Andrzej Gronczewski-Czułe palce – w kamiennych rękawiczkach

0
362

Andrzej  Gronczewski

 

Czułe palce – w kamiennych rękawiczkach

 

Franciszek Maśluszczak              W  scenariuszach  mojego  dnia  przechadzka  zajmuje  ważne  miejsce. Jestem  człowiekiem  spaceru. Wyznaję  to  solennie, lecz  także  z  pewną  ironią. Słowo „przechadzka”  i  słowo „spacer”  wydają  mi  się  bowiem  nieco  wstydliwe, wczorajsze. Sądzę  również, że  sama  istota  owej  czynności – „przechadzania się … „ – odmieniła  swój  charakter, zatraciła  dawne  przyczyny  i  liturgie.

              Chodzę  dla  przyjemności  i  z  obowiązku. Przyjemność  dzielę  z  moim  psem, obowiązek  jest  niepodzielny. Chodzę  więc  z  wyżłem  weimarskim  płci  żeńskiej, z  silnym, energicznym, pobudliwym, czteroletnim  stworzeniem, którego  maść  trudno  określić. Zależy  ona  od  światłocienia. Ma  w  sobie  czasem  matowość  pokrytego  falą  piasku  plażowego. Niekiedy  lśni  odcieniami miedzi, brązu  i  złota. Kiedy  indziej  ujawnia  smugi  srebra, opalizującego  popiołu, stłumionego  różu, popielatej  płowości.

              To, że  muszę  dzielić  przyjemność  spaceru, że  bierze  w  niej  udział  moja  piękna  towarzyszka, przyjemność  tę nasila, wyostrza, i  zarazem – do  pewnego  stopnia – ogranicza, przekształca, organizuje. Sieci przyjemności  i  obowiązku  oplątują  mnie  wcześnie. Doznaję  ich –  zanim  wyjdę  na  spacer.

              O  zwykłej, porannej  porze  siadam  przy  biurku. To  nie  jest  mądra  decyzja  z  punktu  widzenia  psa. Jego roztropność  rządzi  się  innymi  prawami. Apeluje  do  odrębnych  marzeń. Odwołuje  się  do  osobnych  zadań. Moje  surowe, klasztorne  cnoty  pies  ocenia  jako podejrzane  i  grzeszne. W  źrenicach  psa  widzę  sceptyczną, dobrotliwą, choć  pełną  negacji  i  potępienia, niechęć  wobec  dokonanego  wyboru.

              Gdyby  mógł  korygować  moje  plany, gdyby  mógł  sam  pisać  scenariusze  tego  dnia, z  pewnością  byłbym  już  w  lesie  lub  na  łące. To, że  jeszcze  tam  nie  jestem, świadczy  o  widomej naiwności, godnej politowania. O  ludzkiej  uzurpacji. O  braku  rozsądku, ciągle – oczywiście –  z  psiego  punktu  widzenia.

              Jeśli  praca  idzie  mi  dobrze, jeśli  ulega  szczęśliwym  rytmom, staję  się  dziwnie  obojętny, starannie  opancerzony. Izoluje  mnie  chłodna, ślepa  suwerenność, zawsze  skuteczna, nawet –  w  zetknięciu  z  prostoduszną  i  nieustępliwą  wiedzą  zwierząt.

              Ale  takie  godziny  są  rzadkie, egzotyczne. Bywają  zwykle  nagrodą, niespodziewanym  procentem  od  kapitału  udręki  i  żmudnego  czasu. Od  wielu  innych  godzin, suchych, gorzkich, pustych. W  tych innych  godzinach  obecność  psa  jest  uciążliwa, skłania  do  pokory. Zmusza  do  ironii  wobec  hierarchii, jaką  sobie  narzuciłem.

              Może  nasze  obowiązki – w  planie  cudzych  obowiązków –  są  błahe  i  płonne ? Może trwamy w  obszarze  zmąconej skali ? Nadajemy  pierwszorzędność  temu, co  tak  często  wydaje  się  znikome  nie  tylko  zwierzętom, lecz  także  i  ludziom ? Może  winienem  poddać  się  łatwo, wcześnie, bez  oporu, życzeniom „brata – psa”  lub  raczej „siostry – suki”, by  żartobliwie „odpomnieć”  wiersz  Jarosława  Iwaszkiewicza ?

              Może  godziłoby  się  najpierw  przemyć  oczy  powietrzem  nowego, białego  dnia, wypełnić  je  obrazami  sosen  i  brzóz, a  dopiero  potem wrócić  do  swoich  fantomów ? Do  innej  bieli, do  cierpliwego  czernienia  papieru ?

              Gdy  podnoszę  wzrok –  w  drzwiach, za  szybą –  widzę  upartą, ciemną  sylwetkę. Ślepia  świecą  ostro, bez  przerwy. Kierują  w  moją  stronę  wyraźne  żądanie. Ciężka  łapa  skrobie  nerwowo. Uderza  w  drzwi, nadając  żądaniu  wymiar  stanowczy. To  wszystko drażni, niepokoi, rozstraja, jak  drażni  wszelkie, także  ludzkie  oczekiwanie, którego  jesteśmy  świadkami, choć – rzecz  jasna –   odruch  irytacji  usiłujemy  grzecznie, po Norwidowemu, zdławić  lub  ukryć.

              Myślę  więc, bo  myśleć  o  tym  muszę, o  sąsiedztwie  i  kolizji  dwu  czasów. To, co  mnie  wydaje  się  bezcenną  treścią  dnia, jądrem  najlepszych  godzin, świętem  skupienia, terenem  milczących  łowów, wytężoną  gonitwą, pogonią  za  jednym  prawdziwym  zdaniem, dla  Cary [ takie, włoskie  imię, Cara  czyli  Droga, nosi moja towarzyszka, takie  imię nadali  jej  poprzedni właściciele ), jest  zaledwie  nużącym, długim  wstępem  do  chwili, kiedy  zacznie  się  właściwe  życie. Kiedy  po  mrocznej  uwerturze  rozchyli  się kurtyna. Kiedy  odsłoni  się  szeroka, jasno  oświetlona  scena.

              Bo  dla  niej  są  to  godziny  jałowe, pustynne, duszne. Godziny  bezdźwięczne, pełne  statyki, bezwonne, osierocone  przez  zapachy  lasu  i łąki. Godziny  zagubione  i  niepowrotne. Godziny, skażone  przez  ludzki  wyrok. Godziny  krzywdzące, niegodne, o  zatraconej  urodzie  i  cenie.

              I  myślę  nagle, że  w  sposób  okrutny, nazbyt  bezkarny  przedłużam  chwile, które –  z  mojego  punktu  widzenia  – muszą  być  studiami  nad  fenomenem  oczekiwania. Nad  anatomię  i morfologią  czekania, tak  jednorodną, tożsamą  u  zwierząt  i  ludzi.

              Nie  wolno  igrać  z  dwoistością  czasu. Z  materią  tej  samej  chwili, która  jednemu  ujawnia  się  jako  tkanina  królewska, centrum  czasu, jego  baśniowy  fragment i  Sezam, drugiemu  zaś –  jako  czas  podrzędny, peryferyjny, miałki, chory, skłonny do degradacji, wybrakowany. Jako  ciągły  wstęp do  życia.

Jako  zatrzaśnięte  drzwi  do  jego  istoty  i  prawdy.

              Ile cierpienia  nasila  się  wtedy, gdy  mieszkaniec  czasu  świątecznego – tego  samego czasu – rozmawia  z lokatorem  i użytkownikiem  czasu „zepsutego”, czasu  ponurych  jam, piwnic, szczelin, obrzeży.

              Czy  nie  ulegamy  zresztą  złudzeniu, że  to, co  jest, to  nie  jest  jeszcze  życie ? Że  prawdziwe  życie  otworzy  się  za  chwilę ? Że  kryje  się  ono  za  tamtym wzgórzem, zakrętem, drzewem ? Za nową  książką, zdaniem, uśmiechem? Za  nową  decyzją ?

              Mój  pies  przypomina  bombę  zegarową, w  której  „czekanie”  tkwi  jak  energia  o  groźnej  sile. Obok  mnie  pulsuje  czekanie  esencjonalne, bujne, czynne, wzbierające. Czekanie tak  agresywne, że  pod  jego  naporem  nicestwieje  akustyka, która  dozwala  mi  słyszeć  myśli  i  widzieć  litery. Za  drzwiami  nasila  się  koncert  biegle  zinstrumentowany, bogaty  w  efekty, wyposażony  we  wszystkie  stadia  żalu, niecierpliwości, pośpiechu, pokory, obfitujący  w  żałosne  westchnienia, lamenty, w  histeryczne  poziewania, w  gniewne  pomruki  buntu, w  mocne, tubalne  szczeknięcia. Głosy  te pragną  przywołać mnie  do  porządku, czyli  do  rezygnacji  z  ludzkiego  porządku – na  korzyść  innego, bardziej  życzliwego  ładu.

              Doprawdy, trzeba  wirtuozowskiego  pióra, godnego  twórcy Pana  i  psa. Trzeba  wielu  stronic  Mannowskich, aby  wolno  było  marzyć  o  ukazaniu  wszelkich  faz  tego  codziennego  pojedynku, gdy  wola  psa  mierzy  się  z  wolą  człowieka, a  natura  przyjemności  obraca  przeciwko  istocie  obowiązku.

              Jaką  nagrodą  mogę  ukoić  ból  Cary ? Dotykiem  dłoni, przyjazną  pieszczotą ? Chwilą  uwagi, dzięki  której  nasze  skłócone  czasy  spotkają  się  w  złudzie  wspólnoty  i  symbiozy ? Doznaję  dziwnego  fałszu  tej  serdeczności, jakby  moje  palce  – czułe  palce – tkwiły  w  kamiennych  rękawiczkach.

              „Nie, Cara. Dzisiaj  nie  pójdziemy. Deszcz, wiatr. Jestem  przeziębiony.” – to  mój, obcy  głos. I  muszę  jeszcze  sprostać  wzrokowi, jakim  patrzy  się  na  oszusta, zdrajcę, na  kogoś, kto  zerwał  święte  pakty. Takiemu jednak  wzrokowi, w  którym  lśni  obietnica  wybaczenia.

              Żal mi  spaceru. Żal tej  godziny  po  spacerze, kiedy senny, uciszony  łeb  kładzie  się  ciepłym  ciężarem  na  mojej  stopie. Kładzie  z  widomą, ufną  wdzięcznością. I  utwierdza  mnie  tak  łatwo  w  odświętnej  dumie, jakbym  to  ja, ja  sam, wymyślił  te  wszystkie  liście, trawy, zioła, pachnące  igły, szorstkie  pnie, wonne  wilgocie, parujące  błota, kałuże, te  bezcenne  ślady, tropy, drogi  i  ścieżki.

                                                                           Andrzej  Gronczewski


Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko