Jan Stanisław Smalewski – Minął lipiec

0
235

Jan Stanisław Smalewski


Minął lipiec

Sezon ogórkowy?

 

 

            „Lipce są pełne burz, słońca i deszczu…” – napisał jeden z poetów. „Lipiec – chleba przypiec” – mówi znane ludowe porzekadło, a chodzi w nim rzecz jasna o to, że po biednym wiosennym przednówku, rozpoczynały się żniwa i kończyła bieda na wsi. Dziennikarze utożsamiają zwykle lipiec z początkiem sezonu ogórkowego, co w przenośni oznacza społeczny luz, urlopowe uwolnienie od pracy, wakacje.

Historycznie miesiąc lipiec do niedawna (dla mojego pokolenia) wiązał się ze świętem narodowym ogłoszenia Manifestu PKWN (Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego), który jak się potem okazało, miał korzenie moskiewskie*.

Z mniej znanych społecznie dat wartych pamięci, w tym miesiącu przypadła  71. rocznica kulminacji zbrodni wołyńskiej, w wyniku której na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943-45 zginęło ok. 100 tys. Polaków, zamordowanych przez oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej i miejscową ludność ukraińską**.

Bogaty zatem i różnorodny historycznie „biogram” ma polski lipiec, a przecież nie wszystkie ważne dla narodu lipcowe daty i tradycje tu wymieniłem.

 

            Czym charakterystycznym zapisał się miniony miesiąc w tym roku? Gdyby rozpocząć od spraw światowych, na pierwszym miejscu należałoby wymienić strącenie malezyjskiego samolotu pasażerskiego z 298 osobami na pokładzie rakietą rosyjskiego buka wystrzeloną przez ukraińskich separatystów. Ale jest pełnia lata, urlopy, wakacje, rozpocznę zatem od naszego polskiego przyziemia.

            Zapytany przez dziennikarza Wojciech Cejrowski Czy Polska jest wolnym krajem? – odpowiedział z dozą charakterystycznego dla siebie sarkazmu: – Jeśli chodzi o tempo rozwoju, to tak.

            Mamy pełnię lata, kraj ogarnęły upały, zapełniły się letnikami nadmorskie kurorty. Rzekomo poprawił się stan dróg. Zgoda, ale tylko ich nawierzchni. Co z tego jednak, jak nieudolna administracja rządowa nie potrafiła do końca załatwić spraw swobodnych przejazdów przez autostrady, samochody na bramkach stoją często w kilometrowych korkach, a dojazd nad morze z Krakowa i okolic to 12 godzin z krótkich, często, weekendowych wypadów. Nie poprawia to ani bezpieczeństwa podróżujących, ani komfortu podróży. A jeszcze, gdy do tego dodamy brak kompletnej infrastruktury turystycznej w postaci zajazdów, szaletów, bezpiecznych miejsc chwilowego odpoczynku, podróże zamiast zachęcać, odstraszają wielu turystów.

            O tym, że przy okazji budowy autostrad z funduszy unijnych utopiono miliony złotych w bezsensowne osłony dróg przed hałasem, wiemy nie od dziś.

            Nowym, wydaje się charakterystycznym trendem, staje się masowe skracanie przez rodaków czasu swojego wypoczynku. Za komuny (sorry, że przywołuję ten okres, ale na czymś trzeba się oprzeć) urlopowano przeważnie przez dwa tygodnie, tak ustawione były wszystkie turnusy wczasowe, kolonijne.

            Teraz? Tydzień często to góra! Nie wiem, co na to lekarze i psychologowie pracy, ale wiem, co o tym myślą sami wypoczywający, zwłaszcza, gdy kończą swoje krótkie odpoczywanie. Źle myślą. Psioczą na pracodawców, na rząd, na drożyznę i brak pieniędzy. Gdzie tkwią przyczyny skracania urlopów? Przede wszystkim w ogólnym zubożeniu społeczeństwa, którego znaczna część przyzwyczajona do „wczasowego kursowania w góry, czy też nad polskie morze”, usiłuje wykroić jakiekolwiek oszczędności, by… tradycji stało się zadość.

            Drugą przyczyną jest pazerność (kapitalistyczna – sic!) pracodawców, dla których miesiące letnie są tak samo dobre dla pomnażania swoich zysków kapitałowych, jak inne pory roku.

            No cóż, pazerność rodzi pazerność. Skracanie czasu wypoczynku przez urlopujących, powoduje wzrost cen w kurortach. Stosowane są też np. chwyty marketingowe ze znanych nam już reklam „dwa w jednym” – (dwa tygodnie w jednym), za tę samą cenę. Wiem coś o tym, bo kilka dni temu odwoziłem wnuczkę na obóz młodzieżowy w Jarosławcu. Jeszcze w tamtym roku odpoczywała dwa tygodnie, za te same pieniądze co w tym roku za skrócony obóz do dni dziesięciu.

 

            Mamy zatem połowę lata, a sezonu ogórkowego nie widać. Nie ma go w rolnictwie, bo męczące upały latoś nie sprzyjają tym roślinom, ale i nie ma w polityce. Platforma Obywatelska na razie wyszła obronną ręką z afery podsłuchowej, ale… smród się ciągnie za nią i na dalsze konsekwencje niefrasobliwych pogaduszek polityków o Polsce podczas wódczanych spotkanek wciąż czekamy. Czeka społeczeństwo.

A ja zastanawiam się, czy przysłowiowy sezon ogórkowy w polityce międzynarodowej zakłócony przez Putina zmieni coś w sprawach Ukrainy? Czy Angela Merkel może mieć wpływ na karierę naszego premiera, czy uda mu się wyrwać z krępujących go więzów słabej kadrowo polskiej partii rządzącej?, i dostanie się on do struktur unijnych.

O słabości polityków i naszych krajowych partii politycznych pisałem już wielokrotnie, zatem nie chciałbym się powtarzać. Chcę jedynie zwrócić uwagę na słabość partii lewicowych, które nie potrafią chronić pracowników, zadbać o sprawy socjalne rodaków. Interwencjonizmu państwowego w kwestiach socjalnych takiego, jak był za komuny, już nie będzie. Przynajmniej w najbliższych latach. I nie jest to akurat „dorobkiem” nowego czasu politycznej odbudowy społeczeństwa, ale wynikiem braku doświadczenia i umiejętności rządzących.

            Za to w lipcu znów ostro zarysował się interwencjonizm serwowany wobec Polski przez Unię Europejską. Sprytne to działania i dalekowzroczne. Skierowane na polskich rybaków, chłopów, plantatorów i sadowników. Dotacje za to, i po to, żeby nie łowili ryb, nie sadzili ziemniaków, drzew owocowych (wiśni), owoców miękkich (malin, truskawek, porzeczek). Nie potępiam wszystkich form tego interwencjonizmu na raz. Mieszkam nad morzem i wiem, jak bardzo na przykład zubożał w dobre łowiska Bałtyk. Jeszcze kilka lat wstecz łowiono dorsza o przyzwoitych rozmiarach, trafiały się nawet piątaki, a teraz mimo ograniczeń (jeden rybak w lipcu ma pięć rejsów połowowych w morze), ryba ta nie przekracza na ogół kilogramowej wagi.

W rolnictwie sprawy mają się inaczej. Polska po prostu nadal nie dogania technicznie krajów zachodnich. Żyję na tyle długo, by móc wspominać i porównywać. W mojej młodości okopowe (ziemniaki, buraki) obrabiało się systemem manufaktury: ręczne sadzenie, obróbka końmi, ręczne zbieranie płodów. Rolnik ze swoją rodziną z trudem obrabiał trzy, cztery hektary ziemi. Potem przyszła skromna technika: kombajny, snopowiązałki, traktory… No i na tym czas się zatrzymał.

W tym roku obok mojej niewielkiej posiadłości Holender wykupił 150 hektarów ziemi. Przez jedno popołudnie i noc olbrzymie nowoczesne samochody i maszyny rolnicze ze wszystkim, co niezbędne, zdołały ją zagospodarować. Już rano w równiutkich jak na rysunku technicznym redlinach wylądowały ziemniaki. Gdy kilka tygodni później zakwitły białym morzem kwiecia, wjechała kolejna maszyna dokonując przez jedno popołudnie (zasięg ramion 24 metry) oprysków chemicznych. Kilka dni temu pojawiły się dwa nowoczesne kombajny ziemniaczane. Słyszałem również w nocy (w dzień panuje upał) huk transportowych samochodów. Gdy po śniadaniu wyszedłem rankiem do ogrodu, pole ziemniaczane holendra było puste, po ziemniakach nie było śladu.

Pisałem poprzednio – jeden z polskich plantatorów w pobliżu zaorał 50 hektarów truskawek, bo nie mógł znaleźć chętnych do ich zbioru. Ile mógł zapłacić od kobiałki zbieraczowi ręcznemu z pobliskiej wsi? Jemu za kobiałkę w skupie proponowano 1,50 zł.

Nie ciągnijmy tematu, wiadomo o co chodzi. Kiedyś rodacy wyjeżdżali do Niemiec, Włoch, Francji zbierać szparagi, winogrona, pomidory. Teraz to wszystko robią za ludzi maszyny. Tam, u nas jeszcze nie. I długo robić nie będą, bo polska partia ludowa jest za słaba, nie zarządza skutecznie interesami rozwoju rolnictwa, dba jedynie o to, by nie było rozgoryczenia i strajków na wsi. – By „jakoś to się kręciło”, a chłop mógł jakoś przeżyć. Podkreślam – przeżyć, nie się rozwijać. Zatem wszystko kręci się, ale nie dla interesu Polaków. Interesy na nas „kręcą” inni.

Mamy więc, co mamy. Tak jak przed wieloma już laty skutecznie wyeliminowano z naszego rynku plantatorów buraka cukrowego, teraz stopniowo eliminuje się innych. Po to, by w przyszłości planowo i skutecznie wejść ze swoimi produktami, stworzyć swoje bazy produkcyjne. By odnarodowić rolnictwo, stworzyć lepsze warunki do wykupu polskiej ziemi.

 

W lipcu doszło do porozumienia polityków PiS, Ziobrystów i Gowina. Część Polaków jest przekonana jednak, że celem wiodącym połączenia nie są interesy Polski, ale próba ratowania pozycji przegranych wcześniej polityków. Zatem zbyt powoli jednoczy się polska prawica. O skuteczność jej działań mam o tyle obawy, że wciąż brakuje w niej ludzi nowych. Takich, którym większość społeczeństwa mogłaby zaufać. Brakuje jej wyrazistych planów działania, przeciwstawiających się znacząco dotychczasowej politycznej miernocie działań rządzących.

 

Uff, gorąco. Chciałbym, by mnie też dotknął sezon ogórkowy. Jak tu jednak skorzystać z niego, gdy mimo upału od tygodnia silnie wieje lodowaty wiatr z północnego- wschodu, ryba nie bierze, poziom wody w jeziorze obniżył się o kolejne pół metra. Wprawdzie 2 kilometry od mojego domu wybudowano za fundusze unijne nowe molo na jeziorze Wicko (nota bene prywatnym jeziorze), ale ryba na nim trzyma się drugiej strony. Tam natomiast znajduje się poligon wojskowy, wstępu nie ma.

I znów zdumienie. Ryb z nowego mola łowić się nie da, bo stoi na płyciźnie. Nawet większe żaglówki nie mogą do niego podpłynąć. Pomost prowadzący na tę nową inwestycję usytuowano na wysokim wale usypanym na bagnach. Do wody nie da się podejść, nie da się wejść i pomoczyć nogi, popływać. Po co? – pytam znajomego działacza społecznego z terenu. Ponad milion złotych wydano na coś, co nikomu nie służy? A za dwa, trzy lata będzie tu łąka.

            Ano, były pieniądze, trzeba było je wydać. A molo jest nie dla żeglarzy, czy kąpiących się, lecz… jest pomostem widokowym. Dodaję: – Trzecim z kolei, bo posadowionym pośrodku dwóch poprzednich oddalonych od siebie o kilometr.

Ano, prawda, wejdzie czasami ktoś na nie (bo w pobliżu jest kilkanaście domków wczasowych), porozgląda się. Porozgląda się i zadziwi. – Jakie duże i piękne molo?! A nie lepiej byłoby do wioski wybudować nową drogę (jest dwa kilometry kocich łbów, a do mola prowadzi droga polna), albo oczyszczalnię ścieków, żeby chłopi z pobliskich wsi nie truli toksynami jeziora?

To tylko jeden z przykładów zarządzania funduszami unijnymi. Przykład z tak zwanego własnego podwórka. A ile innych tego typu przykładów można by podać z całego kraju?

 

            Wróćmy do podróżowania. Moi znajomi z Ustki (starsze małżeństwo) w ogóle już nie ruszają się latem nigdzie samochodem, bo boją się wypadków drogowych. Coraz więcej naćpanych młodych kierowców siada za kierownicę. – O! Zobacz, ostatnio nawet były mąż Edyty Górniak zabił samochodem na przejściu kobietę – powoływali się na tak zwany żywy przykład z natury.

Przyjaciele z Wrocławia – małżeństwo naukowców natomiast za czorta nie wsiądzie już do samolotu. Mieli w niedalekiej przeszłości przygodę z podróżą lotniczą, która tylko przez przypadek skończyła się dla nich dobrze i jak twierdzą była dla nich ostrzeżeniem.

Tegoroczny lipiec przyniósł dwie kolejne duże katastrofy lotnicze; samolotu algierskich linii lotniczych i wspomnianego już na początku felietonu malezyjskiego Boeninga zestrzelonego rosyjską rakietą. Dodajmy: omal nie doszło do kolejnej katastrofy cywilnej – z udziałem polskiego samolotu, zmuszonego do lądowania w Pradze.

Nie do wszystkich przemawia, że w każdej chwili w powietrzu znajduje się tysiące samolotów i jest to – jeszcze – najbezpieczniejsze podróżowanie po świecie. Przemawia natomiast co innego – w katastrofach lotniczych ginie jednorazowo od kilkudziesięciu do kilkuset osób.

W katastrofie malezyjskiego Boeninga zginęło 298 niewinnych ludzi, którzy w większości lecieli właśnie odpocząć, na wakacje. Na pokładzie m.in. było dużo europejczyków, w tym Holendrów. Zaangażowana politycznie koleżanka mojej małżonki mieszkająca na stałe w Holandii powiedziała jej przez telefon, że tego zestrzelenia Rosjanom Holendrzy nie darują. Nie wie jeszcze, co zrobią, ale na pewno Putinowi na sucho to nie ujdzie.

Zestrzelenie cywilnego samolotu radziecką rakietą, będącą na wyposażeniu wojsk rosyjskich zaostrzyło w lipcu jeszcze bardziej stosunki polityczne pomiędzy wielkimi mocarstwami i Rosją.

 

Wyjaśnijmy: 9K37 Buk to system kierowanych rakiet ziemia – powietrze opracowany w 1979 r. przez ZSRR. Nowsze wersje tego systemu będące na wyposażeniu wojsk Putina odporne są na wszelkie zakłócenia radiolokacyjne i przeznaczone do zwalczania rakiet typu Cruise oraz samolotów manewrujących.

 

Świat bardzo ostro zareagował na ten akt terroryzmu międzynarodowego, którego od kilku miesięcy skutecznym poplecznikiem stał się prezydent Rosji Putin. Nie miała już wyjścia ociągająca się z sankcjami gospodarczymi wobec Rosji kanclerz Niemiec. Pozostając zresztą pod wpływem nacisków partii rządzącej włączyła się z serią nowych, dokuczliwych dla Putina sankcji w sferze biznesu i finansów. Ogłoszono przy tym, że zerwanie kontraktów dotyczących przemysłu zbrojeniowego i paliwowego byłoby mało skuteczne w perspektywie potrzeby osiągnięcia szybkich skutków działania, dotykających gospodarkę Rosji.

Z handlem bronią, produkcją uzbrojenia, okrętów wojennych pomiędzy Zachodem (Francja np. buduje dla Rosjan okręty) jest tak, jak ze sprzedażą w sklepie pistoletu mężowi, który chce zabić żonę. – My tobie wyprodukujemy broń, z której potem ty możesz nas zabić…

Od lat jest to bardzo dochodowa, ale i niezwykle niebezpieczna polityka, w którą zaangażowane jest wiele krajów na świecie. W której swój znaczący udział ma też Rosja.

Dlatego Putin nadal szydzi sobie z Zachodu, i ma w nosie to, co mówi na niego i robi przeciwko niemu prezydent Obama.

Prezydent – strateg byłej KGB radzieckiego sorta skutecznie – póki co – realizuje swoją wizję wielikiej Rosiji, szukając nowych sprzymierzeńców w Ameryce Południowej, Afryce i Azji. M.in. wykorzystał do tego swój pobyt na finałowym meczu mundialu w Brazylii, skąd potem wracając samolotem – wg. niektórych przychylnych mu mediów – miał być pomylony z samolotem malezyjskim.

Szkoda – myślę sobie, że NATO nie potrafi narzucić swej woli Putinowi. Nie potrafi zmusić go do zapewnienia bezpieczeństwa lotów nad Ukrainą. Milczeniem zbywa na razie prośby prezydenta Ukrainy Poroszenki o wsparcie militarne, bez którego Ukraina sama (pozbawiona wcześniej nowoczesnych bronii przez Rosję) się nie obroni.

Rozpad partii rządzących i upadek rządu Ukraińskiego, jaki się dokonał 23 lipca, sytuację na Ukrainie jeszcze pogorszył. Nie wiadomo też, czy nie przedłuży, nie rozszerzy stanu wojny pomiędzy wojskami ukraińskimi i separatystami, widocznie wspieranymi z terytorium Rosji.

 

W lipcu napięcie wokół polityki Putina w skali światowej wzrosło. Kurs na izolację Putina pogłębił się. Wiadomo, że Rosja to nie dawne ZSRR. Dużo łatwiej i znacznie prędzej można ją izolować. Zahamowanie terroryzmu rosyjskiego leży nie tylko w interesie Ukrainy, ale w dłuższej perspektywie także całej społeczności międzynarodowej.

Z aprobatę w tej sytuacji przyjąłem naszą decyzję parlamentu odwołującą planowane wcześniej obchody na 2015 rok „Roku kultury Rosyjskiej w Polsce” i odwrotnie. Nie da się bowiem upowszechniać kultury, nie wypada tego robić w stosunku do państwa, które w polityce posługuje się wojną i terrorem.

Nie można też utrwalać w świadomości twórców rosyjskiej kultury czegoś, co oni uznaliby za szacunek dla hołubionego przez nich mocarza (o dziwo!), jakim dla wielu z nich jest Putin.

 

 

*/ Manifest PKWN (Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego) – tak zwany Manifest Lipcowy, to odezwa do narodu polskiego ogłoszona 22 lipca w Chełmie Lubelskim. W rzeczywistości został podpisany i zatwierdzony przez Stalina w Moskwie 21 lipca 1944. Wzywał do walki z okupantem niemieckim, ustanawiał Krajową Radę Narodową jako jedyne legalne źródło władzy i delegalizował rząd londyński, zapowiadał utworzenie Milicji Obywatelskiej i ukaranie zbrodniarzy hitlerowskich, nacjonalizację przemysłu i rozdanie chłopom ziemi, bezpłatne nauczanie, repatriację Polaków pozostających na obczyźnie.

    Manifest podpisali członkowie PKWN z przewodniczącym Edwardem Osóbką-Morawskim i wiceprzewodniczącymi Wandą Wasilewską oraz Andrzejem Witosem na czele.

 

**/ Według szacunków polskich historyków nacjonaliści ukraińscy zamordowali około 100 tysięcy Polaków. 40-60 tysięcy zginęło na Wołyniu, 20-40 tys. w Galicji Wschodniej, co najmniej 4 tysiące na terenie dzisiejszej Polski. Terror szerzony przez UPA spowodował, że setki tysięcy Polaków opuściło swoje domy, uciekając do centralnej Polski.

W odwecie za zbrodnię wołyńską Polacy zabili ok. 10-12 tys. Ukraińców, w tym 3-5 tys. na Wołyniu i w Galicji Wschodniej.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko