Tomasz Borkowski – Nawigacja

0
236

Tomasz Borkowski


Nawigacja

 

Droga wije się wśród sosnowych pagórków jak leniwy zaskroniec. Słupy pni, zielone korony na tle błękitu. I igliwie jak złocisty kurz na piasku. Ale ona tego nie ogarnia. Nie jadę na południowy wschód. Nie jadę na północ. Jadę na zachód.

Przedwieczorne słońce żarzy się jak moneta w szczypcach mincerza. Marzę o okularach spawalniczych. Matko, ależ praży w paszczę!

– Za pięćdziesiąt metrów pojedź prosto – rozlega się jej lekko zachrypnięty głos.

– No – mówię.

            Droga sucha. Widoczność dobra, choć męcząca. Radyjko gra przeboje.

– Za sto metrów możliwy radar.

– Dzięki.

            Lubi się powymądrzać. Radaru za sto metrów nie ma. Ale możliwość radaru za sto metrów przecież była. Chciała dobrze. To nie jej wina, że nie ogarnia. W sumie przeważnie fajnie nam razem.

Jakby się tu przedstawić? Hm? Więc nazywam się Wojtek. Jadę do Zgorzelca z dostawą do hurtowni AGD. Macie obraz? No to jeszcze dodam, że zwykle wracam wcześniej do domu.

– Za pięćset metrów stacja benzynowa. Nie zatrzymuj się. A jeśli się zatrzymasz, nie jedz hot-dogów.

– Nie jestem głodny.

            A ona? To Kasia. Jeździmy razem już prawie rok. Czyli z osiemdziesiąt tysięcy kilometrów. To zbliża. Bardzo zbliża…

            Piaszczyste pagórki migają za oknem. Letni wietrzyk burzy mi włosy jak matka, kiedy była ze mnie zadowolona. Więc nie za często. Pachnie żywicą, benzyną i spaloną gumą. Co trzydzieści siedem sekund duży owad zamienia się w tłuszcz z chińskiej zupki na przedniej szybie (kurczak łogodny). Czasem włączam spryskiwacze. Wtedy dolatuje do mnie po chwili zapach, jaki bije w windzie od jednego z moich sasiadów wieczorem (kwas menelski brutalny). Mieszkam teraz sam. Wiecie, jak jest…

– Za trzy metry zmień stację.

            Nie znosi „Perfectu”. „Za trzy metry” to u niej znaczy „natychmiast”. Naciskam guzik, radio zaczyna grać coś innego. Wolę się z nią nie kłócić, bo się znowu nadąsa. I będzie jak wtedy, kiedy jechaliśmy do Gdańska i pięć razy przejeżdżaliśmy przez Grudziądz. A przecież tylko powiedziałem, że jedna z tych tirówek była niezła.

            W ogóle jest raczej nieśmiała. Czajnikowała się przez pierwszych parę miesięcy. Skręć tu, skręć tam. Pełny profesjonalizm. O piętnastej bierz kapotę, pierdol majstra i robotę. To mi się nawet podobało. Ja też mam swoje życie prywatne. Wyłączam czasem komórkę i mnie nie ma. Szukaj wiatru w polu. Urlop, fajrant, chorobowe. Pieniądze to nie wszystko…

– Za trzydzieści godzin ogol się i załóż te porządne dżinsy. Jakąś koszulę też, oczywiście…

– Bo?

– Spotkasz kobietę swego życia.

– Tak jak radar za sto metrów?

– Jesteś okropny. Mówiłam tylko, że możliwy. Nie jestem Duchem Świętym. Skup się na jeździe.

            Już spotkałem kilka kobiet mojego życia. Złamały mi kilka serc. Teraz mi mogą złamać najwyżej śledzionę. Chociaż bym wolał nie.

– Nie jesteśmy dziś w humorku, co? – pytam.

– Może i nie…

– Co znowu zrobiłem?

– Nic.

            Nienawidzę, kiedy to robi. „Nic”. „W porządku”. „Nie”. A ty się, człowieku, głów, w którym momencie popełniłeś minimalny błąd.  Czy się zaśmiałeś w niewłaściwej chwili? Czy nie dość szybko zaprzeczyłeś? Czy za mało w tym było entuzjazmu? Ale, na Boga, kiedy?

            Wielka, czarna ciężarówka przed nami zaczęła wyrabiać jakieś porąbane manewry. Zjechała sześcioma prawymi kołami na pobocze. Już była w rowie, już witała się z gąską, ale kierowca odbił, wyleciał na przeciwny pas, jakiś histeryk w BMW uciekł na pobocze i zaczął trabić.

Pewnie szofer przysnął? A może też miał ścinę ze swoją nawigacją? Sorry: NAWIGACJĄ. Happy?

            Zwolniłem. Nie będę chłopa stresować. Życie za kółkiem lekkie nie jest…

            Po chwili wyprostował i dał mu z kalosza. Powodzenia, gościu. Siądź pod mym liściem, a odpocznij sobie…

– A może ja wcale nie chcę znowu spotykać kobiety mojego życia za trzydzieści godzin w stanie ogolenia?

– Ale i tak spotkasz. I stracisz, jak zwykle…

– Trudno.

– Twardziel.

– Ironia?

– Zaledwie sarkazm.

            Nie ogarnia, ale jednak jest bystra. Szkoda, że ma kształty dużej, czarnej mydelniczki…

– Słuchaj, nie chcę nikogo spotykać, bo…

– Bo co?

– Nic.

– Bo się boisz.

– Niczego się nie boję. Może poza nachalnym swataniem. Tego to nie lubię.

– Ja cię swatam, tak? Nachalnie, tak? Za trzysta metrów skręć w lewo.

– Nie zmieniaj tematu!

– A ty nie wrzeszcz!

– Sama wrzeszczysz. Zaraz cię ściszę…

– Aha! Zaczynają się rękoczyny teraz. Tylko na tyle cię stać?

– O, stać mnie na więcej. Na znacznie więcej mnie stać… Nawet nie wiesz na ile mnie stać…

– Ale nie na założenie czystej koszuli i ogolenie się?

– A ta znowu swoje! Nic nie rozumiesz…

– A co tu rozumieć?

– To nie jest takie proste.

– Nic nie jest proste. A jednocześnie jest.

– Sama sobie zaprzeczasz.

– Głupi jesteś!

– Przegięłaś.

– Debil!

– Cipa!

– Powiem ci tylko…

– Dosyć!

            Wyłączyłem ją na pół godziny. Potem znowu włączyłem. To jej się chyba nie spodobało, bo do Zgorzelca dojechaliśmy po trzech dniach. Ale już na rogatkach Paryża zorientowałem się, że coś jest nie tak.

A kobiety życia ani śladu. I co? Łyso?

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko