Jan Strękowski – Do drzwi puka agitator (Oblatywanie budyniu 14)

0
282

Jan Strękowski


Do drzwi puka agitator (Oblatywanie budyniu 14)  

                                                                                   

Franciszek StarowieyskiCo robi agitator? Agituje. Do czego? Do wszystkiego. A gdzie można spotkać agitatora? Wszędzie. I to nie tylko (o czym później) w zamierzchłych czasach stalinizmu, ale także w czasach rozpasanego kapitalizmu.

Kiedy próbowano w naszym kraju budować raj na ziemi, wysyłano w teren agitatorów. Często byli to brani z łapanki studenci czy uczniowie. Mieli namawiać do wstępowania do spółdzielni produkcyjnych, terminowego oddawania dostaw obowiązkowych czy zapisywania się do ZMP (My ZMP, reakcji nie boimy się). Najczęściej zaś – przekonywać, że czarne jest białe, czyli, że Polska Ludowa jest państwem, które spełnia marzenia ludu pracującego miast i wsi, zapewniając temu ludowi wszelkie dobra i najwyższą opiekę. Przyjmowano takich agitujących jak dopust Boży.

Michał Głowiński, w wydanej w 2001r. książce „Magdalenka z razowego chleba” w opowiadaniu „Agitatorzy” zamieścił opis akcji, w której uczestniczył z koleżanką. Wysłano ich gdzieś na przedmieścia Warszawy, do nędznych baraków, przeludnionych, zagrzybionych, śmierdzących kapustą, gdzie z sufitów kapała woda do podstawianych misek. Mieli tam, jak pisze Głowiński, „mówić o dobrodziejstwach, jakie przyniosła ludowi Polska”, co zachęcić miało nachodzonych do udziału w tzw. wyborach (był 1952 rok) i głosowania bez skreśleń. Nie spodziewali się takiego obrazu. „W miarę jak przenikaliśmy w barak, ograniczaliśmy patetyczne słowa o zdobyczach społecznych Polski Ludowej, redukowaliśmy utopijne wywody o wspaniałej przyszłości, pozostało nam już tylko coraz bladziej brzmiące nakłanianie, by wziąć udział w wyborach”. Agitujący mieli niezłego stracha, chodząc po baraku, ale jak wspomina autor, to ich tam się bano. Tylko jeden z mężczyzn, do którego zapukali, odważył się powiedzieć, żeby dali mu spokój, „bo nikt tu nie ma czasu na słuchanie głupstw, a jeśli o niego chodzi, to on ciężko pracuje, jest zmęczony i doskonale wie, co się dzieje, w żadne nasze agitacje nie wierzy, a całe te wybory ma po prostu gdzieś”.

Było to szokiem dla agitujących. Zachowali się jednak przyzwoicie, bo w powrotnej drodze uzgodnili, że nie wspomną o incydencie, który mógł mieć dla mężczyzny tragiczne następstwa.

3 stycznia 1953 r. Rada Ministrów przyjęła uchwałę podnoszącą ceny żywności i transportu. A jako, że uchwała w jawny sposób uderzała w biedne społeczeństwo, wysłała agitatorów, by ci przekonywali, że czarne jest białe. Bardzo ciekawy wywód na ten temat zamieścił „Żołnierz Wolności”. W artykule „Agitator wyjaśnia” można było przeczytać, jak wybrnął z kłopotu przodujący żołnierz, członek partii kapral Krupianik zapytany przez kaprala Matczaka, dlaczego wzrosła cena biletów na kolejach? „Przecież właśnie tu – mówił kpr. Krupianik – widać wyraźną troskę naszego ludowego rządu o interesy ludzi pracy. Kto przeważnie tłoczył się po pociągach, kto najczęściej jeździł, jak nie spekulanci? W jednym mieście wykupywali towar, a w drugim sprzedawali go „na pasek”. A dlaczego tak było? Bo bilety kolejowe kosztowały bardzo tanio. Teraz nie będzie się im opłacało. Zaś ludzie pracy korzystają z ulg, najmniej się tym martwią. Przeciwnie, zadowoleni są, że nie będą musieli się tłoczyć po wagonach. Oto kpr. Cebula, który wczoraj wrócił z urlopu, opowiadał jak wygodnie jechał.” Podobnie, troską o potrzeby zwykłych ludzi, wytłumaczył podwyżkę cen chleba. „Kto pochodzi ze wsi ten najlepiej wie, jak to kułacy kupowali w mieście chleb całymi worami i spasali nimi świnie.”  A to dlatego, że chleb był tańszy niż kartofle.

W efekcie pracy agitacyjnej, jak podawała prasa: „robotnicy postanawiają podnieść wydajność pracy, chłopi zwiększyć dostawy dla państwa”. Czyli agitatorzy odnieśli sukces. To oczywiście sukces mierzony tamtą miarą, o który dbała bezpieka i cenzura. Dziś jednak także, choć nadeszła świetlana przyszłość, a system komunistyczny zastąpił kapitalizm, agitatorzy, zwykle określani innym mianem (przedstawiciel handlowy, akwizytor, pracownik reklamy, promocji, marketingu), mają się dobrze. Ba, zawód agitatora rozkwita. I tym razem ma prawdziwe, nie wymyślone lub wymuszone jak wówczas, sukcesy.

Przypomnijmy sobie jak zachwalał swą sztukę akwizytor, który odwiedził bohatera opowiadania Jana Himilsbacha „Monidło” (potem przeniósł je na ekran Antoni Krauze): „Monidło, to wspaniały efekt wielowiekowej współpracy i twardej koegzystencji fizyków, psychików, chemików, psychoanalityków, psychopatów, psychologów i psychoartystów. Oto najwyższa sztuka portretowa przy użyciu pasteli angielskiej z wykorzystaniem wywaru z ziół tybetańskich, specjalnie glazurowana po wierzchu na wysoki połysk.”. To była tylko część argumentów, które trafiły do przekonania zaskoczonego przez akwizytora klienta, który miał się stać posiadaczem podobnego cudu.

Ostatnio byłem świadkiem rozmowy kilku starszych pań. Dotyczyła kupna przez jedną z nich niepotrzebnego przedmiotu, jakiejś lodówki czy cudownego łóżka, nie dosłyszałem. – A teraz raty trzeba płacić, brakuje na wszystko, a jak człowiek nie zapłaci, komornika naślą… – zwierzała się zrozpaczona. – Nie miała baba kłopotu – westchnęła odchodząc i dodała: – Ale tak mnie zaagitował, że zupełnie rozum straciłam…

Na moim strychu od trzech lat wiszą kołdry zostawione na przechowanie przez jednego z moich przyjaciół, który dał się zachęcić do pójścia na pokaz pościeli i… okazyjnie, za pięciokrotnie wyższą cenę zakupił rzeczone kołdry, jako niezbędne mu do dalszej egzystencji. Jednak kołdry to nic, w porównaniu z zakupem przysłowiowego cacka z dziurką. Ostatnio zakupu takiego cudownego przedmiotu, a raczej cudownej skrzyneczki (może to czarna skrzynka?), która leczy wszelkie dolegliwości, dokonała jedna z moich znajomych. Za, bagatela – kilka tys. zł. Będzie to spłacać ratami przez kilka lat. I z pewnością, kiedy już spłaci całość, poczuje taką ulgę, że wyleczy się z wszelkich chorób. Jak śpiewa Czesław Mozil:

Znalazła raz pewna pani

aparat do bani.

 Sentymentem ruszona

wzięła go w ramiona…

            „Jeśliś harcerz – kup półpancerz”. Ten slogan reklamowy pojawił się w najgorszych dla reklamy czasach bitwy o handel i walki ze spekulantami, czyli wtedy, gdy nie było niczego, a to, co było, nie nadawało się do niczego. Pisarze bywają proroczy. Sławomir Mrożek już w opublikowanym w 1953r. zbiorze „Półpancerze praktyczne”, w opowiadaniu napisanym dwa lata wcześniej, o tym samym tytule, przewidział ludzką skłonność do kupowania byle czego, bo inni tak robią. Oto do Państwowego Domu Towarowego, czyli popularnego PeDeTu, nadeszło chyba przez pomyłkę 400 nowych półpancerzy, model XVI wiek, używanych swego czasu – jak wyjaśnia autor opowiadania – przez landknechtów. Nie pomogły slogany reklamowe, wymyślone przez kolegę Eugeniusza, uważanego za specjalistę od reklamy (nie było wtedy oddzielnych pionów promocji i reklamy), jak „Półpancerz w każdym domu” czy skierowane do szachistów: „Nie pomoże koń ni wieża – jeśli nie masz półpancerza”. Nie pomogło ogłoszenie, że co dziesiąty półpancerz, nabyty w PDT, wygrywa czapeczkę krakowską z pawim piórem, a co dwunasty piórnik z napisem „Pamiątka z Zakopanego”. Ale pomogła dobra rada pewnego staruszka, który z wielkim powodzeniem w godzinach największego ruchu zagrał klienta poszukującego na gwałt… większej ilości półpancerzy.

Odmówiono mu, oferując zamiast żądanych dwudziestu tylko dwa i nie pomogły błagania, żeby sprzedać choć 15 sztuk, a potem, choć pięć, bo „panie, ja mam dzieci”. Akcja się powiodła. Półpancerze stały się, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, prawdziwym handlowym hitem i nawet trafiły na bazar, gdzie w taki sposób zachęcano do ich kupna: „Plastyczne, elastyczne, półpancerze praktyczne!!!”.

Niefortunny szpieg, czyli nasz człowiek w Hawanie z powieści Grahama Greena, Wormold, zanim zdobył nowy fascynujący zawód agenta tajnych służb, prowadził w przedrewolucyjnej Hawanie sklep z odkurzaczami Phastkleaners, której to firmy hasło brzmiało: „Po co się męczyć, Phastkleaners wyręczy” i oferował cudowne odkurzacze. Odrzutowe, Turbo i Atomowe, o których mówił szczerze, że „nie ma w tym nic atomowego prócz nazwy”, bo każdy z odkurzaczy działa tak samo jak inne, „po włączeniu wtyczki w gniazdko.” I tak jest ze wszystkimi oferowanymi nam cudami. O czym zapominamy, gdy do drzwi puka agitator.

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko