Wiesław Łuka – Nie ma jednej drogi do szczęścia

0
204

Wiesław Łuka



Nie ma jednej drogi do szczęścia


 

      Odprawy celnej na lotnisku w Singapurze boimy się już przed odprawą na Okęciu. Barbara, ze skromnym wyrazem twarzy informuje, że odwiedziła 78 krajów i dobrze pamięta, czego nie wolno wwozić i używać w najbogatszym, indochińskim mieście-państwie, oddalonym od równika o 137 kilometrów. Liczba zakazów grubo przekracza półtorej setki. Ewa najbardziej się frasuje, że tam nawet na ulicy trzeba długo szukać wydzielonego miejsca z zieloną skrzynką – koszem, przy którym można zapalić papierosa. Słyszymy, że azjatyccy celnicy są nieobliczalni i nigdy nie wiadomo, czy nie natrafimy na takiego, który nie przepuści nawet dwóch półlitrowych, plastikowych (bo lżejsze) flaszek soplicy traktowanej jako krople żołądkowe, co w tropiku jest najskuteczniejszym lekarstwem na wszystko. Natomiast puszczamy mimo uszu przestrogę, że nie ma mowy o przemyceniu do tego indochińskiego raju gumy do żucia; nikt z nas nie jest od niej uzależniony. Jeżeli singapurska policja dopadnie tubylca lub turystę żujących na ulicy, inkasuje mandat w wysokości nawet do 1000 dolarów singapurskich (tylko parę centów mniej wartych od amerykańskich, ale za to bardziej śliskich w dotyku, bo plastikowych o wyraźnie wypłowiałej kolorystyce). Bezwzględne kary dla żwaczy spowodowane zostały przed laty przez wybryki niektórych z nich; zalepiali oni gumą oczka fotokomórek w metrze. 

 

O współczuciu katolikom

 

         Wlaboratoryjnie wypucowanym autokarze, w temperaturze 24 kresek w skali Celsjusza (za oknami dziś, jak prawie okrągły rok, 36 stopni, a wilgotność 87% i żadnej chmurki na niebie) przewodnik Ong w drodze do hotelu wita nas  kilkoma głębokimi ukłonami z rękoma złożonymi jak do modlitwy. Informuje, że jest Singapurczykiem o chińskich korzeniach. Jest z tego dumny, ponieważ Chiny kontynentalne za około 15 lat dorównają Singapurowi w PKB per capita. Ten obecnie wynosi tu 60 tys. USD per capita, co lokuje 5, 5 mln. obywateli na podium trzech najzamożniejszych  społeczeństw świata.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                           Zachwyt nad wyrafinowaniem architektury i czystością apartamentowców strzelających w niebo oraz rozmaitością rzeźb, pagórków, dolinek, oczek wodnych, drzew, krzewów, kwiatów i w ogóle zieleni wzdłuż alei z lotniska do centrum metropolii. Słucham w jednym z wątków powitania o wrażeniach Onga z… Krakowa. Urzekło go przed trzema laty to miasto: „Wy tam  macie wiele kościołów – przyznaje –  a my tu mamy wiele wyznań religijnych i żadnych konfliktów na tym tle”. Parę chwil później: „Terroryzm muzułmański powoduje, że ginie bardzo dużo chrześcijan, czego wam, katolikom współczuję”. Ong w entuzjastycznym tonie informuje, że w Singapurze oficjalnie uznaje się siedem języków ojczystych kilkunastu grup etnicznych, nie licząc kilkunastu dialektów chińskich oraz hinduskich.

 

O przerwanym wątku

 

         W centrum metropolii jej symbol – gigantyczny Merlion (głowa lwa, tułów i ogon ryby). Z paszczy drapieżnika wytryskuje wodny warkocz o sile kilku połączonych strumieni strażackich hydrantów. Przy tej fontannie, w ożywczym pyle wodnym czterdziestolatka Onga nie opuszcza entuzjazm w głosie. Specjalista od zaawansowanych technologii z wykształcenia i przewodnik grup dziennikarskich z zamiłowania identyfikuje poszczególne drapacze chmur. Jest ich kilkadziesiąt na niewielkiej powierzchni, ciągle jeszcze wydzieranej morzu. W wielu z nich decydują się globalne finanse Azji i świata. Nie mamy wyjścia – przyjmujemy na wiarę zapewnienie Onga, że w jednym z nich – OCBC (Overseas Chinese Banking Corporetion)  , nienajpiękniejszym architektonicznie, decydują się losy państewka; to najpotężniejszy bank Azji (określenie przewodnika) z kapitałem 100 bilionów USD. W oddali widać liczne statki na redzie Cieśniny Malakka. Ong twierdzi, że Singapur jest drugą po Szanghaju potęgą przeładunkową świata.

          Przy relaksującym piwie Chińczyk zachwyca się blaskami demokracji singapurskiej o cechach socjalistycznych, czyli skutecznej walki na rzecz dostatku i równości wszystkich obywateli. Symbolem tego są budowane przez państwo mieszkania o średniej wielkości około 100 m2 i przekazywane ludziom „wszystkich ras i wyznań” na wieczyste użytkowanie na lat 99. Opowiada o krótkich, kilkudziesięcioletnich dziejach demokracji (1965 r.). Jej podwaliny – twierdzi – to wolność religijna. Ale i trudne do przyjęcia dla Europejczyka  restrykcyjne prawo – zauważam.  Tak  – przyznaje nieco zmieszany Ong, ale nie rozwijamy wątku, bo nie wypada gospodarzowi czynić afrontu; Azjaci dość trudno znoszą krytykę.

 

O chłostaniu

 

           Wieczorem, po obżarstwie obiadokolacyjnym ze szwedzkiego bufetu,  przed naszym luksusowym hotelem OASIS w feerii świateł i kolorów, zagaduję skośnookiego obywatela w średnim wieku, bardzo porządnie ubranego: dlaczego białą ścierą pucuje szorstką, kamienną ścianę hotelu, na której, co sprawdziłem palcem, nie ma źdźbła kurzu. Odpowiedział dość nerwowo, że dostał karę pracy społecznej za przejechanie rowerem w tunelu dla pieszych. Gdyby był recydywistą, po podobnym wykroczeniu otrzymałby karę chłosty bambusowym kijem. Sąd wziął jednak pod uwagę tę okoliczność łagodzącą, że obywatel jest absolwentem miejscowego Uniwersytetu Technologicznego Nanyang. Czterdziestolatek zdążył mnie jeszcze poinformować, że tu za kilkanaście rodzajów przestępstw grozi kara śmierci; m.in. za „asystowanie przy samobójstwie osoby poniżej lat 18-tu”. A wyroków przez powieszenie (wyłącznie w piątek) wykonuje się tu więcej niż gdziekolwiek na świecie. Niedługo potem w Internecie wyczytałem, że tylko w Arabii Saudyjskiej częściej eliminują „niesfornych” obywateli spośród żyjących.

 

O parciu w pęcherzu

 

      Na  przejściu granicznym z Malezją nerwowość. Malajowie nie wpuszczą żadnego autokaru z Singapuru na swoją stronę, bo nie ma on specjalnych oznaczeń rejestracyjnych, które są pilnie strzeżoną tajemnicą. Zabieramy więc z niego bagaże, żegnamy się z Ongiem i strefę graniczną przechodzimy objuczeni. Słyszymy, że we wzbudzającej zazdrość warszawiaka hali odpraw w Johor Bahru nie można zjeść nawet batona, skorzystać z toalety, nie warto się rozglądać, by nie być podejrzanym o szukanie kamer czy fotoradarów, zanim bagaż główny, podręczny i …ciało, z podniesionymi na rozkaz rękoma, nie zostaną prześwietlone. W Malezji wiedzą, że w Singapurze za przemyt narkotyków grozi kara śmierci, ale wiedzą też, że wyroki eliminacyjne mimo tego zagrożenia są wykonywane, czyli śmiercionośny proceder trwa. Nie do rzadkości należą przypadki nieświadomego przemytu narkotyków w… bagażach Bogu ducha winnych turystów, często leciwych emerytów. Skąd się w ich walizach wzięły „prochy”?  Ano w pokoju hotelowym na przykład sprzątaczka, czy jej męscy współpracownicy (widziałem takich na korytarzach hotelowych) mogli półprzytomnemu z powodu tropiku Polakowi, czy jeszcze mniej przytomnej Amerykance podłożyć „śmiertelny pakuneczek”. Międzynarodowi „żołnierze” mafii narkotykowych z łatwością porozumiewają się ze sobą przez granice i konwojują przypadkowych „kurierów”. W kolejnym hotelu inne sprzątaczki, czy ich męscy współpracownicy, przechwytują trefne przesyłki. Zatem w terminalu Johor Bahru jesteśmy wyjątkowo czujni i nieskorzy, mimo parcia do opróżniania pęcherza w toalecie.

 

O drodze do raju

 

       Dwie godziny jazdy na północ – jedyne miasto kraju, Malakka wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Na początku XVI wieku przybyli tu pierwsi Europejczycy, Portugalczycy, którzy zbudowali faktorię. Nie wiedzieli jeszcze, że arabscy wyznawcy Allaha i jego proroka Mahomenta przekonali tubylców do swojej religii sto lat wcześniej. 60% obywateli dzisiejszej Malezji nie zmieniło wiary.

      Po katolikach zostały na wzgórzu m.in. ruiny kościoła św. Pawła. W cieniu odrapanej ściany siedzi na plastikowym wiadrze czekoladowoskóry, w kowbojskim kapeluszu, obywatel z matki Cejlonki i ojca Kenijczyka. Śpiewa z towarzyszeniem gitary kultowy przebój Luisa Armstronga, Waht a Wonderful World tak, jakby wczoraj, albo rok temu zerwał kontrakt z  renomowanym teatrem operowym, lub wytwórnią płyt. Po kilku minutach przekonuje mnie, że do paryskiej Olimpii, ani do teatru w Kuala Lumpur by nie pojechał nawet, gdyby ktoś chciał go zaangażować za duże pieniądze.  Jest – powiada – „światowym trubadurem”, odkąd przestały go interesować komputery po skończonych studiach informatycznych. Do dziś nie wie, po co kończył uniwersytet w Kenii  – wyznaje. Co prawda, ojciec naciskał, by nie rzucał studiów, ale z sześciorga rodzeństwa najbardziej naciskał na siostrę, by nie przechodziła na wiarę katolicką. Nie opowie, jak trafił do Malakki przez Republikę Południowej Afryki i Australię, bo to zawiła historia, ale wie, dokąd zmierza. Śmieje się: „Chcę się dostać do raju Allaha, w otoczenie rajskich dziewic, które obiecuje swoim wyznawcom prorok Mahomet”. Dlatego porzucił wiarę swojej matki w boga Wisznu. Już nie pielgrzymuje do jego świątyni w Jaskini Batu, bo tam pieją koguty i jest smród (to prawda, sprawdziłem). Wie, że w Europie islam kojarzy się z terroryzmem i Al-Kaidą. Wyciąga z futerału gitary wyraźnie „zaczytaną” książkę, Koran i mówi, że w niej nie ma „wołania o wojnę z niewierzącymi Europejczykami i Amerykanami”.

     Pytam wieczorem w hotelu Furama, już w Kuala Lumpur naszego malezyjskiego przewodnika, Erica o korzeniach także chińskich: – Czy mogą się w przewidywanej przyszłości urzeczywistnić pomysły niektórych polityków parlamentu malezyjskiego, lub urzędników króla (wybierany on jest na pięcioletnią kadencję z grona kilkunastu sułtanów, rządzących prowincjami), by uczynić islam religią państwową? Eric dość emocjonalnie rozwija myśl, o której wspomniał kilka godzin wcześniej w autokarze: Brytyjczycy opuścili Malezję w 1957 roku, ale wcześniej przyczynili się do uchwalenia demokratycznej konstytucji. Ona wyklucza powstanie państwa wyznaniowego. Sułtani i król wiedzą, że „wywyższenie islamu grozi klęską gospodarczą manrachii parlamentarnej”. A wówczas dramatycznie spadną dochody budżetu z handlu ropą naftową, benzyną lotniczą, kauczukiem, olejem palmowym, konfekcją bawełnianą oraz elektroniką. Malezja stara się trzymać z daleka od fundamentalistów islamskich; a zwłaszcza od Al-Kaidy, którą sponsorował mutimiliarder Osama bin Laden – przekonuje Eric. „Ten bogacz w ostatnich latach przed tragiczną śmiercią, co mu się należało, żył w Pakistanie w dużej biedzie, gdy zbankrutował na terrorystach. A Malezja nie zamierza w podobny sposób tracić pozycji jednego z tygrysów gospodarczych Dalekiego Wschodu”. Jest zajęta podnoszeniem wielkości PKB per capita; na razie sięga on zaledwie trzeciej części singapurskiego poziomu.     

 

O podróży poślubnej

 

   Na wyspie Penang, niedaleko jej stolicy, Georgetown cierpimy z powodu żaru w najgorętszym dniu malezyjskiej…zimy, czyli pory suchej, o czym dziś rano przestrzegała telewizja; w cieniu mamy 39 stopni. Zwiedzamy na zboczach wzgórz słyną w Azji, jedyną w świecie farmę owoców tropikalnych. Do naszej grupy dołączyły trzy małżeństwa muzułmańskie. Na Indonezyjczyków w średnim wieku nikt nie zwraca uwagi, bo on mocno brzuchaty i zlany potem, a jej oczy ledwie widać w szparze czarnej burki. Natomiast dwa małżeństwa dwudziestotrzylatków o urodzie filmowej, albo żurnalowej, w strojach  włoskich pokazów mody przykuwają naszą uwagę dużo bardziej niż owoce mango, papayi, gujawy, maracuyi, pomelo, longana i innych razem wziętych.. Dzięki reporterskiej wścibskości, szybko się dowiem, że obie pary to Arabowie Saudyjscy w podróży poślubnej. Uśmiechają się promieniście i pozują do  wspólnego zdjęcia. Dlaczego tu przyjechali? – pytam. Samer informuje, że nie przyjechali, ale przylecieli własnym samolotem. Język mi stanął w gardle… Samer wyjaśnia, że chcieli poznać kraj muzułmański, słynący w  Azji z tego, że tu tylko te kobiety chodzą z zakrytymi twarzami, które chcą, ale prawie wszystkie nie chcą i nie cierpią z tego powodu prześladowań swoich mężczyzn oraz prawa. Dalia, żona Samera potakująco kiwa głową i pokazuje w uśmiechu zęby o bieli świeżego śniegu w słońcu. Dwa kwadranse później jesteśmy częstowani w kawiarni farmy poznanymi owocami sot‘e lub koktajlami z nich. Dowiaduję się, że w ojczyźnie Samera i Dalii kto się urodził muzułmaninem i zechce zmienić wiarę musi się liczyć z „surowym wymiarem sprawiedliwości” prawa islamskiego. A wieczorem w hotelu Tropical Sandy Beach słyszę potwierdzenie przewodnika Erica, że dziecko w łonie matki muzułmanki już jest muzułmaninem, od czego nie ma odwołania. Inaczej być nie może, bo tak stanowią prawo pisane i tradycja. Jeśli Chińczyk pojmie za żonę Malezyjkę, to musi przejść na wiarę proroka Mahometa. Jednak w tym kraju ani dziecko, ani matka nie muszą się obawiać konsekwencji „lekkiego traktowania praktyk religijnych”. Nikt tu nikomu nie mierzy stopnia intensywności wiary. Dlatego ulica malezyjska jest kolorowa i wesoła; również czysta. Dziewczyny mogą same po nich spacerować w obcisłych dżinsach, pokazywać bujne fryzury, a młodzieńcy mogą je swobodnie zaczepiać, zaś swoje wybranki publicznie całować. 

 

O gmeraniu dla podniety

 

     Już Tajlandia, wyspa Krabi z jej kurortem, najsłynniejszym nad Morzem Andamańskim. Deptak zatłoczony, sauna pod gołym niebem, dusząca smażonym olejem i przyprawami z ulicznych rusztów. Obok rzadkich, czystych butików, zapchanych pamiątkarską tandetą, cuchnące rudery, w których setki psów zawsze wyszperają coś dla siebie do jedzenia. Nocą wychodzą na żer szczury, a nierzadko pytony. Uliczne paleniska i skwierczące na rozgrzanych blatach egzotyczne smakołyki przyciągają ryzykanckich wczasowiczów także białej rasy. Tu kolejna doba kończy się o czwartej nad ranem doby następnej. 95% Tajów, to buddyści, więc alkohol mocny i słabszy można kupić w każdym sklepie i pić w każdym oszklonym lokaliku lub przy brudnych stolikach na chodnikach. Dlatego zataczających się tubylców i puszczonych „pawi” pod stolikami nie brakuje. Najwięcej ich w patio pod nazwą Meeting Point, przed którym półnagie dziewczyny i transwestyci (jeden z nich w prawej połowie ciała ubrany jak kobieta, a w lewej jak płeć przeciwna) prawie na siłę wciągają przechodniów do swoich gabinetów rozkoszy; możesz jej doznać za szybą, czyli na oczach gapiów, lub kameralnie, za kotarą. Nastoletni chłopaczkowie również wabią „swoich” amatorów gmerając dla podniety dłonią wokół rozporków. To samo, tylko w zwielokrotnionej postaci i intensywności zobaczymy w Bangkoku, przed licznymi burdelikami okalającymi słynny bazar Patpong.

 

O męskiej rozwiązłości

 

        W drodze nad rozsławioną filmem i przebojem muzycznym rzekę Kwai nasza przewodniczka, Koj, Tajka z dziada pradziada informuje, że jej ojczyzna słynie w Azji z silnie zakorzenionej i powszechnej wiary w system filozoficzno-religijny Buddy. A drugi powód do sławy Tajlandii, to najbardziej rozwiązły styl życia męskiej połowy narodu. Mąż spłodzi żonie troje, pięcioro dzieci (Koj urodziła tylko dwoje) i nadzwyczaj często bez słowa pożegnania odchodzi w poszukiwaniu następnej wybranki. Nie musi martwić się o proces rozwodowy. Rano pokłóci się z żoną, w południe idzie do urzędu i za pół godziny wychodzi z niego rozwiedziony. Nie obawia się o płacenie alimentów, nie ma tu bowiem przepisów nakazujących ojcu współuczestniczyć finansowo w wychowaniu i wykształceniu dzieci. Dlatego Tajki wolą wychodzić za mąż za cudzoziemców – wyznaje przewodniczka – bo oni są wierni. Na wsi rodzice nie mają ciśnienia na kształcenie dzieci, ponieważ się boją, że one po skończeniu szkoły uciekną do miasta, i nie będzie komu pracować na polach ryżu, bawełny, trzciny cukrowej oraz manioku.

      W Bangkoku jest dużo szkół i szpitali – informuje Koj – a we wsiach, na pytanie szefów władzy samorządowej: co budujemy – szkołę, czy szpital? – ludzie na pewno najczęściej odpowiedzą: świątynię buddyjską. Ale Koj zapewnia z dumą w głosie, że Tajlandia, to najsilniejszy kraj Indochin i największy raj dla biznesu – drobni przedsiębiorcy płacą 3% podatku, zaś wielki biznes tylko 10%. Daleko jest jej jednak do poziomu życia obywateli nawet Malezji; tu PKB per capita to tylko10 tys USD.

 

O świętych karaluchach

 

       Spokoju doczesnego obywateli oraz ich szczęścia wiecznego w następnych wcieleniach strzegą na ulicach Bangkoku oraz szosach rozległej monarchii  parlamentarnej setki tysięcy, miliony ołtarzyków poświęconych królowi, albo Buddzie, jego najsławniejszym mnichom i duchom przodków. Tym ostatnim stawia się kapliczki w miejscach, gdzie jutro mają wyrosnąć nowe budowle przemysłowe, czy mieszkalne. Duchy przodków muszą mieć pewność, że inwestorzy oraz obywatele o nich nie zapominają, modlą się do nich o opiekę i składają ofiary w postaci kadzidełek, świec, owoców, innych pokarmów oraz szklanek z wodą. W nocy na ołtarzykach mają raj także karaluchy, ale nie wolno ich zabijać, bo to święte robaczki.

       Obecny król, Rama IX  i  Budda żyją od 1946 roku w bardzo rzadko zakłócanej zgodzie. Rama (lat 87) jest gwarantem jedności narodu, a mnisi buddyjscy są wzorem do naśladowania na drodze do wzbogacania własnej karmy. Wzbogaca się ją poprzez palenie kadzidełek w świątyni, ofiarę w pieniądzu lub naturze oraz uczynki. O karmę należy zabiegać w obecnym wcieleniu, by w kolejnych nie stać się za karę na przykład roślinką, albo drapieżnym zwierzęciem. Każdy Taj i Tajka muszą indywidualnie starać o własną karmę. Mnisi nie modlą się za wiernych, nie organizują im wspólnych nabożeństw, nie sprawują rządu dusz, nie żądają pieniędzy za śluby i pogrzeby, nie zbierają na tacę ofiar (ale skarbonki oraz koszyczki wystawiają w świątyniach), nie katechizują w szkołach, nie wtrącają się do rządów parlamentu, nie głoszą w mediach przewagi prawa boskiego nad stanowionym; w ogóle są nieobecni w mediach. Obywatele nie przestrzegają przykazań autorstwa hierarchii buddyjskiej, tylko podążają ścieżkami Buddy oraz jego najwierniejszych uczniów, bodhisattvów; tych sprzed tysięcy lat i tych późniejszych, którzy osiągnęli oświecenie poprzez dobre uczynki.

 

O wzbogacaniu karmy

 

        Wśród handlowych straganów, w sąsiedztwie polowej kuchni przed najstarszą świątynią Wat Pho – Leżącego Buddy (posąg o długości 18 m. dusi się w ciasnym prostopadłościanie nawy głównej) mnich korzysta z terapii cywilnego masażysty, Muta, który sztuki masażu nauczył się w innej świątyni –Złotego Buddy (trzymetrowy posąg o wadze 5,5 tony szczerego złota).  Terapeuta, uciskając mięśnie karku i szyi duchownego w pomarańczowej tunice, uzyskuje jego zgodę na moją z nim rozmowę. Dowiaduję się, że w Tajlandii każdy chłopiec, czy mężczyzna musi na czas, jaki chce ( to może być tylko jeden dzień) wstąpić do klasztoru. Tam przynajmniej obejrzy świętą księgę Tipi Takę, odetchnie atmosferą medytacji, przekona się, że mnisi nie zabiegają o doczesne dobra materialne, że mogą posiadać tylko tyle, ile dobrowolnie otrzymają od wiernych, wśród których krążą w drugiej połowie każdego dnia. W tych godzinach już nie mogą spożywać posiłków, by uniknąć „zamulenia umysłu” przed nocą, co potem wywołuje niedobre sny. Mnich, jeśli popełni czyn niegodny, może dostać pozwolenie od przełożonego na opuszczenie klasztoru; na przekład z powodu miłości, poślubienia kochanej kobiety i ojcostwa. Gdy jednak po paru latach życie świeckie przestanie mu odpowiadać, może wrócić do stanu duchownego.           

        Pytam nieśmiało, czy cywilnym wyznawcom Buddy trudno, bez wsparcia duchowego mnichów, osiągnąć stan oświecenia?  Słyszę: „Każdemu trudno, tak samo im, jak i nam”. Każdy ten stan osiąga na miarę swego rozumu, sił wewnętrznych oraz woli. Słyszę radę, by za dużo nie myśleć o osiągnięciu  stanu oświecenia, „który w Europie nazywacie szczęściem”. Trzeba natomiast myśleć o wzbogacaniu własnej karmy. Nie ma jednej drogi do szczęścia, zaś szczęściem jest samo podążanie i wzbogacanie, puentuje mnich San. Pytam nieśmiało o ocenę dużej swobody obyczajowej, zwłaszcza młodzieży, z której Tajlandia słynie w świecie. Słyszę zapewnienie mnicha: „Nie mam prawa nikogo osądzać. Ci, którzy żyją paskudnie, sami się grzebią i sami będą cierpieć w następnych wcieleniach” .

          

  Wiesław Łuka   

 

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko