Z lotu Marka Jastrzębia – Stanie z boku, czyli młócenie słomy, deptanie kapusty, robota głupiego

0
255

Z lotu Marka Jastrzębia

 

Stanie z boku, czyli młócenie słomy, deptanie kapusty, robota głupiego



Salvador DaliPrawda to podstawowa i niemal banalna, że Państwo jest dla narodu, a nie odwrotnie. Teoretycznie można rzec, że jest znana od lat, lecz co z tego! Choć znana, w krajach niedorozwiniętych i potłuczonych, czyli u nas, nie istnieje: w kraju nad Wisłą to naród jest dla państwa i nie ma gadania.


Buntujemy się, wmawiamy sobie, że nie myślimy w ten sposób, ale fakty wskazują, że prawda jest inna, niż chcemy, by była; zależy od naszej mentalności. Od naszego niewolniczego usposobienia.

Od prawie dwustu lat (z drobną przerwą na dwudziestoletnią niepodległość) szarpano naszym krajem na różne strony: wzdłuż, wspak i w poprzek. W tak zwanym międzyczasie, przeżyliśmy zabory i dwie okupacje. Pod pozorem wolności, różne patriotyczne chorągiewki sprawowały nad nami władzę i dzierżyły w rękach nasz los. A myśmy się z tym godzili.


Przez pokolenia, odwykliśmy od poczucia narodowej godności. Przeważnie byliśmy sami. Sojusze, gwarancje, liczenie na jakąkolwiek pomoc ze strony zachodnich mocarstw należało do iluzji, pomyłek wywierających piętno na naszym myśleniu.


Nie chodzi o to, że lubimy taplać się w nieszczęściach. Ale wystarczy popatrzeć, jak nas traktowano w czasie wojny i po wojnie. O tym, że od jej początku walczyliśmy z Niemcami, że biliśmy się o Anglię, że zrobiliśmy Powstanie Warszawskie i na terenie naszego kraju znajdowały się obozy koncentracyjne, nie mówiono wcale, albo mówiono półgębkiem. Przy kompletnym zobojętnieniu ludzi takich, jak Churchill, człowiek dbający o Polskę mniej, niż o swoją szklaneczkę ze szkocką, koniunkturalista flirtujący ze Stalinem, który w Jałcie wykolegował nas z nadziei; jako ubodzy krewni, nie mieliśmy nic do powiedzenia: przy milczącej aprobacie przyjaciół, odesłano nas do diabła.


Od rozbiorowych czasów tkwiliśmy we frustrującej sytuacji petenta. Dziada żebrzącego o sprawiedliwość. Zamiast oczekiwanej sprawiedliwości otrzymaliśmy prawo do życia między młotem, a kowadłem.


Po, jak powiadają, odzyskaniu niepodległości, naiwnie sądziliśmy, że możni tego świata zaczną nas zauważać. Nic z tego: znowu jesteśmy uwikłani w obronę cudzych interesów: walczyliśmy za nienaszą sprawę w Iraku i w Afganistanie dostając w nagrodę brak wiz, samoloty ze złomowiska, rakiety na pych i obiecanki do luftu. I znowu, jak niegdyś przy RWPG, tak teraz pokornie wieszamy się przy pańskiej klamce UE.


*


Kiedyś mówiło się ”powraca nowe”. Kiedyś? Ejże: powracające nowe mamy wciąż. Stale i na każdym kroku możemy zobaczyć efekty reformatorskiej dreptaniny fachowców od psucia powietrza.


Jesteśmy zafascynowani pozorami, uprawianiem pustosłowia, poruszaniem tematów zastępczych, podczas gdy te, które należałoby rozwiązać od razu i zupełnie, zatruwają nam rzeczywistość.


Skazujemy się na wasalstwo i już nie potrafimy żyć bez bata; po staremu na wiele rzeczy nas NIE STAĆ (między innymi nie stać nas na prawidłowo funkcjonujący rozum). Tak jak nie stać nas na wykreowanie międzyludzkich więzi czy realizację odwiecznych marzeń o społeczeństwie obywatelskim.


Po staremu jesteśmy zastraszeni, boimy się samodzielnie myśleć, wyrażać własne zdanie, obawiamy się wszechobecnych kreatur z politycznego świecznika, małych i dużych donosicieli lub oszuścików wyrastających z nicości, a boimy się z przyczyn ekonomicznych, pozalogicznych, wszechpodsłuchowych. Brakuje nam etycznego zdefiniowania różnic między dobrem, a złem, określenia granic pomiędzy odwagą cywilną, a moralnym tchórzostwem eufemistycznie nazywanym: stanie z boku.


Powróciło nowe. Jeszcze nieoficjalnie, jeszcze kuchennymi drzwiami, powolutku i cichcem, lecz już jest.


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko