Andrzej Walter – Milczenie owiec

0
147

Andrzej Walter


Milczenie owiec

czyli „Jak się traktuje literaturę”

 

Franciszek Starowieyski   Piotr Müldner-Nieckowski opublikował ostatnio szkic pod wyżej przywołanym tytułem (KLIKNIJ ABY WYŚWIETLIĆ). Jego analiza dotyka ważnych problemów zajmujących obecnie środowiska twórcze w Polsce, a w tym przypadku środowiska pisarskie. Wiele wniosków zamyka krąg opinii, które słyszy się powszechnie wśród zainteresowanych losem literatury oraz pozycją pisarza w dzisiejszym świecie. Niestety muszę poddać polemice wiele tez źródłowych, założonych a priori przez wielce szanownego Autora tego tekstu.

 

   Oczywiście teza główna – jest źle, a może być gorzej – dyskusji jako takiej nie podlega. Jednak założenie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest rozwój w Polsce postmodernizmu (szeroko rozumianego) to teza z gruntu bardzo upraszczająca problem. Zamyka go ona w pojęciu wysublimowanym oraz idealistycznym. Pod wytrychowym hasłem kryją się lata przemian oraz ich skomplikowane podłoże. Jednym słowem autor upraszcza to, czego upraszczać się nie powinno. Unika nazwania pewnych zjawisk po imieniu. Szuka przyczyn stanu zastanego z pozycji intelektualisty oderwanego od frontu dokonujących się przemian społecznych. Skacze myślowo i mentalnie przez Ważny czas w dziejach narodu oraz całe zawikłane procesy, których istotę i wydźwięk pomija.

 

   Z pewnością obecna sytuacja pisarstwa jako sztuki, zawodu i sytuacji społecznej grupy twórców nie jest skutkiem rozwoju postmodernizmu w Polsce po upadku komunizmu. Sama definicja postmodernizmu przestała być dziś aktualna, jeżeli kiedykolwiek była, gdyż zawsze stanowiła wór pojęciowy na tyle szeroki, iż wkładano weń wszystko, co się na świecie zmieniało – z różnym natężeniem, zależnie od kraju, kultury i poziomu rozwoju społecznego. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie porównać, czy to, co nas spotkało w Polsce po roku 1989, to w ogóle jest jakiś postmodernizm, czy – jak autor sam zauważa – prostackie nuworyszostwo wraz z okrzykiem „róbta co chceta”… Jednak ten aspekt rozpasania chama, który nosi bagaż 45 lat upodlenia nie może być jedyną przesłanką wyciągania wniosków. I nie jest. Autor jednak przeskakuje przez pojęcia z prędkością błyskawicy nie wnikając głębiej – dlaczego tak, a nie inaczej. Na przykład pisze o likwidacji cenzury i jej przejście w stan innej cenzury. Są to zjawiska, które poruszaliśmy tutaj wielokrotnie i diagnozowaliśmy ów przypadek. Nazywaliśmy po imieniu – kto i dlaczego. Wskazywaliśmy rolę Jedynych Słusznych Gazet oraz wiodących mediów. Jak i zachodniego kapitału, który za tym stoi. Autor wtedy w polemiki nie wchodził, nie komentował – widać, nie dostrzegał związku ze sprawą. Co ma do tego postmodernizm? Doprawdy – nie wiem. To naturalne procesy ekonomiczne oraz przemiany związane z kontrastem siermiężnej Polski, która wstawała z kolan, wobec silnego materialnie i mentalnie Zachodu. Likwidowanie redakcji nie następowało dlatego, gdyż wymyśliła sobie tak ta, czy inna pani ministra albo pan minister. Te „redakcje” wraz z całym inwentarzem – żywym bądź martwym – po prostu zwyczajnie sprzedawano. Tak jak sprzedano banki, zamiast zarządzić, wzniecić proces tworzenia banków polskich.

 

   Autor porusza się ciągle w przestrzeni nie widzenia, nie słyszenia i nie uznawania kto za tym stoi. A dziś już doskonale wiemy kto. Choć wielu wciąż dziecinnie wierzy, że Polskę spotkał kolejny „cud nad Wisłą” w postaci „okrągłego stołu” i darowanej przypadkiem wolności. Otóż nie. Cały proces sprawnie i zza kurtyny uruchomili ludzie dawnego systemu. Dwie najważniejsze ustawy zmieniające oblicze „tej ziemi” ogłoszono w 1987 i 1988 roku. Chyba nie muszę dodawać, kto je napisał. A my – siadając do tegoż „cudownego” stołu, budziliśmy się w innej Polsce, tylko jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. I w zasadzie dowiedzieliśmy się dopiero kilka lat temu. Potem nastąpił wysyp gromad „pożytecznych idiotów”, którzy za przyzwoleniem dawnej władzy poczęli sprzedawać hurtowo – co się dało i kogo się dało. Tak samo uczyniono z prasą, pisarzami, całymi grupami, środowiskami i wszystkim, co pozwalało „jakoś się urządzić”. To, co zdarzyło się w Polsce przez ćwierć wieku można śmiało nazwać zdradą stanu. Jeśli nie spojrzy się na całokształt z tych perspektyw nigdzie się nie dojdzie, nic nie zmieni i niczego nie zbuduje. Wróćmy do tekstu …

 

   Pisze Müldner-Nieckowski :

„Funkcję rozpowszechniania kultury jednym gestem przeniesiono na marketing, ten zaś szybko uległ presji merkantylizmu i zarazem lifestyle’u (lajfstajlu), co można streścić za pomocą hasła, które mówi, że głównym kupującym i płacącym podatki są masy, natomiast elita znajduje się na marginesie “mas ekonomicznie wartościowych”. Elita nie powinna mieć wpływu na to, na co wydają pieniądze masy, ponieważ jej wytwory są niehedonistyczne, nie dają takiej przyjemności, jakiej się spodziewa konsumpcyjnie nastawiony i słabo przygotowany do odbioru kultury wysokiej członek mas.”

 

   Stwierdzam ponad wszelką wątpliwość – to na pewno nie był „jeden gest”. To był cały proces. Marketing to być może mamy dziś, ale wtedy, po 1989 to był pełzający kapitalizm made In PRL. Odchodzenie od niego było bardzo wolne i stopniowe. Jedni robili kokosowe interesy, inni zostali wtłaczani w niewolnicze dyby obecnego państwa kolonialnego. I takie też wytworzyliśmy elity. Sentymentalne za minionym systemem, albo zdziczałe za kapitalizmem, którego wciąż nie czują, nie pojmują – bo niby skąd mają go czuć? … Z mieszaniny siły przewodniej, aparatu, hipokryzji ostatnich lat komuny, katolicyzmu ludowego oraz wyzutych z wszelkich wartości wyższych Jasia, któremu powiedziano – a teraz będziesz Europejczykiem?

 

   Marketing – jako taki – nie może ulec presji merkantylizmu, gdyż z niego samego, jako ze źródła wypływa. Po prostu – aby lepiej handlować wymyślono marketing. Kiedy ten się „zatkał”, wymyślano potrzeby ludzkie – całkiem nowe, aby marketing znów ożywić. A kiedy już nic się nie dało wymyśleć nastąpił „cud w Brukseli” i Ronald Reagan wyścigiem zbrojeń oraz pomocą duchową Jana Pawła II rozmontował Sowietów. Znów było komu sprzedawać, to czego nie skonsumował człowiek zachodu. Pojawił się gigantyczny rynek zbytu, który szedł w miliony. Miliony kredytów (z nie polskich już banków) na miliony domów, okien do wymiany i innych dobrodziejstw. Po co w tym wszystkim książki? Na nie już … zabrakło czasu. I zabraknie wśród tych, którzy się „uwłaszczyli”. Też upraszczam. Jednak opisuję mentalnie mechanizm, który powoduje, że Polak nic nie czyta, a Francuz – i owszem. Dobrze ujął to w komentarzu Isaac Jacobovsky – było nie było, obywatel Irlandii …:

   „W krajach tych obserwuje sie bardzo wysoki poziom czytelnictwa, powszechne prawie uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych, wizyty w filharmoniach, operach, teatrach i kinach – wypełnianych nieomal po brzegi, a działalność kulturalna przynosi wymierne profity materialne, dzięki czemu twórcy – uzyskując pożądane dochody – mogą poświęcić swój czas na rozwój osobisty i poważną, wartościową twórczość.”

Nawet jeśli trochę przesadził – bez uwzględnienia właśnie zachodniej wersji postmodernizmu, albo nazwijmy to wprost – zidiocenia – to i tak dzieli nas od zachodu czytelnicza i kulturalna przepaść, co widziałem na własne oczy w Holandii, Francji, Belgii, Niemczech i innych krajach. Ba, nawet Czesi czytają trzy razy tyle co Polacy. To się rzecz jasna przekłada na pozycję twórców, choć akurat Czechy są tu złym przykładem, gdyż i u nich pozostało jedynie czytelnictwo, bez redukcji innych patologii jakże do polskich zbliżonych…

 

   Lifestyle zostawmy na razie na boku. Wróćmy do sformułowania:

 

co można streścić za pomocą hasła, które mówi, że głównym kupującym i płacącym podatki są masy

 

Otóż nieprawda. Główny ciężar podatkowy przyjmują na siebie nie masy, tylko ci, którzy zarabiają najwięcej. Słowem „elity”. (bądź tak zwana klasa średnia – której u nas nie ma takiej jak na Zachodzie). I docieramy do sedna. Kto stanowi elitę tam i tu?

Czym jest w ogóle elita? Jaką ma strukturę? Jaki status…

Śmiem twierdzić, że tylko w Polsce elita znajduje się na marginesie „mas” (bo już dodatek „ekonomicznie wartościowych” nie jest zgodny z prawdą). I właśnie o to chodzi w mojej polemice. Piotr Müldner-Nieckowski formułuje prawdziwe wnioski, które nie pochodzą z rzetelnie opisanych i przeanalizowanych przesłanek. Na Zachodzie do elity należy na przykład biznesmen, który zna swoją rolę, wartość i odpowiedzialność w systemie. Jest dobrze (i kosztownie) wyedukowany i z pewnością czyta oraz jest świadom mecenatu, jego potrzeby i korzyści dla państwa, które zamieszkuje. Uczestniczy w kulturze. A nasz biznesmen? Kupuje coraz to nowe samochody, komórki, laptopy, gadżety, a nawet obrazy … często grilluje i wdzięczy się do Jedynych Słusznych Gazet oraz głównych mediów. Jest po prostu swojski, buraczany i wytworzony poprzednią epoką – partii z narodem oraz narodu z partią. Ma swój świat, który sztuk wyższych, niszowych, jak to ujął autor – niehedonistycznych – nie obejmuje, gdyż nie za bardzo wie co z nimi począć.

 

   Nie stawiajmy zatem granicy pomiędzy konsumpcyjną masą w Polsce, a elitą, gdyż całe zło umiejscowiło się w naszym kraju właśnie w tych „nowych elitach”. Jak to ktoś dziarsko nazwał – wykształciuchach. Oni bowiem powodują, że produkt gorszy wypiera lepszy, że szmira króluje, że panoszy się farsa w miejsce dramatu, że nie ważna jest treść, tylko show. Tygodnik Powszechny, na który powołuje się autor już dawno przestał być gazetą katolicką, drastycznie obniżył poziom artykułów oraz począł schlebiać niższym gustom czytelniczym. Rozwodnił się. Wiedzie żywot poprawności politycznej w miejsce poszukiwania prawdy o świecie. Przestałem czytać Tygodnik Powszechny, choć czytałem go całe życie. To już nie jest tygodnik Turowicza i Tischnera, to nie jest już gazeta elitarna. Ale to tylko mój ogląd. Każdy może na to patrzeć inaczej.

 

   W świetle tego, co wyżej napisałem. W świetle tych rozbieżności, nieścisłości tez, podstaw wyjściowych do dalszych wniosków oraz postawionych na wstępie tekstu dogmatów cały dalszy tok rozumowania i udowadniania owych tez poszedł w złym – moim zdaniem – kierunku. Nie będę polemizował z cechami postmodernizmu, czy life stylu, czy też kolejnymi konkluzjami, gdyż są „prawie” słuszne. Prawie robi jednak wielką różnicę. Gasi cały wywód. Wtłacza go w niby-prawdę oraz pół-prawdę. Poplątał zatem Autor, którego wielce cenię i szanuję, cały problem, który istnieje, doskwiera i boli całe nasze środowisko. Zamieszał w tej tragedii, która rozgrywa się na naszych oczach i niszczy Polską kulturę, sztukę i literaturę. Osiągnął jednak Piotr Müldner-Nieckowski coś bardzo cennego. Między innymi dobre komentarze, jak i podjęcie tematu w kolejnych felietonach Marka Jastrzębia czy Andrzej Wołosewicza – tudzież w moim … W tych komentarzach odnalazłem bardzo mądrą tezę Tomka Sobieraja. Mianowicie Tomek pisze:

 

   „Swoją drogą zdumiewająca jest tęsknota “środowisk twórczych” – niezależnie od opcji światopoglądowej – za, jak za komuny, państwowym mecenatem świadcząca o pełnym zbolszewizowani u myślenia, i strachu przed samodzielnością właściwego naturom niewolniczym, a te, z definicji, sztuki istotnej stworzyć nie mogą. Państwowy mecenat prowadzi do patologii, lepiej więc, żeby go w ogóle nie było. Rozwiązaniem uczciwym jest całkowicie wolny rynek, zero dotacji dla kogokolwiek; ma to te ogromną zaletę, że wynikający z niego dla twórców brak pieniędzy uniemożliwi trzymanie się wzorów, zaleceń, sugestii, i uchroni od skrajnego niewolnictwa, służalczej postawy wobec państwa i jego kulturalnych instytucji oraz tzw. uznanych artystów, którym ci mniej znani z upodobaniem i smakiem wchodzą wiadomo gdzie, chociaż nie wiadomo, po co, bo i tak nigdy niczego nie dostaną (chyba, że się mylę, w takim razie proszę o przykłady).”

 

   Powtórzę – państwowy mecenat prowadzi do patologii. To, po pierwsze. A po wtóre, pewnie nie jest realną sytuacja w dzisiejszym świecie, całkowitego jego braku, ale rzeczywiście – zapewne to, uzdrowiłoby (być może) … atmosferę. Odciąć tych mainstreamowych pieszczoszków od źródeł finansowania ich półproduktów. Od bicia piany i nazywania tego kulturą. Od mącenia ludziom (słabo wyedukowanym) w głowach, że Masłowska to Myśliwski i tym podobnych konstrukcji, wynoszących miernoty na piedestał. Od typowego w naszym kraju, zawłaszczenia – przykładowo – nagrody Szymborskiej dla jednego środowiska – tego „politycznie poprawnego”. To przecież śmieszne, że tej – choćby nominacji – nie dostał Tadeusz Różewicz. (też zgłoszony w edycji 2013 za tom z roku 2012). Czytałem tomik Bargielskiej – jest dość dobry, lecz nie na tyle dobry, aby „wyprzedził” Różewicza. Jest w nim jednak też coś, co jest również typowe. Emanacja neologizmów i zwrotów anglojęzycznych. Jak i oswojony bunt zgodny z trendami popkultury, tezami nowego świata typu „Multi-kulti” oraz feministyczne, zawoalowane wtręty. Słowem – wszystko co się nadaje do mainstreamu. Co mainstream rozumie i chwali. Wpisuje się to w linię, aby Polacy przestali być Polakami. Nie meritum się liczy, ale blichtr i błyskotki. „Podlizanie się” tak zwanej „Europie”. Znajdzie się grupa ludzi, która pojmuje mój „skrót myślowy”.

 

   Do czego zatem zmierzamy? Do wasalizacji. Do mentalnego feudalizmu środowiska, które i tak już się dzieje. Do pisania „pod masy”. Do przymierania głodem wielu pisarzy. Do upadku pisarstwa jako zawodu. Do degradacji polskiej kultury, sztuki i literatury. A dzieje się tak dlatego, że Polska już nie jest Polską, na salonach panoszy się cham, a mechanizmy zostały ukształtowane przez 25 lat niby-wolności. I wszyscy o tym wiemy. Tylko nie każdy chce to ogłosić publicznie. Ja jednak widzę iskierkę nadziei. Widzę ją w wielu ludziach młodych, których to zaczyna drażnić. Oni zaczynają się buntować, szukać, kontestować… Oni myślą inaczej. Jest taka grupa. Przyjdzie czas, że zmiecie tych „leśnych dziadków” na margines życia społecznego. Poczekajmy. Słowo nie umiera. On jedynie ewoluuje.

   W takim też świetle konflikt, który nadal funkcjonuje pomiędzy środowiskami pisarskimi ZLP i SPP jest po prostu śmieszny. Oparty na nieaktualnych przesłankach. Lecz do ich zniwelowania potrzeba dobrej woli i przyznania – przez obie strony  – tak tu zrobiliśmy źle, czy tu myliliśmy się. Natomiast wciąż, jedni uznawani są za pogrobowców systemu, a drudzy za zasłużoną opozycję. Okazuje się jednak, że skasowano jednych i drugich. Pozbawiono środków na cokolwiek … powiem z kpiną – solidarnie. Nie można też nie dostrzec prostego aspektu podziału na pół stołków władzy w obydwu „związkach twórczych”. I tu też zaczynają się – niebyt chętnie i jawnie przyznawane – schody. Konflikt jest zatem passe, ale niech sobie i trwa, skoro taka jest wola „decydentów”. Niechaj krzywo patrzą i mówią – ja panu ręki nie podam. Z tego co wiem panie i panowie skwapliwie chowają konflikt do kieszeni kiedy – (znów) solidarnie – wyciągają ową rękę po żenująco niskie honorarium za spotkanie autorskie wypłacane na przykład z tego samego źródła. To jednak inny, kolejny, temat rzeka. Taki „Lifestyle” związkowy.

 

   Mądrze komentuje Wołosewicz pisząc, że wiele jest pytań w szkicu Piotra Müldnera-Nieckowskiego o kwadraturę koła. Ja nazwałem to zmętnianiem problemu. Z kolei Jan Stępień przywołuje postać Tadeusza Mazowieckiego. Jako „grabarza sztuki”. Ostatnio przeczytałem, że w czasie, kiedy Tadeusz Mazowiecki (bliski pokojowej Nagrody Nobla) jeździł do Sarajewa (jako ex-premier) wchodząc w rolę „gołąbka pokoju”, nasz przemysł zbrojeniowy obchodząc ustanowione embargo dostarczał stronom niezbędną broń. Pozostają dwa wnioski – albo hipokryzja, albo … nie chcę nikogo obrazić, ale jako rozjemca musiał wiedzieć o wiele więcej niż przeciętny Kowalski. Stał przecież za nim aparat państwa z wiedzą dostępną od Służb…  Mazowiecki zrobił wiele rzeczy pozytywnych, ale nie nadawał się na … męża stanu. To rzecz jasna dygresja, lecz pokazuje właśnie zaplecze mentalne naszych elit. Nie ma to związku z literaturą, ale ma z szeroko rozumianym człowieczeństwem, a jako takie – ma związek z przywoływaniem natury postmodernizmu jako przyczyny sprawczej. Nowe standardy. Nowe technologie. I nowy świat. Nie tylko to jednak powoduje, że stan literatury, a zwłaszcza ludzi z nią związanych jest tak katastrofalny. To, że „pomogli” nam Mazowiecki i Cywińska jest jasne. Od kultury mieli bowiem „pilniejsze” sprawy na głowie. Choć odnoszę wrażenie, iż po nich przychodzili jeszcze „bardziej zajęci” „kulturopolitycy”… (zajęci odcieniem koszuli do barwy krawatu i tym podobnymi dylematami wagi państwowej).

 

   Pozostaje nam cynizm i zdrowy rozsądek. Nie dotrzemy do niego, jeśli nie powiemy sobie prawdy w oczy. Jeśli nadal będziemy „zamiatać pod dywan” to, co się wydarzyło przez 25 lat wolności. Zmierzając ku końcowi tej polemiki przywołam uwagę Marka Jastrzębia. „Piotr Müldner-Nieckowski napisał celny tekst, zasługujący na głębszą dyskusję”. Jego celność trafiła w serce tarczy. Mam Tylko zastrzeżenia, iż strzelał z zardzewiałej broni. Obawiam się, że dyskusja też może być nieco „rdzawa” i poprowadzi ją kilka zaangażowanych osób. Reszta pominie ją milczeniem. Obojętnie konsumując kolejną Nike czy inną laudację. Obyśmy jeszcze mieli, z kim i o czym rozmawiać. Panie Piotrze. Proszę nie wnikać w tę polemikę zbyt osobiście. Proszę rozgrzeszyć buntownika i przyjąć, pewną wulgarność konkluzji … w tym obecnym – plastikowym i jakże wulgarnym świecie.

 

Andrzej Walter


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko