Krzysztof Lubczyński rozmawia z REDABADEM KLYNSTRĄ

0
99

 Krzysztof Lubczyński rozmawia z REDABADEM KLYNSTRĄ


Nienaganna polszczyzna, holenderskie nazwisko, znany aktor polski. Jak to się stało?


– Moja polska mama wyjechała z kraju pod koniec lat sześćdziesiątych, żeby zajmować się tańcem nowoczesnym, chciała pracować w Nowym Jorku, ale utkwiła w  Amsterdamie i tam się urodziłem.


I tam spędził Pan dzieciństwo, czas szkolny i kawałek młodości?


– Tak. Mama, jak wspomniałem, zajmowała się tańcem, a ze mną rozmawiała wyłącznie po polsku, natomiast ojciec Holender prowadził kino studyjne w Amsterdamie, więc wychowywałem się w orbicie zajęć artystycznych. Zainteresowałem się teatrem i miałem już za sobą pierwsze próby występów scenicznych, gdy w 1988 roku, jako 19-latek, pojechałem do Polski. Zobaczyłem wtedy w teatrze Maję Komorowską, którą znalem z polskich filmów oglądanych w kinie studyjnym ojca, w którym organizował dni kina polskiego. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem filmy Wajdy, Zanussiego i innych. Kiedy ją zobaczyłem, dosłownie zakochałem się w niej, w jej aktorstwie, w polskiej kulturze. Postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej w Warszawie, żeby zostać studentem pani Mai. I udało mi się. Drugim moim ważnym profesorem był pan Wiesław Komasa. Ten tandem sprawił, że nasz rok był wyjątkowy, a były na nim też Kasia Herman, Dominika Ostałowska, Bartek Opania, Agata Kulesza, Małgorzata Kożuchowska. Niezły skład. Polskę poznałem głównie przez ludzi z mojego roku.


Po zakończeniu studiów w 1994 roku postanowił Pan zostać w Polsce?


– Nie, nie miałem takiego planu, ale kiedy otrzymałem propozycje angażu do Teatru Studio od Jerzego Grzegorzewskiego, jednego z najlepszych teatrów warszawskich. W 1996 roku zagrałem też w „Grach ulicznych” i od tego czasu zacząłem też trochę grać w filmach. Na decyzję o zostaniu w Polsce wpłynęły też polskie kobiety, urodziwe i zaradne, z charakterem, naturalne feministki. Podobał mi się też dość jeszcze wspólnotowy styl życia w Polsce. W Holandii, kiedy wyjeżdżałem, panował już silny indywidualizm, zjawisko singlizmu, które w Polsce dopiero się zaczynało. Dominuje tam dużo większe zdystansowanie niż w Polsce, każdy jest bardziej sam, ludzie z innymi się nie dzielą swoimi problemami, nie ma zaczepiania obcych ludzi w miejscach publicznych, zagadywania w pociągach, nie ma flirtu, jest strzeżenie prywatności. W Holandii jest już tak, że nawet rząd zajął się problemem wykształconych, niezależnych kobiet, które nie mogą znaleźć partnera na swoim poziomie. Poza tym spodobała mi się dynamiczna, energiczna Warszawa, w porównaniu z którą Amsterdam jest skansenem, gdzie ludzie o nic się nie muszą starać i są zblazowani. Jest tam też kiepski klimat, kiepski inaczej niż w Polsce. Przez większa część roku leje deszcz. Powietrze jest zdrowo najodowane, ale niekorzystne dla chorych reumatologiczne, dużo grzyba. Holendrzy są mistrzami w tworzeniu tzw. domowego ciepełka. Uprawiają siedzenie przy herbacie i granie w różne gry planszowe. Poza tym mama wychowała mnie w wierze katolickiej. Bardziej odpowiada mi katolicyzm niż protestantyzm z jego minimalizmem. Natomiast cenię Holandię za umiejętność kooperacji społecznej, organizację, pracowitość. Polska demokracja to nie to samo co holenderska. U nas politycy chcieliby, żebyśmy co cztery lata szli na wybory, a w międzyczasie nie wtrącali się do rządzenia. Tam deleguje się rządzących do reprezentowania naszych interesów i jest to traktowane stuprocentowo serio. Premier Holandii tłumaczy się dziennikarzom jak pracownik pracodawcom. Nie ma prawa zdenerwować się w reakcji na pytanie dziennikarza. Tam rząd i opozycja spierają się, ale też lojalnie współpracują. W Polsce ugrupowania polityczne chcą się wzajemnie unicestwić. Tu ciągle panuje prawo politycznej dżungli, panuje plemienna demokracja, czyli pomagamy tym, którzy nam pomogli dojść do władzy, a gnębimy przeciwników. Kiedy jadę do Holandii zauważam, że Holendrzy ciągle są na urlopach i w rozjazdach, a mimo to wszystko toczy się sprawnie, jak dobrze ustawiona machina, a tu albo przekręty, albo nadludzki wysiłek w organizacji czegokolwiek. Miałem kawiarnię w Warszawie, ale nie dałem rady długo jej prowadzić, bo więcej czasu poświęcałem sprawom urzędowym niż działalności właściwej. Mimo to trzeba być nieustępliwym, służbowo upierdliwym. Mamy prawo domagać się, żeby dobrze wydawano nasze pieniądze. Trzeba cały czas zwracać innym uwagę na jakość życia. To jakie jest nasze otoczenie, jest lustrem nasz samych.


I mimo to, mimo że mógłby Pan mieszkać w spokojnym i bogatym Amsterdamie, znosi Pan tutejsze dolegliwości życia?


– Staram się trochę pokazywać jak jest i jak mogło by być. Nie wystarczy narzekać, trzeba brać w swoje ręce, wymagać, poczuć się właścicielem tego kraju. Zauważyłem, że Polacy nie cieszą się np. z 4 czerwca. Stan wojenny dużo zabił radości w Polakach


A nie sądzi Pan, że Polska transformacja trwa za długo? I że dlatego też młodzi Polacy masowo wyjeżdżają z kraju?


– Tak, zdecydowanie za długo trwa. Jak przenoszona ciąża, szkodliwa dla zdrowia i życia. Zauważam jednak pozytywne zmiany. Młodzi ludzie coraz częściej nie czują się już petentami we własnym kraju i mieście. Uważam, że nie trzeba jechać po świecie szukać ideału, ale tu go robić, na własnej ziemi. Polacy mieszkający w Holandii, którzy osiągnęli tam wysoki status mówią: osiągnęliśmy wiele, ale nigdy nie będziemy Holendrami. Zawsze się tęskni za ojczyzną.


A Pan tęskni za ojczyzną holenderską? Za widokami i zapachami amsterdamskiego dzieciństwa?


– Od czasu do czasu. Jadę do Holandii, ale wystarcza mi kilka dni, żeby doładować akumulatory i żeby tu je zużytkować. W Holandii jest wszystko zrobione. Życie w Polsce to ciągle survival. W Holandii gdybym pół roku pracował w teatrze, to drugie pół mógłbym nie pracować, biorąc 80 procent poprzedniego wynagrodzenia i odpoczywać, podróżować lub pisać książkę. Ale mnie by to rozleniwiło. Mój przyjaciel, pisarz holenderski zamieszkał w Nowym Jorku, bo w Holandii nie miał energii do pracy i życia. Amsterdam daje, a Warszawa bierze, nie daje, jak Nowy Jork czy Paryż, które też są survivalowymi miastami.


Jakie są jeszcze różnice między Holandią a Polską?


– Po 1989 roku Polacy, używam szerokiego kwantyfikatora, wyzbyli się dużej części własności narodowej i wprowadzili jakiś dziki kapitalizm. W Holandii jest zakaz zakładania hipermarketów, mogą być najwyżej supermarkety. Hipermarkety niszczą bowiem małe sklepiki, a więc część średniej klasy, która jest solą społeczeństwa i, krytykiem władzy. Holender nie różnicuje przestrzeni wewnętrznej i zewnętrznej. Gdy ktoś ma w Holandii jakiś dobry pomysł, to wszyscy pracują na niego, bo wiedzą, że to w konsekwencji wpłynie na jakość życia wszystkich. Trzeba jeździć, patrzeć, obserwować. Moja polska babcia opowiadała mi o przedwojennej Warszawie. Marszałkowska tonęła w kwiatach, ulice były czyste. Wszystko więc można zmienić. W Polsce podatki traktuje się jak haracz, w Holandii jako dobrze zainwestowane pieniądze. One nadal są moje, tylko że „oddelegowane”. Liczą się tylko te pieniądze, które widać na ekranie – stara zasada hollywódzkich filmowców. Może muszą w Polsce minąć dwa a nie jedno pokolenia aż zauważymy zmianę, czyli jesteśmy nie u celu, lecz na półmetku?


Co Pana jeszcze razi w Polsce?


– Paradoksalnie to zabrzmi, ale brak realnego szacunku dla własnej historii. Dużo się o nim gada, ale mało robi. Gdzie filmy o wybitnych polskich postaciach? „Jack Strong”, który odniósł sukces, to wyjątek. A przecież to dzięki nim Polacy przetrwali, mimo że Hitler planował na ziemiach polskich opróżnionych z Polaków przesiedlić. Wie pan kogo? Holendrów.


Porozmawiajmy w końcu o Pana aktorstwie i działalności artystycznej. Jak Pan ocenia się w tym zawodzie po dwudziestu latach bycia w nim?


– Realistycznie i samokrytycznie. Gdyby mój dorobek wynikał z bycia tylko aktorem, trzeba by go uznać za bardzo skromny, tym bardziej ze nigdy nie otrzymałem żadnej nagrody aktorskiej. Ale pewnie sam jestem sobie winien. Jestem charakterystyczny, reprezentuję suchy dowcip, może nie ma aż takiego popytu na mój typ? Myślę jednak, że mój dorobek jak na to, że miałem inne zainteresowania, nie jest najgorszy. Nie jestem więc rasowym aktorem, bo nie tylko się tym zajmowałem. Mam satysfakcję, że zagrałem główną rolę w pierwszym spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego, który przyniósł mu sławę, w „Bernardo Zucco” Bernarda Marie-Koltesa. Grałem też w „Oczyszczonych” Sary Kane czyli brałem udział w początkach teatralnego „brutalizmu” w Polsce. To był też pierwszy spektakl, w którym po raz pierwszy ważną, samoistną rolę, nie tylko jako oświetlenie aktora, zagrało światło. Przedstawienie dziś jest już kultowe, ale trochę już muzealne.


A co Pan myśli o swojej ścieżce filmowej?


– Tu jest gorzej. Dotknął mnie syndrom braku drugiego filmu, bo po roli w „Grach ulicznych” nic mi się specjalnie ważnego w kinie  nie przydarzyło. Nawet nosiłem się z zamiarem odejścia od aktorstwa po „Krumie” Levina wystawionym w 2005 roku przez Krystiana Lupę w Starym Teatrze Krakowie. Cenie sobię jednak kilka ról w Teatrze Telewizji, szczególnie pułkownika Józefa Światło w „Kontrymie”.


Co Pan myśli o współczesnym aktorstwie w Polsce i w Holandii?


– W Polsce ciągle jeszcze oparte jest w dużym stopniu na indywidualnych kreacjach. Dziś jednak robi się coraz rzadziej kreacji aktorskie samych dla siebie jak kiedyś. Kończy się czas kreacji, XIX-wiecznego monologowania aktora. Przyznam, że, że nie lubię w  aktorstwie „jazdy figurowej na lodzie”. Są dwie kategorie aktorów. Jedni w dzieciństwie skupili na sobie za mało uwagi . To popisowi prymusi czekający na nagrody, na tort z wisienką. Drudzy są nastawieni na grę zespołową. W Polsce jest tradycja chodzenia do teatru i kina na aktorów. W Holandii aktorstwo to zawód kolektywny, liczy się  firma, teatr, drużyna, zespół, a nie jednostka. Rola jest tylko funkcją tematu. Niemal nie występuje zjawisko gwiazdorstwa. Trochę podobnie było w przenikniętym tradycją austriacką Krakowie, n.p. w teatrze im. Juliusza Słowackiego.


Żyje Pan tylko z aktorstwa i reżyserii?


– Nie. Uczę ludzi wystąpień, ale nie metodą Tymochowicza. Nie tworzę innego człowieka, moi klienci zostają sobą. Muszą mieć coś własnego do powiedzenia i dopiero wtedy pomagam im przekazać to w sposób naturalny. Bez tricków. Nie uczę manipulacji ludźmi. Nie będę wspierał hochsztaplerów.


Jakie plany na przyszłość?


Mam nadzieję, że za rok będę miał własną szkołę aktorską, gdzie będę przekazywał swoje doświadczenia. Ludziom bez względu na wiek i wykształcenie, ludziom z zewnątrz zawodu. Chcę sprawdzić, czy to możliwe w Polsce.


Dziękuję za rozmowę.


Redbad Klynstra
– ur. w 1969 roku w Amsterdamie. Od 1994 roku związany z Teatrami Studio i Rozmaitości w Warszawie, a od 2008 roku także z warszawskim Teatrem Nowym. Twórca festynu promującego kulturę holenderską „O Holender” odbywającego się rokrocznie w maju w Warszawie  Od 2013 prowadzi magazyn kulturalny „Republika kultury” na antenie stacji Telewizja Republika. W listopadzie 2013 rozpoczął współpracę z telewizją internetową Foksal Eleven, dla której w dziale kultura prowadzi videoblog „Gadał dziad do obrazu”. Na scenie zagrał m.in. w „La Boheme” wg St. Wyspiańskiego, w Don Juan Moliera w reż. Jerzy Grzegorzewski, w: „Zachodnim Wybrzeżu” Bernarda-Marie Kolt`esa, w reż. K. Warlikowskiego, w „Antygonie” Sofoklesa w reż. Z. Brzozy, „Burzy” W. Szekspira w reż. K. Warlikowskiego. W filmie m.in. w „Grach ulicznych” K. Krauze, „Młodych wilkach” J. Żamojdy, „Patrzę na ciebie, Marysiu” Ł. Barczyka, „Życiu jako śmiertelnej chorobie przenoszonej drogą płciową” i „Suplemencie” K. Zanussiego, „Czterech nocach z Anną” J. Skolimowskiego. W serialach m.in. „Bar Atlantic”, „Na dobre i na złe”, „Kryminalni”, „Pitbull”, „Komisarz Alex”. W Teatrze Telewizji: „Afera mięsna”, „Kontrym”, „Księżyc i magnolie”.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko