili w Brukseli dużych pieniędzy, a teraz chcą jeszcze większych.

 

Może dziennikarze dopuszczają do głosu jak największą liczbę kandydatów, i w ogóle polityków, by się nie narazić krytykom na zarzut tłamszenia wolności słowa?  

 

Możliwe, że to jest to. Boją się oskarżenia o stronniczość. Choć muszę powiedzieć, że media publiczne wykazują większą wstrzemięźliwość w prezentowaniu kandydatów i starają się zachować dziennikarski obiektywizm. Krytyczne uwagi mogą przecież dotyczyć kandydatów ze wszystkich stron, bo każda partia ma sporo brudu za paznokciami.

 

Każda ma, ale czy w równym stopniu?

 

Nie, nie. Są partie prezentujące w spokojniejsze tonacji bardziej realistyczne programy. Ale są i takie, które prezentują festiwal życzeń w podniesionym tonie, bo chcą za wszelką cenę wrócić do władzy. Chcę jednak pozostać na poziomie tego ogólnej oceny.    

 

Media nie powinny spełniać żadnej władzy, a tymczasem odnoszę wrażenie, że spełniają rolę czegoś więcej niż tylko czwartej władzy – to Pana przeraża, co wyznał Pan w jednym z wywiadów. Czy nie jest utopią oczekiwanie absolutnej neutralności politycznej mediów?

 

W naszych warunkach, to rzeczywiście wygląda na utopię, ale jednak podtrzymuję  przekonanie, że funkcją mediów jest kontrolowanie władzy, a nie jej zastępowanie. Kontrolowanie – na ile władza spełnia oczekiwania obywateli. Tymczasem mam wrażenie, że media często ją wyprzedzają w różnego rodzaju działaniach i robią to nie zawsze rzetelnie, co oczywiście nie służy dobru publicznemu.

 

Czy mógłby Pan Profesor podać przykład?

 

Nie chcę generalizować, ale widać gołym okiem, że coraz częściej i więcej jest pogoni za sensacją. Tu przykład chociażby wielomiesięcznego spektaklu medialnego zatytułowanego Wyrodna matka Madzi z Sosnowca. Na szczęście jednak są jeszcze media, które starają się działać dla dobra wspólnego, jako siła wspomagająca pozytywne przemiany, nie zaś burząca pewien ład społeczny. 

 

Ale jednak pojęcie czwartej władzy nie zrodziło się wczoraj i nie u nas  – po raz pierwszy wypowiedział je w parlamencie angielskim jeden z posłów wskazując na galerię i dziennikarzy przysłuchujących się  obradom…

 

To prawdauczynił to Edmund Burke, działacz społeczny i filozof, a  miało to miejsce pod koniec XVIII wieku. Zaś niedługo potem, w tej samej Anglii, politycy zaczęli zamawiać i płacić redakcjom prasowym za odpowiednie publikacje. Próbowano tym „obłaskawić” dziennikarzy, czyli rozwijała się korupcja polityczna. Jednak już w drugiej połowie XIX wieku nakłady gazet i czasopism dość szybko zaczęły tam rosnąć, pojawiły się więc pieniądze komercyjne z reklam –  które mogły w dużym stopniu uniezależnić redakcje od łapówek politycznych. Wówczas to redakcje mogły powiedzieć politykom: „dziękujemy”.

 

A teraz? I u nas?

 

Widzimy, że media tradycyjne znalazły się w głębokim kryzysie – nie tylko jakościowym, ale i ekonomicznym – z powodu m. in. dramatycznego spadku nakładów oraz wzrostu kosztów wydawniczych. W związku z tym zwłaszcza prasa papierowa idzie na rozmaite kompromisy wykonując liczne ukłony w stronę czytelnika i telewidza mniej ambitnego intelektualnie, zainteresowanego głównie sensacją polityczną i obyczajową. Niestety, każdy kryzys ekonomiczny negatywnie odbija się na wszystkich dziedzinach życia, w tym także redukuje pozycję  mediów.

 

Nie wszędzie w Europie tak jest.

 

Mnie się bardzo podobają media skandynawskie, zwłaszcza te w komponencie publicznym. Są bardzo silne, w znacznej mierze niezależne od władzy państwowej, choć funkcjonują za pieniądze podatników. Wzorcowo realizują swoją misję, czyli wspierają rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Do tego potrzebna jest jednak odpowiednia postawa rządzących, ich mądrość i przekonanie, że tylko odpolitycznione i niezależne media mogą cieszyć się autorytetem i szacunkiem społeczeństwa. To nie jest tak, że tylko politycy zabiegają o względy mediów. Dostrzegam, wcale nie tak rzadko, że również właściciele mediów zabiegają o względy polityków. I nie dotyczy to wyłącznie mediów komercyjnych, ale także szefów mediów publicznych, różnych zresztą szczebli. Często chodzi o przedłużenie koncesji, lub zdobycie nowej, chodzi również o reklamy –  nie tylko firm prywatnych, ale także spółek Skarbu Państwa, dzięki czemu można wzmocnić własne budżety.

 

Szeregowi dziennikarze, niejednokrotnie ze znacznym już dorobkiem zawodowym, również nie są w stanie powstrzymać się od jawnego w prasie, czy mediach audiowizualnych demonstrowania swoich poglądów politycznych, „podlizywania” się partiom, a przy tym nazywają siebie niezależnymi. Oni są niby niezależni od partii rządzących, z wielkim zaangażowaniem i tendencyjnością patrzą im na ręce, choć widać, jak bezwzględnie są zależni od partii opozycyjnych… Czyli – nie sposób wyeliminować tych wzajemnych zależności?

 

To bardzo trudne w dobie polityzacji mediów i równoległej mediatyzacji polityki. Te procesy pogłębiają się na naszych oczach. Proszę zwrócić uwagę, jaki ogromny wpływ na telewidzów ma ten żółty pasek na telewizyjnym ekranie w trakcie nadawania programów informacyjnych. W mediach publicznych konieczne by było sukcesywne uniezależnianie się od sfery państwowej. Ale to wymagałoby stabilnego finansowania mediów publicznych. Szczególnie w telewizji jest to dzisiaj problem niezwykle trudny do rozwiązania w sytuacji ogromnych kosztów związanych z aktywnością nadawczą, niskiej ściągalności abonamentu,  stale narastającej konkurencji oraz nadal trwającego kryzysu na rynku reklamy. Jej funkcjonowanie wymaga siedmio-ośmiokrotnie wyższych nakładów finansowych niż w np. w tzw. dużym radiu. Dlatego w tym ostatnim realizacja misji jest łatwiejsza i znacząco efektywniejsza. Widzę zatem konieczność zmiany ustawy o mediach audiowizualnych, wprowadzająccej między innymi powszechną opłatę audiowizualną. Ona  by w dużym stopniu pomogła rozwiązać problem niedoboru środków, finansujących działalność publicznych środków przekazu.

 

Może wówczas zakończyłaby się żenująca dyskusja na temat słynnego abonamentu…Mówimy o polityzacji mediów, a inne, wielce gorszące zjawisko – łamanie zasad etycznych naszego zwodu, głównie bezstronności, dziennikarskiego obiektywizmu, rzetelności i kultury w zakresie posługiwania się językiem polskim.  Zwrócił Pan na to uwagę w jednym z wywiadów, że jeśli właściciele mediów i sami dziennikarze stracą świadomość etyki mediów, to „za chwilę stworzą potwora, który ich zeżre”…

 

My często operujemy szerokim pojęciem mediów, ale ich twórcami są przecież konkretni ludzie oraz towarzyszą temu konkretne zachowania. Jeżeli one są gorszące i ten proces się pogłębia, to znaczy, że jest na nie przyzwolenie społeczne. Być może, jest to również sprawa pokoleniowa – że sferę mediów w niemałej mierze tworzą ludzie młodzi, niecierpliwi, chcący bardzo szybko dojść do dużych pieniędzy, że puszczają im czasem hamulce moralno-etyczne . Może temu sprzyja dość marna generalnie kondycja materialna tego środowiska, co skutkuje korupcją polityczną?

 

Czy to się może zmienić, czy może przyjść opamiętanie?

 

Nie wiem, czy to się zmieni. Wiem, że musimy do tego z uporem dążyć. Uważam, że dziennikarz powinien być relatywnie dobrze opłacany, jeśli chcemy, by był on rzetelnym człowiekiem wpływu. Tak jest w Stanach Zjednoczonych, tak jest w wielu państwach Europy Zachodniej. Przykład: w dzienniku New Jork Times pewien młody dziennikarz o nazwisku Jayson Blair wykreował sztucznego bohatera swojej publikacji a także dopuścił się wielu plagiatów. Musiał zrobić to mistrzowsko, bo dostał prestiżową nagrodę Pulitzera. Ale gdy tylko wykryto oszustwo, natychmiast został wyrzucony z pracy. Ten fakt podziałał jak przestroga dla innych kolegów po fachu, albowiem  dziennikarza – oszusta spotkała nie tylko kara materialna, ale także ostracyzm wielu ludzi.

 

A u nas pan sobie przypomina coś podobnego?

 

Trudno mi sobie to wyobrazić, choć kiedyś, w czasach PRL pamiętam dość gwałtowne rozstanie redakcji Polityki z dziennikarzem – oszustem.  Nie tęsknię za tamtym okresem, ale dzisiaj, w warunkach wolności wypowiedzi, znam publikacje na bardzo marnym poziomie formalnym i łamiące elementarne standardy zawodowe, lecz ich autorom włos z głowy nie spadł. Ci autorzy pisali ewidentnie na pewnego rodzaju zmówienie polityczne, zagrali role media-kilerów, zrobił się niby szum wokół sprawy, ale dość szybko ona ucichła.

 

Ma Pan Profesor na myśli tytuły opiniotwórcze?

 

To są niekiedy nawet całkiem niezłe pisma i niezłe pióra. Na pewno nie tabloidy, które mogą sobie pozwolić na więcej. Nie mogę podać tytułów i nazwisk, bo – gdy uderzymy  w stół, to nożyce się odezwą. Wierzę jednak, że to schodzenie na dno upadku zawodowego i degrengolada etyczna kiedyś się skończą. Może przemawia przeze mnie idealizm, jednak wierzę, że kiedyś dziennikarstwo znowu stanie się swego rodzaju ostoją inteligenckości.

 

Jak temu pomóc?

 

Nie wszystkie na szczęście dobre gazety i czasopisma zniknęły. Myślę, że   pozostaną one nadal na rynku jako grupa mediów opiniotwórczych, (jak np. niektóre czasopisma opinii czy periodyki społeczno-kulturalne), choć teraz tracą na znaczeniu, przeżywają spadek nakładów, niebezpiecznie staczają  się w objęcia komercji. Marzę, by jednak pozostały i umocniły się jako media wpływu, zresztą nie tylko na elity naszego państwa.

 

Ewidentnie negatywny wpływ na tę inteligenckość ma Internet, o czym  niedawno dyskutowano w trakcie konferencji naukowej  w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. 

 

Na pewno doceniam Internet jako medium, które  mocno zdemokratyzowało komunikowanie społeczne; uczyniło je rzeczywiście dwustronnym. Ale to jest takie trochę wypuszczenie przysłowiowego Dżinna z butelki. Coś, co  wypełzło, ujawniło liczne demony; złudne przekonanie internautów (w tym wielu zwyczajnych hejterów) o anonimowości sprzyja wzbieraniu fali chamstwa, zawiści, nienawiści, podłości, nietolerancji wobec ras, inaczej wierzących, myślących, kochających, również wobec tych, którym się bardziej powiodło w warunkach demokracji i wolnego rynku.

 

Ta fala nienawiści wzbiera nie tylko w Internecie, ale także na falach eteru, na wizji i w prasie; coraz bardziej dotyka również zawodowych dziennikarzy prowadzących autorskie programy publicystyczne, głównie polityczne.

 

Tak, polityka mocno „psieje” na naszych oczach – staje się dramatycznie bezwzględna, brutalna. Nawet  uznani dziennikarze to wykorzystują – w swoich programach celowo sadzają naprzeciw siebie „brytanów” z rywalizujących partii, którzy skaczą sobie do gardeł. Wywoływanie przed kamerą telewizyjną lub mikrofonem  kłótni, zamiast rzeczowej dyskusji jest usprawiedliwiane niby wynikami jakichś badań, według których telewidzowie i radiosłuchacze to lubią.

 

Za naszą wschodnią granicą wybuchł i ciągle trwa groźny dla Polski, dla Europy i świata – konflikt. Z jednej strony agresja mocarstwa, a z drugiej nadzwyczaj trudne, by nie powiedzieć beznadziejne, zmaganie się z nią przez znacznie słabsze państwo. Jak wobec tego konfliktu zachowują się polskie media? 

 

Moi koledzy – politolodzy i medioznawcy, którzy zajmują się Rosją, mogliby określić to zachowanie jako – generalnie – godne i racjonalne. Z drugiej jednak strony była i  jest widoczna tu postawa pewnej jednostronności. Oceniam, że stanąwszy po stronie Ukrainy, należało jednak głębiej pokazywać racje drugiej strony. Wiem, że Rosja stała się agresorem de facto, ale należy więcej miejsca poświęcić dla prezentacji jej argumentów – nie tylko po to, by kogoś na siłę przekonywać, ale by zachować i umacniać autorytet mediów wolnych od tendencyjności. W kwestii zaanektowania przez Rosję Krymu media nasze przypominały zazwyczaj tylko fakt, że był on swoistą „darowizną” komunistycznego przywódcy w Moskwie, Nikity Chruszczowa (dodawano częstokroć – pijanego) z lat pięćdziesiątych ub. wieku na rzecz Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Pomijano jednak nierzadko w tej argumentacji inny fakt, że Krym od końca XVIII wieku należał do Rosji i dominująca grupa osób zamieszkujących od lat ten półwysep, to rdzenni Rosjanie. Zaznaczam, że nie jestem w tym konflikcie stronnikiem Rosji i nie próbuję się tutaj stroić w szaty jej obrońcy.

 

Dziękuję za rozmowę, Wiesław Łuka

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko