Anna Maria Musz – o „Błędnych ogniach” Teresy Rudowicz

0
53

Anna Maria Musz


„Miasta-palimpsesty” i podróż przez obrazy – o „Błędnych ogniach” Teresy Rudowicz

 

 

Przyznaję, czekałam na tę książkę. Wypatrywałam jej od czasu, gdy na stronie Zaułka Wydawniczego „Pomyłka” ze Szczecina zauważyłam intrygującą, ciemną okładkę z przenikającymi się fragmentami słów (zastąpioną później przez zgeometryzowaną kompozycję w pastelowych barwach). „Błędne ognie” Teresy Rudowicz, bo o tym tomie mowa, to zapis ciekawych, bogatych i trudnych podróży przez kulturę, historię i najbardziej złożone ludzkie uczucia.

            Nowy tom wierszy kaliskiej poetki podzielony został na trzy części: „Wędruję”, „Wracam” i „Odchodzę”. Jednak nawet bez stron tytułowych, rozgraniczenia między tymi trzema cyklami wierszy byłyby czytelne. To osobne całości, niezwykle spójne wewnętrznie – podobny zabieg formalny sprawdził się z już zresztą w poprzednim tomie tej samej autorki – „Korzeniu werbeny”. Tam kolejne teksty spajały miesiące, godziny i kamienie szlachetne, do których odwoływał się podmiot liryczny, tu – są to odwiedzane kolejno miasta, oglądane w muzeach dzieła sztuki, a wreszcie – etapy przemijającego uczucia i rozstania.

            Utwory z pierwszej części tomu – „Wędruję” – to poezja powstała w miejscach przecięcia wielkiej historii (uniwersalnej) z małą historią (ludzką). Pozorna powtarzalność formy wierszy, zwłaszcza incipitów („pojedźmy na wschód”, „zaczniemy od Mołdawanki”, „do Duszanbe jedźmy w poniedziałek”) doskonale oddaje monotonny rytm podróżowania – niezależnie od tego, czy chodzi o marsz, czy o podróż jakimkolwiek środkiem lokomocji. I choć trudno nazwać dwoje bohaterów tej części książki pielgrzymami, to jednak podążając za rytmem poetyckiej frazy dosłownie wyczuwa się rytm ich kroków i kołyszące się w tym marszu sylwetki – spokojnie i w zamyśleniu, jak w wierszu „Teodozja”:

 

każdy nosi w sobie dżumę, więc to nie musi być Oran,

zresztą nieważne jest miasto, dzisiaj oddalmy przeszłość.

chcę, by było jak u Ajwazowskiego: zachód słońca,

spokojne morze, plaża – idźmy, aż do tamtych ruin.

 

(„Teodozja”)

 

Podróż zaczyna się w Krzemieńcu, kończy – w Petersburgu i w zdecydowanej większości biegnie przez Europę Wschodnią i dalej, sięgając aż do syberyjskiego Tajszetu czy uzbeckiej Samarkandy. Na kolejnych kartach przenikają się między innymi wątki polskie, rosyjskie, ukraińskie, żydowskie, a nawet niemieckie. Pojawia się i chrześcijaństwo, i prawosławie, i judaizm, i islam. Nie sposób odtworzyć tych ścieżek w jednej recenzji – zresztą podobny zabieg mijałby się z celem, ponieważ bogactwo przywoływanych motywów sprawia, że każde omówienie będzie niepełne w obliczu postaci (także literackich), wydarzeń i miejsc, które się tu pojawiają.

            Zwróćmy jednak jeszcze uwagę na bohaterów tej części „Błędnych ogni”, którzy nie ograniczają się tylko do zwiedzania, obserwowania i opisywania pamiątek z podróży. Oni podróżują ze sobą, a w odwiedzanych przez nich miejscach, rozgrywa się także ich własna historia – niełatwego uczucia, konfliktu osobowości i poczucia wspólnoty, niepokojów, troski, czy nawet świadomości przemijania znajomych światów.

            Podmiot liryczny wywędrowuje do miejsc, a powraca – w dzieła sztuki. Druga część tomu – „Wracam” – to historia już innej miłości, opowiedzianej właśnie spojrzeniami na dzieła sztuki z najsłynniejszych muzeów świata. Ten cykl wierszy osnuty jest wokół losów dwóch bohaterek. Subtelnie opowiedziana i niedopowiedziana historia sprawia, że granica między kobiecą przyjaźnią a fascynacją (także erotyczną) staje się tu płynna. Z wielu wersów można jednak wywnioskować, że jest to znacznie więcej, niż przyjaźń:

 

były dwie kobiety w niebieskim ogrodzie,

jedna dała drugiej owocu skosztować

i ogród je przyjął i szumiało drzewo.

 

(„Pomiędzy dwiema”)

 

Teresa Rudowicz doskonale odnajduje się w pisaniu historii od nowa. Do każdej odległej przeszłości, mitów, obrazów i dzieł literackich dopisuje własną kontynuację. To twórcze śledzenie śladów połączone z bardzo osobistym ożywianiem dorobku ludzkości – na własny, prywatny użytek. Czy dla podmiotu lirycznego jest to sposób, by ocalić własną historię – właśnie dzięki wplataniu jej w to, co przetrwa, bo wiele znaczy dla ludzkości? A może jest to raczej czysto osobista potrzeba utożsamienia z tym, co zachwyca, porusza i zapada w pamięć – jak w wierszu „Lukrecja”?

 

myślisz, że z tego powodu Lukrecja ma jej twarz,

a ja twarz Lukrecji. wszystkie mamy coś do ukrycia. 

w świecie kobiet łatwiej uwierzyć w kolory,

potem mieszać je ze sobą, aż powstanie obraz,

wtedy Lukrecja odchyli głowę, Artemisia odsłoni piersi,

a ja przywołam Cię gestem.

 

(„Lukrecja”)

 

Postrzeganie malarstwa w „Błędnych ogniach” daleko odbiega jednak od stereotypowego obcowania z pięknem. Piękna jest tu tyle samo, co brzydoty – szczęścia tyle samo, co okrucieństwa i trudu.

            Obrazy prowadzą bezpośrednio do trzeciej części tomu – „Odchodzę”. Bohaterki pozostają prawdopodobnie te same, ale wiersze łączą się w poemat o rozstaniu. Nie potrzebują już tak mocnego wsparcia i dekoracji geograficznych i kulturowych. Akcja wierszy przenosi się w świat przeżyć wewnętrznych i zamkniętą przestrzeń między bliskimi sobie osobami – właściwie w przestrzeń, która powoli się otwiera i rozdziela, bo przecież jesteśmy świadkami rozstania.

            Bohaterowie wierszy Teresy Rudowicz nie są błędnymi ogniami. Wprawdzie pojawiają się i znikają, nigdzie się nie zakorzeniając, ale wnikają bardzo głęboko w klimat miejsc i sytuacji. Cenna to podróż i niezwykle owocna. A w kontekście obecnych komplikacji historycznych może także szczególnie potrzebna – ukazująca, w jak bardzo skomplikowaną historię wpisane jest każde ludzkie życie.

 

——————————————–

Teresa Rudowicz, „Błędne ognie”, opr. graf. Anna Paszkowska. Wyd. Zaułek Wydawniczy „Pomyłka”, Szczecin 2014, s. 95.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko