Andrzej Wołosewicz – Zanim pojawią się rzesze znanych i nieznanych miłośników i znawców Tadeusza Różewicza

0
144

Andrzej Wołosewicz

 


Zanim pojawią się rzesze znanych i nieznanych miłośników i znawców Tadeusza Różewicza


 

Filip Wrocławski

            Różewicz poetycko umarł dla mnie już wiele lat temu. Zaczytywałem się nim w latach studenckich, czyli na przełomie lat 70/80. Potem go właściwie nie czytałem. Podejrzewam – to diagnoza z dziś, po latach – że z dwóch powodów. Najpierw dlatego, że pochłonęło mnie życie, rodzina, przetrwanie w tych trudnych latach – także dla zwykłego życia, nie tylko dla życia „powietrzem wolności”, którego brakowało – stanu wojennego i nie łatwiejszych ekonomicznie czasach początków transformacji. Po drugie sam „pisałem Różewiczem” i podejrzewam o to właśnie owo zaczytywanie się aż do przesiąknięcia. Opuściły mnie wtedy wszelkie możliwe poetyckie ozdobniki, zaś iluzoryczna pojemność słów uciekała tym bardziej, im bardziej (studiując filozofię i przez lata pracując jako filozof akademicki) zaglądałem pod ich podszewkę (fraza zaglądania pod podszewkę słów weszła nawet do mego poetyckiego słownika). Język stawał się suchy i rzeczowy do tego stopnia, że miałem niemal 15 lat przerwy w pisaniu wierszy; nawet mówiłem, że nie tyle przestałem je pisać, co one, wiersze przestały mi się pisać. To była bardziej ich decyzja, pewnie im się w jakiś sposób wyczerpałem.

            Potem już tylko  – wróćmy do Różewicza – czasami trafiałem na jego pojedyncze wiersze (np. swego czasu we „Wprost”). Oczywiście przeczytałem w 1998 „Zawsze fragment. Recycling” i…. nie odnalazłem tam swego dawnego Różewicza. Stara miłość (jednak!) nie rdzewieje, więc nabyłem lat temu kilka różewiczowskie „Utwory zebrane” Wydawnictwa Dolnośląskiego, ale właściwie do nich nie zaglądałem zadawalając się, że są. Obok i pod ręką. Tak, mam takie poczucie fizycznej obecności wierszy w książkach, po które mogę w dowolnej chwili sięgnąć. Piszę o tym, bo jestem tuż po lekturze książek: Aliny Świeściak „Lekcje nieobecności. Szkice o najnowszej poezji polskiej (2001 – 2010)”, (Instytut Mikołowski 2010), Anny Kałuży „Bumerang. Szkice o polskiej poezji przełomu XX i XXI wieku” (Biuro Literackie, Wrocław 2010) i powtórnej już (ze względu na zajęcia ze studentami) lekturze „Literatury w czasach zarazy” Jarosława Klejnockiego (Prószyński i S-ka 2006). Lektur tych dokonuję dlatego, że znęcamy się na tychże zajęciach nad naszą poezją przełomu XX i XXI wieku. To, co mnie w tych, jakże przecież różnych, książkach uderza, to to, że ich autorki i autor pisząc o rzeszach poetów młodych, młodszych i najmłodszych, średnio młodych i starzejących się już nieco, czyli o tych wszystkich debiutach ostatniego ćwierćwiecza, obok właśnie debiutantów wszelkiej maści i koloru omawiają Różewicza. Dlaczego? Nie ze względu na jego aktywność (znam innych w jego wieku równie aktywnych w tym czasie, których w tych omówieniach nie uświadczymy), lecz dlatego, że on według autorów tych podsumowań wytrwale sekundował tej samej rzeczywistości, co te zastępy młodych. I w tym sensie był na czasie, choć ten czas inaczej widzi, ocenia i opisuje.

            Zbiegły się więc u mnie te lektury ze śmiercią Różewicza. Całe to powyższe pisanie stanowi alibi dla prezentacji wiersza, który napisałem dobrych kilka lat temu (druk w tomiku „Monogram ze starych zegarów”, Wydawnictwo ASTRA, Łódź 2010). Podaję te dokładności, ponieważ był on moim rozliczeniem Różewiczem a nie koniunkturalnym tu i teraz. Do samego Różewicza pewnie wrócę (skoro – jak rzekłem – jest pod ręką), o ile go w ogóle opuściłem…

 

 

Czytał mnie Różewicz

 

są dwa rodzaje lektury

ja to już wiem

 

pierwszy – bierzesz książkę i czytasz

a w drugim to książka czyta ciebie

 

tak właśnie czytał mnie Różewicz

i tuzy południowoamerykańskiego boomu

 

„Niepokój”, „Czerwona rękawiczka”, „Twarz”,

„Nic w płaszczu Prospera”, „Rozmowa z księciem”

 

„Sto lat samotności”, „62. Model do składania”,

„Tyran Banderas”, „Legendy gwatemalskie”

 

„Mister Taylor i inni”, „Lustro”,

„Miasto i psy”, „Raport Bordiego”

 

potem czytały mnie Stachurowe tłumaczenia wierszy Borgesa

czy Michela Deguy bardziej niż samego Steda

 

bierzesz książkę do ręki i zaczyna się

wersy, strony, stół czy fotel, ty, herbata, słowa

 

wszystko w napięciu wymieszaniu symbiozie

żeglujesz płyniesz czasem z trudem łapiesz oddech

 

jeśli wychodzisz z tego odpowiednio pogruchotany

rozbity i złożony na nowo

 

ciesz się

właśnie zostałeś przeczytany

 

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko