Lech Brywczyński – Popołudnie agenta

0
144

Lech Brywczyński



Popołudnie agenta


 

Jan LebensteinN. zawsze uważany był za twardziela. Wystarczyło na niego spojrzeć: szerokie bary, muskularne ramiona, mocno zarysowane brwi. I ten przenikliwy, świdrujący wzrok, którego przeciętny przechodzień nie był w stanie znieść dłużej niż kilka sekund: wszyscy spuszczali oczy, a on szedł dalej – zimny, nieporuszony i pozornie obojętny…

Zagrożenie, ryzyko – to był jego żywioł, to był grunt, na którym czuł się najpewniej, nie tylko z racji wykonywanego zawodu, ale także z powodu psychicznych predyspozycji. Niebezpieczeństwa nie unikał nawet wtedy, kiedy łatwo by mógł. W wolnym czasie uprawiał sporty ekstremalne, o co kiedyś mieli do niego pretensje rodzice, a obecnie żona. Nie dbał jednak o to, przekonany, że nic mu się nie stanie, że nie ma takiego niebezpieczeństwa, z którego nie wyszedłby cało. Kiedy był w wojsku, strzelał najlepiej z całej kompanii, co było zasługą jego wrodzonego talentu, pewnej ręki i bystrego oka: trafiał w tarczę nawet wtedy, kiedy z pozoru zupełnie się nie przykładał.

 

Nie myśląc zgoła o swoim bezpieczeństwie, tym więcej uwagi poświęcał bezpieczeństwu innych – tych, którymi się zajmował z racji swoich służbowych obowiązków. Inni mogli beztrosko żyć z dnia na dzień, ciesząc się każdą chwilą, ale nie on. Każde zagrożenie dla zdrowia i życia wyczuwał siłą swojej wiedzy, doświadczenia i nieomylnego instynktu. Widział niebezpieczeństwo nawet tam, gdzie inni nie byli w stanie go przewidzieć, a tam gdzie inni zaledwie dostrzegali jego zarys, on uświadamiał je sobie wyraźnie, z fotograficzną niemal precyzją.

 

Nawet najtwardszemu z twardzieli zdarzają się jednak chwile słabości, gorszej dyspozycji, rozkojarzenia. Taki moment przeżywał właśnie w tej chwili N., siedzący przy oknie, w wagonie trójmiejskiej kolejki. Patrząc na przeskakujące za szybą jadącego pociągu drzewa, słupy i budynki wspominał Iwonę, swoją wielką miłość z czasów studenckich. Stopniowo twarz Iwony zaczęła przesłaniać mijane za oknem krajobrazy. Przypominał sobie ich długie rozmowy, spacery, dyskoteki, czułe gesty… To wszystko stanęło mu nagle przed oczami, miał poczucie, że czas się cofnął i ona jest gdzieś tu, bardzo blisko niego. Jak dziś wyglądałoby jego życie, gdyby został z Iwoną, gdyby jej nie zostawił? Gdzie by teraz mieszkał, czym by się zajmował? Też byłby agentem, jadącym z ważnym zadaniem (tak to nazywał jego szef, on sam wolał słowo „misja”) do Sopotu? Wątpliwe. Pewnie miałby jakąś prestiżową pracę, związaną z wyższymi, bardziej intelektualnymi potrzebami człowieka niż poczucie bezpieczeństwa. Iwona nastrajała jego osobowość na wyższe, bardziej wzniosłe tony niż czyni to jego obecna żona, przyziemna materialistka.

 

N. przypomniał sobie tę magiczną chwilę, kiedy po raz pierwszy się z Iwoną pocałowali. Było to na dyskotece: tańczyli, przekomarzali się. W pewnej chwili N., niespodziewanie dla siebie samego, zapytał:

 – Czy mogę cię pocałować?

Na co ona odpowiedziała, nie podnosząc wzroku:

 – Nie zadaje się takich pytań.

W ułamku sekundy pojął, że jej słowa to dyplomatyczna forma kapitulacji. Przygarnął ją ku sobie, uległą, ich usta zbliżyły się…

 – Proszę bilety do kontroli! – apodyktyczny głos konduktora przywrócił N. do realnego świata.

„W takim momencie! Nie mógł przyjść trochę później?” – złościł się w duchu N., ale na zewnątrz, jak przystało na wytrawnego agenta, nie dał nic po sobie poznać. Spojrzał na współpasażerów, a potem w okno, gdzie znów widział tylko drzewa, słupy i budynki; twarz Iwony gdzieś się rozpłynęła.

„Może to i lepiej. Trzeba twardo stąpać po ziemi, robić swoje bez względu na okoliczności” – pogodził się z losem N.

 

Na widok podchodzącego konduktora machinalnie sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, ale biletu tam nie znalazł. Zaniepokoił się, począł nerwowo szperać w pozostałych kieszeniach. Tego by tylko brakowało, żeby zgubił gdzieś bilet, przecież konduktor mu nie uwierzy i wypisze mandat jak pierwszemu lepszemu gapowiczowi!

Na szczęście już po chwili jego dłoń natknęła się na bilet; co prawda w tej akurat kieszeni, do której go na pewno nie chował. „Dziwna rzecz, bardzo dziwna” – pomyślał N., ale po namyśle doszedł do wniosku, że nie ma powodu do niepokoju. W końcu nie takie cuda się zdarzają.

Z dumą wręczył bilet konduktorowi, rozsiadł się wygodniej. Spojrzał w okno, żeby zobaczyć, na jakiej stacyjce się zatrzymali: to jeszcze nie Sopot, ale już blisko.

Sopot… Po co to miasto w ogóle istnieje, pozbawione oddechu, wciśnięte między Gdańsk i Gdynię? Czy nie lepiej byłoby przyłączyć je do któregoś z tych potentatów? Albo w ogóle zrobić z całego Trójmiasta jedną, wielką metropolię?

Sopot jest mały, łatwo go przeoczyć. Zdarzyło mu się to miesiąc temu, też wtedy jechał trójmiejską kolejką. Na stacji Gdańsk Wrzeszcz sięgnął po gazetę, żeby zapoznać się z wynikami spotkań Ekstraklasy i z aktualną tabelą. Zanim zdążył przeanalizować szanse poszczególnych drużyn na tytuł mistrzowski, już minął Sopot i znalazł się w Gdyni: musiał tam wysiąść i czekać na pociąg w przeciwnym kierunku…

Tym razem będzie sprytniejszy, nie popełni tego błędu. Nie będzie czytał tak wciągających go zazwyczaj relacji z ligowej kolejki – z piłkarskimi wynikami zapozna się dopiero wieczorem, po załatwieniu sprawy i powrocie do domu. A teraz przejrzy w gazecie tylko wiadomości polityczne, które z reguły są tak nudne i jałowe, że o wciągnięciu się w lekturę mowy być nie może.

Zawartość gazety potwierdziła tę diagnozę: jego uwagę zwróciło tylko przemówienie jednego z posłów, obszernie zrelacjonowane na trzeciej stronie. Przemówienie to stało w jaskrawej sprzeczności z politycznymi zapatrywaniami N., można nawet stwierdzić, że było ono antytezą jego poglądów. I właśnie dlatego bardzo mu się spodobało: teraz mógł uznać swoje opinie w każdej politycznej kwestii za sprecyzowane, wystarczyło powiedzieć, że jego zdanie jest wręcz przeciwne do zdania posła K.

„Wśród znajomych będę odtąd uchodził za politycznego eksperta” – cieszył się z góry N.

Stacja Sopot. Wysiadł, idąc peronem powtarzał sobie półgłosem interesujący go adres: ulica, numer domu, numer mieszkania… Znał drogę, dokładnie przestudiował plan miasta przed przyjazdem.

Mijał kolejne ulice, analizując czekające go zadanie. Tak dalece zagłębił się w swoje myśli, że wszedł na jezdnię na czerwonym świetle. Na szczęście kierowca samochodu, pędzącego wprost na N., zdążył zahamować; rzucił jednak potem w stronę przechodnia garść niemiłych słów.

„Ależ wulgarny typ, co za język! Kultura w narodzie upada” – zasmucił się N. Po chwili jednak przyszła refleksja: „Było blisko, ale cudem uniknąłem tragedii. Los dał mi jeszcze jedną szansę…”

Potrzebował chwili relaksu. Spojrzał na zegarek: właśnie minęła piętnasta, ma jeszcze trochę czasu. Postanowił zawrócić i wybrać się na „Monciak”, żeby raz jeszcze poczuć magiczny klimat tej ulicy, za każdym razem kuszącej go feerią handlowych i usługowych ofert rozmaitego autoramentu. Idąc gwarnym, zatłoczonym „Monciakiem” czuł się z każdym krokiem coraz lepiej; miał błogą pewność, że tutaj ma prawo pogrążyć się we własnych myślach i zapomnieć o otaczającym go świecie. Choćby dlatego, że na deptaku nie ma samochodów, które mogłyby go potrącić.

 

Z błogostanu wytrącił go widok W. Szedł powoli, uśmiechnięty, z czarną teczką w lewej dłoni i pączkiem w prawej.

„Znowu się obżera. Ile to już razy ten drań wszedł mi w drogę, utrudniał wykonanie misji? Każde jego pojawienie się oznacza kłopoty” – pomyślał ze złością N. Postanowił za wszelką cenę uniknąć spotkania z W., wyminąć go jakoś. Wstąpił do najbliższego sklepiku, okazało się, że jest to ciastkarnia. Natrętny, pytający wzrok sprzedawcy zmuszał go, żeby coś kupić.

„Pączka? Nie ma mowy, nie będę się poniżał naśladowaniem W.” – twardo postanowił N. i zamówił eklera. Wyszedł na ulicę, ugryzł kawałek ciastka i rozejrzał się. Po W. nie było już ani śladu, co sprawiło mu niekłamaną radość.

Idąc bezmyślnie przed siebie i jedząc eklera dotarł do wejścia na sopockie molo. Uznał, że skierowało go tu przeznaczenie i postanowił wejść. Nie zraziło go nawet to, że trzeba było kupić bilet.

„Skandal, że nie wpuszczają za darmo! Ale z drugiej strony to dobrze, bo W. jest strasznie skąpy. Przynajmniej mam pewność, że tu za mną nie przyjdzie” – pomyślał N., uiszczając stosowną opłatę.

Wolnym krokiem przemierzał molo, szukając ławki, na której mógłby usiąść. Niestety, ludzi było sporo i wszystkie miejsca do siedzenia były zajęte. Szedł więc dalej, aż w końcu spostrzegł długą ławkę, na której siedziała samotnie dziewczyna: młoda (jak to dziewczyna: trudno, żeby dziewczyna była stara) i piękna (na razie: trudno, żeby nadal była piękna, kiedy będzie już stara). Była ubrana szykownie i nieco wyzywająco.

„Ale laska! To mój szczęśliwy dzień!” – ucieszył się w duchu N. i przyspieszył kroku, żeby czasem nikt nie usiadł na tej ławce przed nim. Kiedy jednak dotarł do celu, dziewczyna obrzuciła go przelotnym, taksującym spojrzeniem, po czym natychmiast wstała i poszła, nie oglądając się za siebie.

„Szkoda. Pewnie sobie przypomniała o czymś bardzo ważnym. Może zostawiła w domu włączone żelazko? Albo spieszyła się na pociąg? Zagadkowa sprawa” – zastanawiał się N., by po chwili pocieszyć się myślą, że Iwona była od tej dziewczyny o klasę ładniejsza.

 

Rozsiadł się wygodniej, rozejrzał się wokół siebie. Miał przed sobą tylko spienione, morskie bałwany, rozbijające się kolejno o falochron, a nad sobą błękitne, pogodne niebo i widoczne na jego tle, rozkrzyczane mewy. W takim miejscu trudno nie popaść w zadumę, trudno oprzeć się psychodelicznemu tchnieniu morskiej bryzy. W każdym razie okazało się to niewykonalne dla N. – znów dopadła go chwila słabości, rozmarzył się. Oczyma wyobraźni ujrzał swoje niedoszłe, wspólne życie z Iwoną. On był posłem albo lepiej  – senatorem. Ministrem? Nie, minister ma za dużo obowiązków, a za mało wolnego czasu. Parlamentarzysta to co innego: za nic nie odpowiada, mówi co chce, bryluje na salonach…

Zasnął głęboko. W sennym marzeniu ujrzał siebie z Iwoną na jakimś dyplomatycznym przyjęciu czy bankiecie: zabawiali rozmową dystyngowanych gości, wznosili toasty, opowiadali wyszukane, a zarazem śmieszne (to rzadkie połączenie) dowcipy. Słowem, czuli się w tym świecie jak u siebie. „I niech ktoś mi powie, że nie zostałem stworzony do takiego życia” – skonstatował z zadowoleniem N. 

Jeden z dygnitarzy przyjaźnie ujął go za ramię: „Proszę ze mną, premier chciałby z panem omówić bardzo ważną sprawę!”

N. był wniebowzięty: „Oczywiście, dla premiera zawsze mam czas!”

Tylko dlaczego ten dygnitarz wciąż nie puszcza jego ramienia, a w dodatku wydaje z siebie dziwne odgłosy, podobne do pisku mew, jakieś “kjau” czy “gjau”? Co się dzieje?

 

N. wzdrygnął się, z krzykiem otworzył oczy. Okazało się, że wciąż jest na molo, siedzi na tej samej ławce. Nad jego głową krążyła mewa, wydając z siebie donośne piski, jakieś “kjau” czy “gjau”.

„To był tylko sen… Szkoda” – westchnął ciężko N. „A już myślałem, że naprawdę…”

Mewa zapiszczała raz jeszcze i odleciała. Niestety, skrzydlaty posłaniec zostawił mu przedtem na ramieniu niezbyt miłą przesyłkę. Akurat w tym samym miejscu, za które ujmował go przed chwilą dygnitarz.

„Wredny ptak, przeszkodził mi w zrobieniu politycznej kariery” – pomyślał nasz bohater, zdrapując z ramienia marynarki ptasie odchody. Nie miał jednak czasu na rozpatrywanie tego epizodu, bo okazało się, że podczas gdy on tutaj siedział, to czas pędził i jest już dwadzieścia po czwartej.

Zerwał się na nogi.

„Jestem już spóźniony! Muszę iść szybko, nie mam ani chwili do stracenia. Gdzie mój profesjonalizm, jak można się spóźnić na umówione spotkanie!” – katował się wyrzutami N., wybiegając z mola. Potem przebiegł przez „Monciak”, ale tym razem nie zwracał żadnej uwagi na feerię handlowych i usługowych ofert, gdyż miał co innego na głowie. Mijał kolejne ulice, aż wreszcie dotarł do tej właściwej.

„To tu. Nareszcie!” – pomyślał z ulgą N., spoglądając na numer budynku. Wszedł na klatkę schodową, a potem ruszył schodami w górę, uważnie przypatrując się po drodze wszystkim drzwiom, żeby tylko nie ominąć tych właściwych. Znalazł je na drugim piętrze. Podszedł, otarł pot z czoła, przygładził dłonią włosy. Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić. Z trudem opanował drżenie rąk. Sam nie mógł pojąć, dlaczego się denerwuje, przecież tyle razy już to robił. Zapukał.

Zza drzwi dobiegły go kroki, potem zgrzyt klucza w zamku. Otworzyła mu kobieta w średnim wieku, ubrana po domowemu. Mimo swoich lat zachowała jeszcze sporo młodzieńczej urody, emanowała spokojem i życzliwością.

 – Słucham? O co chodzi? – zapytała z uśmiechem.

Odpowiedział rutynowo:

 – Nazywam się N., jestem agentem PZU. Chciałbym panią ubezpieczyć od nieszczęśliwych wypadków i na życie. Byliśmy umówieni.

 – A rzeczywiście… Niestety, spóźnił się pan.

 – Tylko o pół godziny.

 – Czterdzieści minut. W międzyczasie był u mnie inny agent, pan W.

 – Niemożliwe! – niemal zakrzyknął N.

 – A jednak. Ubezpieczył mnie w innej firmie.

 – Ale może pani ze mną mimo to porozmawia…

 – Niestety, nie skorzystam… Przecież nie będę się dwa razy ubezpieczała od tego samego, pan rozumie.

 – Są rozmaite ryzyka, których jego polisa mogła nie uwzględnić…

 – To ubezpieczenie sporo mnie kosztowało, nie mam pieniędzy na żadne dodatkowe wydatki. Dziękuję – ucięła gospodyni. – Ten W. to pana przyjaciel?

 – Nie przyjaźnimy się, to tylko znajomy – sprostował cierpko N.

 – On wyszedł dosłownie przed chwilą, może się panowie minęli na schodach?

 – Niestety nie. Ale jeszcze się spotkamy, to pewne – zazgrzytał zębami N. – Do widzenia pani.

 – Do widzenia.

Zgrzyt klucza w zamku zabrzmiał dla N. niczym wyrok. „A to drań! Tym razem mu nie daruję, załatwię go!” – pomyślał, szybko zbiegając schodami w dół.

 


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko