Zdzisław Antolski – Rozmyślania wiejskiego proboszcza

0
156

Zdzisław Antolski



Rozmyślania wiejskiego proboszcza


 

Olga Boznańska

Ksiądz proboszcz, Antoni Tarwa, po przeglądzie uli w swojej pasiecie, usiadł pod lipą, na wyplatanym wiklinowym fotelu. Po drugiej stronie drogi, obok szkoły, stała pasieka kierownika Mateusza. Ule u niego były nowe, podwójne, warszawskie, pomalowane na żółto i zielono. Ale ksiądz Tarwa za nic nie wymieniłby na inne swoich małych, starych i sczerniałych, uli odziedziczonych po poprzedniku na probostwie, przyzwyczaił się do nich i jego pszczoły też na pewno nie życzyłyby sobie przeprowadzki. Ludzie teraz wszystko chcą nowe i najlepiej plastykowe, nawet meble, ale to świecidełka dla Murzynów. Stare meble na plebanii, stoły i szafy, trzymały się doskonale, choć pamiętały powstanie listopadowe.

Plebania i szkoła patrzyły na siebie oknami, poprzez drogę wypełnioną żółtym lessowym kurzem, który w razie deszczu natychmiast zamieniał się w lepkie, tłuste błoto. Nieco na zachód, na podwyższeniu, za kamiennym murem stał biały kościół, otoczony drzewami: kasztanowcami, lipami i robiniami akacjowymi, za nim bielały cmentarne nagrobki i strzelała neogotyckimi wieżyczkami kapliczka dziedziców Olszowskich. Przed kościołem był obszerny plac kończący się nagłym urwiskiem. Na brzegu urwiska cień dawała długa aleja kasztanowców. Na wschodzie widok zasłaniała zagroda chłopa o nazwisku Świt. Rodzina ta mieszkała tu od pokoleń, a ich nazwisko chyba nie było przypadkowe, bo kiedy słońce wschodziło znad Wiślicy i rozglądało się po okolicy, to pierwsze swoje promienie rzucało właśnie na tę zagrodę.

Za plecami ksiądz Tarwa miał zbocze wzgórza osłaniającego wieś od północy, ale na południe odsłaniał się widok rozległy na cała okolicę. Wieś leżała w dolinie, pomiędzy dwoma wzgórzami, na jednym był kościół z plebanią i szkołą, a na drugiej dwór dziedzica Lubowieckiego. Ale tak było jeszcze w czasie wojny, zaraz po tak zwanym wyzwoleniu, dwór chłopi rozgrabili i roznieśli po kawałku. Zostało tylko jakieś niewielkie gruzowisko i piwnica. To było istotne zaburzenie krajobrazu kulturowego, jak amputacja, obcięcie jednej ręki, albo bardziej poetycko: jakby wielki ptak stracił jedno skrzydło. W kościele nadal stała ławka kolatorska, ale od czasów wojny – pusta, bo dziedzic Lubowiecki nie lubił w niej siadać, przypominała mu dobre przedwojenne czasy, kiedy w jego dworze ówczesny proboszcz był gościem, a w każdym niedzielnym kazaniu musiał wymienić jakiś przykład ze wspólnych biesiadowań i pogaduszek.

Dziedzic nie podlegał reformie rolnej, gdyż cały majątek przehulał przed wojną, ale zdążył jeszcze uposażyć chyba pięcioro swoich nieślubnych dzieci. Zostawiono mu wielki sad owocowy, jako resztówkę, a sam Lubowiecki wynajmował mieszkanie u znajomego chłopa. Zresztą na zimę wyjeżdżał do Kielc albo do Krynicy czy Nałęczowa, żeby podreperować zdrowie. Władza jakoś się go nie czepia, choć kapitan Gera z Pińczowa cierpliwie dopytuje, co nowego u dziedzica.

Ano nic, polityką się interesuje mało, tyle co wszyscy, z gazet czyta „Przekrój” i „Tygodnik Powszechny”, które prenumeruje. Ale z dworu wyniósł mnóstwo albumów fotograficznych, roczniki „Strzelca”, „Biesiady Literackiej”, „Żołnierza Legionów i P. O. W.”, „Tygodnika Illustrowanego” i wiele innych gazet, wszystkie pięknie oprawione w kolorową tekturę przez Żyda w Pińczowie. Dziedzic legionista i piłsudczyk zawołany, przyjaźnił się z Wieniawą-Długoszowskim, który kilka razy przyjeżdżał do niego na polowanie i na bal.

Kiedy się patrzyło na wieś z góry, ze wzgórza pod kościołem, widać było wyraźnie, że drogi wytyczone są na kształt krzyża wpisanego w koło. I to bardzo precyzyjnie, jakby gigantycznym cyrklem. Najdłuższa otaczała wieś koliście, a dwie inne, przecinały ją przez środek. W środku wsi, w miejscu przecięcia się dróg był duży plac niezabudowany. Kiedyś był tam staw, powstały poprzez spiętrzenie wody w strudze. przed wojną dziedzic Lubowiecki hodował tam karpie Niestety woda wyschła, Spółdzielnię Produkcyjna zmarnowała wiele jego urządzeń. Pewnie dlatego na wiosnę woda z rzeczki zalewała zagrody, bo zniszczono cały system przegród oraz stawów, jakie budowano tu przez wieki.

Profesor Schmitt, z którym proboszcz po niedzielnej sumie, dzielił się swoimi spostrzeżeniami, amator historyk regionu oraz erudyta w jednej osobie, nie miał wątpliwości, że kształt słońca, jaki wieś przedstawia z lotu ptaka, był celowy i zaplanowany. Jakby tego było mało, każde gospodarstwo umiejscowione przy drodze obiegającej wieś miało sad owocowy w kształcie prostokąta, leżący po drugiej stronie drogi. Dzięki temu wieś-słońce miała swoje promienie i teraz już zupełnie jasno było widać, że przypomina gwiazdę.

Kto zaplanowała taki kształt wsi? Czy może „książę silny wielce”, czyli przywódca plemienia Wiślan, o którym wspomina „Legenda Panońska”? Czy może Celtowie, którzy ponoć tu przebywali. A może jakieś inne plemię wyznające kult słońca?

Wzgórze, na którym stały budynki kościoła, plebanii i szkoły oraz dom stolarza Kowalczyka na doczepkę, było tylko stopniem, tarasem do wzgórza jeszcze wyższego, a właściwie długiego na wiele kilometrów garbu. Jakby nagle od północy zachodził na wioskę jakiś obcy kontynent, który zatrzymał się w pędzie. Był to rozległy płaskowyż, charakterystyczny dla Ponidzia garb wapienny.

Ciągnął się na przestrzeni około pięciu kilometrów, łagodnie wznosił się na wschodzie, a na zachodnim krańcu zwieńczony był grodziskiem, czyli głęboką fosą i gruzowiskiem z wejściem do piwnic i lochów. Na zboczach góry rosły dziewięćsiły i miłki. W powietrzu unosiły się majestatycznie myszołowy. Dziko tu było i tajemniczo. Dalej na zachód teren nagle opadał urwiskiem, niemal pionowo, niżej wiły się głębokie wąwozy, na brzegach porośnięte kolczastymi krzewami, a dalej szumiał las, pełen grzybów. Na zboczach garbu tworzyły się nowe wąwozy pod wpływem opsów i erozji gleby.

Ksiądz Tarwa nie taił przed wiernymi, że nie żywi specjalnego sentymentu do osoby Józefa Piłsudskiego. Zwłaszcza życie prywatne marszałka, liczne rozwody i zmiany wyznania, aby wziąć kolejny ślub, budziły jego niesmak. A nie było to łatwe, bo wieś była patriotyczna, dużo młodych poszło walczyć w szeregach polskiego wojska. Dziś, jako starzy kombatanci, wiarusy legionowe, przesiadywali na ławeczce przed sklepem spółdzielczym w środku wsi, żywe eksponaty minionej epoki, chwalili się swoimi rogatywkami i świecili medalami. Jednak kapitan Gera z pińczowskiego SB zakazał im tych sanacyjnych demonstracji.

Józef Piłsudski na czele Pierwszej Brygady Legionów Polskich zajął Kielce dwunastego sierpnia 1914 roku. Odwiedził wtedy biskupa Łosińskiego, szukając u kleru, który miał wielki autorytet w społeczeństwie, a zwłaszcza wśród chłopów, poparcia dla swojej inicjatywy militarnej. Liczył zresztą na wybuch powstania w zaborze rosyjskim, ale się przeliczył. Chłopi za „swoich: uznawali Rosjan, a nie Austriaków, z którymi sprzysiężony był późniejszy Naczelnik Państwa. Ziemianie nie mieli jednak ochoty na drugie powstanie styczniowe, byli zbyt osłabieni represjami carskimi. Ale rozmowa z biskupem się nie kleiła. Łosiński podlewał paprotki w oknie i kierował rozmowę w stronę pogwarek o pogodzie, a Piłsudski ostentacyjnie ziewał.

Podobno biskup nie traktował legionistów zbyt poważnie, uważał ich za awanturników, a swoje nadzieje polityczne wiązał z Dmowskim i Narodową demokracją. Zresztą wyprawa Piłsudskiego kosztowała miasto, i samego Łosińskiego, słono, bo Rosjanie wrócili i zażądali pieniężnej kontrybucji, a w razie odmowy zagrozili ostrzelaniem miasta z ciężkich dział.

Kiedy zmarł Marszałek, ksiądz Tarwa był klerykiem w Seminarium w Kielcach i pamiętał te oskarżenia przez zagorzałych piłsudczyków, że biskup Łosiński, prywatnie popierający Romana Dmowskiego i Narodową Demokrację, zakazał bić w dzwony, kiedy pociąg z trumną wodza zajechał na kielecki dworzec. Tłumy kielczan i przyjezdnych trwały na dworcu przed trumną ukochanego wodza i marszałka.

Była to nieprawda, biskup chciał zacząć bić w dzwony o ustalonej przez siebie porze, wszak był gospodarzem katedry i dzwonnicy, ale grupa rozszalałych oficerków sanacyjnych wdarła się do dzwonnicy, a następnie zaczęła bić w dzwony bez zezwolenia władz kościelnych. Następnie Biskupowie wybito kamieniami szyby w oknach. Rosyjskiej cerkwi już nie było, została rozebrana.

Następny biskup, ksiądz Czesław Kaczmarek, już był piłsudczykom bardziej przychylny i kiedy generał Sosnkowski otwierał w pałacu biskupim sanktuarium Marszałka Józefa Piłsudskiego odsłaniał pomnik czwórki legionowej, brał udział w uroczystości, biskup stał na trybunie i był nawet na uroczystym raucie. Pewnie za to tak znienawidzili go komuniści, nie dość, że trzymali go w więzieniu, ale jeszcze sprokurowali tę ohydną książkę byłego księdza Świderskiego „Oglądały oczy moje”, gdzie są same kłamstwa i kalumnie na biskupa.

A ten kapitan Gera z SB, czy on nie Żyd przypadkiem jest? – zastanawiał się proboszcz. Włosy ma czarne, choć przylizane, a Żydzi mieli raczej kręcone, ale nos, jak gaśnik, jak to mówią, ksiądz się uśmiechnął w myślach, w kręgach kościelnych. Przed wojną mówiono, że wszyscy kapitaliści to Żydzi, ale okazało się potem, że komuniści to też Żydzi, czyli sprawdza się jeszcze jedno powiedzenie, że Żydzi są wszędzie. Tarwę najbardziej bolało, że przed wojną przełożeni zakazywali mu chodzić do kina, bo przemysł filmowy był w rękach żydowskich i miał według nich demoralizować katolików. A ksiądz bardzo lubił kino i kilka razy zgrzeszył, był w kinie „Czwartak” na filmie ze Smosarską i Eugeniuszem Bodo. Później się ze swojego grzesznego czynu spowiadał.

Właśnie przed kinem jakoś, poznał się z młodym poetą Michalskim, który chodził do gimnazjum Reya, tuż obok Seminarium. Młody Michalski pochodził z podkieleckiej wsi. Debiutował w książce „Gołoborze”, wspólnie z i kolegami ze swojej szkoły. Mówiono o nich „nasi Skamandryci”. Poczciwa chłopska twarz, jak kartofel, ze stosownymi bąblami jakichś pryszczy, szczere oczy. Ludowiec i socjalista, ale wszystko zgodnie z prawem, natomiast w czasie wojny przystał do komunistów. Dla kariery, czy z konieczności, a kto go tam wie? Pod koniec wojny, Kidy ziemia już dudniła od sowieckiej artylerii, nagle odnalazł się tu, na Ponidziu, i w przysiółku na Grabach, pod lasem chroberskim, chroniony przez zrzutków sowieckich, zakładał konspiracyjną Wojewódzką Radę Narodową. Zwykły chwyt propagandowy komunistów, jeszcze wojna nie zakończona, a oni już chcą złapać władzę. Ksiądz Tarwa nie był naiwny ani głupi, to była zaplanowana akcja polskich komunistów zakotwiczonych przy Rosjanach, bez ich wiedzy nic na tyłach frontu nie mogło się wydarzyć. A dziś Michalski dodał sobie przydomek „Ozga” i bryluje w Warszawie, we władzach. Pewnie nawet by księdza nie poznał, a i ksiądz znać go nie chciał.

A w samym Grodzisku, pierwszy po wojnie nauczyciel, pan Batuk, aresztowany i skazany tylko za to, że o członkach Spółdzielni Produkcyjnej powiedział, że to pijacy i nieroby. Kapitan Gera dostał donos i zrobił swoje. Donosiciel zrobił się ważną personą, wszyscy się go bali, aż podobno pobili go kiedyś na zabawie, uderzając od tyłu, żeby nie wiedział, kto. O razu spotulniał. Ale czy przestał donosić? Trudno powiedzieć, bo przecież do spowiedzi nie chodził.

Proboszcz trzymał na kolanach wielką księgą, „Naukę pasterzowania”, księdza profesora Pilcha wydaną w Kielcach w 1939 r. Tarwa kupił ją w Kielcach w księgarni „Jedność”, koło katedry, kiedy jeszcze był klerykiem. Wokół pachniała parująca ziemia, zieloność, bujnie wyrosła, osłaniała go przed wrogim światem, a wokół huczały pszczoły z pasieki. Ksiądz rzucił okiem na tytuły rozdziałów: „Pisma wrogie Kościołowi i religii”, ”Laicyzm i przejęte jego duchem organizacje”, „Przygotowanie wiernych na prześladowanie”.

Jakżeż ten świat się zmienił od 1939 r. – myślał ksiądz, choć to zaledwie kilkanaście lat. Przygotować wiernych na prześladowanie? Ale przecież komunizm państwowy prześladuje tylko kler, a stara się przeciągnąć wiernych na swoją stroną, szkaluje Kościół, wabi rzekomą nowoczesnością, wyzwoleniem z przykazań. A młodzież lubi ułatwione życie. A chłopi, cóż chłopi, kibicują śmiertelnym zmaganiom hierarchii i państwa, sami tylko kibicują, Trzeba przyznać, że mało spośród nich przeszło na komunizm, ale do obrony wiary i do cierpienia za Kościół też nie ma chętnych. Chłop jak to chłop, siedzi za swoim płotem i patrzy co się dzieje na drodze, sam się nie angażuje. Tak było od wieków i tak będzie zawsze.

 

Zdzisław Antolski

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko