Jan Stanisław Smalewski – W sowieckich obozach śmierci (11)

0
166

Jan Stanisław Smalewski



W sowieckich obozach śmierci (11)

Kołymska biblia


 

Pracując przy młynie Dżonsie, mimo zagrożenia zdrowotnego pylicą, Antoniemu Rymszy przynajmniej nie ograniczano podstawowych norm chleba. Ba, za stuprocentowe wykonywanie normy – bo jak pamiętamy wszystko tam obliczano w procentach – raz w tygodniu mógł nawet liczyć na dodatkową pajkę chleba.

Rozkład dnia łagiernika był prosty: 12 godzin ciężkiej pracy w kopalni, 2 godziny na przemarsze, 2 godziny na posiłki i sprawy organizacyjne, reszta czasu pozostawała na odpoczynek.

Po ciężkiej pracy i sen był ciężki. Zapewne cała regeneracja sił psycho–fizycznych następowała w pierwszych jego czterech godzinach – w tym czasie sen był najtwardszy.

Potrzeby snu różnie rozkładały się u różnych osób. Niektórzy więźniowie przesypiali cały swój czas poza pracą i posiłkami. Antoniemu na ogół wystarczało 6 godzin snu. Ograniczanie tego minimum odbijało się na jego samopoczuciu. Zatem, starając się o przestrzeganie tej zasady, pozostającą w rozliczeniu dobowym rezerwę mógł przeznaczyć na rozmowy z przyjaciółmi lub rozmyślania, czynione w duchowym odosobnieniu.

W dniu, w którym czynił akurat takie duchowe rozważania, zdarzyło się coś szczególnego. Od strony wejścia do baraku dobiegło go wołanie: – Rymsza! Jesteś tam? – Głos wydawał mu się już znajomy.

– A kto pyta? – Tak, to był jeden z błatnych, których dwa dni wcześniej podszedł do niego na stołówce i… przekazał mu pozdrowienia od Alego Dżawadowa. Poinformował go też, że Ali znajduje się w pobliskim obozie dla kryminalistów.

– Rymsza, ja przyniósł ci książkę – wyjaśnił.

Niesamowite! Złodziej w dłoni trzymał „Chatę wuja Toma”.

– To w prezencie od Dżawadowa. On powiedział, że ty, wykształcony człowiek powinieneś mieć jakąś książkę.

W pierwszym momencie gest Alego ucieszył go. Ale…

– Czy ta książka nie została komuś skradziona? – zapytał. Twarz przybysza zmieniła swój wyraz z uśmiechniętej na lekko zdziwioną.

– Oj, Rymsza, Rymsza. Ja tobie przyniósł prezent, a ty zamiast podziękować, pytasz, czy ja jej nie ukradł.

– Przepraszam cię. Podziękuj Alemu. Jestem mu wdzięczny, że pomyślał o mnie w ten sposób. Ta książka to bardzo cenna rzecz dla mnie. Dziękuję ci – wyjaśnił Antoni.

Złodziej, zadowolony z siebie, opuścił barak, a Antoni – chowając książkę głęboko pod kufajkę – udał się na odpoczynek, zadowolony, że ma jeszcze trochę czasu, by sobie poczytać.

„Chata wuja Toma”… Już kiedyś w młodości czytał tę książkę. Teraz wydała mu się piękniejsza niż wszystkie wyobrażenia o niej. Czytając, zachłannie pożerał wzrokiem jej treści, niczym głodny pożera chleb. Idąc do pracy, zabierał ją ze sobą. Tylko ukryta w odzieży mogła uniknąć zmiany właściciela. Pracując, nie mógł się doczekać, kiedy znów zajrzy do niej. Dwie, najważniejsze życiowo potrzeby: jedzenia i snu, uzupełniła trzecia potrzeba – była nią potrzeba książki.

Gdy kolejny, czwarty już dzień, leżąc na narach, czytał „Chatę wuja Toma”, podszedł do niego jeden z Ruskich.

– Czy to twoja książka? – zapytał.

– Moja.

– A czy ja mógłbym ją mieć?

– Ale idziesz teraz na zmianę, prawda? – zauważył Antoni.

– Tak, teraz idę do pracy – potwierdził.

– Jak wrócisz, to dam ci poczytać – przystał z ochotą Rymsza. Szkoda przecież, żeby tak bezcenna w obozie rzecz należała tylko do jednego człowieka.

Więzień zaskoczył go jednak.

– Ale ja jej nie chcę pożyczyć. Ja ją chcę odzyskać.

Antoni zaniemówił. Dostrzegłszy jego zakłopotanie, Rosjanin wyjaśnił: – Nazywam się Krawcewicz. Ja nie chcę czytać tej książki, ona jest mi potrzebna do ważniejszych celów.

– Odzyskać?.. Do ważniejszych celów?.. – Antoni miał trudności, by pozbierać myśli.

– Muszę ci się przyznać, że ona stanowiła moją własność, szukałem jej.

– A więc to tak, Dżawadowie Ali! Kazałeś swojemu przyjacielowi ukraść ją dla mnie?! – Jego wątpliwości potwierdziły się. – A niech to diabli!. Nie wiedział, chociaż mógł się domyślić, że pochodzi z kradzieży. Dostał ją przecież w upominku od złodzieja.

– Ja wiem. To znaczy ja do ciebie nic nie mam. Bo to nie ty ją ukradłeś – wyjaśnił Krawcewicz.

Antoni patrzył mu w oczy i było mu głupio. – Skoro tak sprawy się mają, muszę ci zwrócić tę książkę. Tylko czy teraz… zechcesz mi ją pożyczyć?

– Domyślam się, że lubisz książki – ciągnął Rosjanin – dlatego powiem ci prawdę.

– Prawdę? Jaką prawdę? – No bo jaką jeszcze mógł prawdę powiedzieć mu, prócz tej, że przy pomocy złodzieja wszedł w posiadanie jego książki?

– Ta książka to dla mnie rzecz święta. Używałem jej zamiast biblii.

– Nie rozumiem. Dlaczego? – zainteresował się Antoni. I wtedy Rosjanin przysiadł na narach i opowiedział mu historię niezwykłą. Historię ze swego życia.

Krawcewicz był maszynistą kolejowym. Pochodził z Charkowa. Pewnego razu po powrocie z pracy spotkał w mieszkaniu dorastającą córkę, z koleżanką. Obie płakały. Ponieważ bardzo kochał córkę, mimo zmęczenia postanowił dociec, co je zasmuciło i jakoś im pomóc.

– A co się wam stało? Dlaczego płaczecie? Źle wam poszło w szkole?

– Nie, ojcze. Na studiach nam idzie dobrze. Tylko treści, które nam wkładają do głowy, są puste i ogłupiające – wyjaśniła córka. – Puste, ojcze. Rozumiesz?

Mimo iż był tylko kolejarzem, zrozumiał, o co chodzi dziewczynom. W wolnych chwilach dużo czytał. Warunki, w jakich żył, nie pozwoliły mu kształcić się. Marzył, aby teraz umożliwić to swojej ukochanej córce.

– Poczekajcie – zwrócił się do dziewcząt i wyszedł do pokoju. Tam zdjął z półki „Chatę wuja Toma” i wrócił z nią z powrotem.

– Znacie to? – pokazał na tytuł. Dziewczyny nie znały. Zaznaczył strony, które powinny przeczytać… – Macie chwilę czasu? – zapytał i uzyskując potwierdzenie, przeczytał im fragment, w którym wuj Tom uczy domowników cierpliwości. – Podoba wam się? – przerwał w połowie.. Dziewczęta przytaknęły. – To dokończcie sobie same i nie mażcie się. – Oddał im książkę, a sam poszedł do swoich zajęć.

Następnego dnia, gdy wrócił z pracy, córka przyprowadziła jeszcze jedną koleżankę.

– Ty miałeś rację, ojcze, to wspaniała książka, można z niej wiele się nauczyć – córka nawiązała do książki, którą im poprzednio zostawił.

– Tak sądzicie? – zapytał. Dziewczęta potwierdziły:

– Oczywiście. Byłyśmy tym wzruszone.

– To przeczytajcie sobie jeszcze ten fragment… – Odnalazł w książce tekst dotyczący wiary wuja Toma i ponownie chciał oddać im książkę, ale ta nowa koleżanka córki powstrzymała go. – One mówiły, że pan świetnie czyta. Czy mogłabym również trochę posłuchać pana?

– Chcecie, żebym wam czytał? – zdziwił się.

– Taaak! – odpowiedziały zgodnie.

Przeczytał więc kolejny fragment książki, a potem jeszcze chwilę dyskutował z nimi o potrzebie zachowania w sobie wiary, tłumacząc im, że nigdy nie można się załamywać, lecz należy wierzyć, że fałsz i obłuda przestaną kiedyś istnieć. – Być może – dodał – wy same niedługo będziecie na to miały wpływ.

Nazajutrz… – Rosjanin przerwał, po czym poufale położył rękę na kolanie Rymszy i odwrócił głowę. Zanim to uczynił, Antoni zdążył zauważyć, że w jego oczach zakręciły się łzy. Dławiący gardło ucisk spowodował, że zamilkł.

– Co się stało nazajutrz? Powiedz.

– A cóż mogło się stać? – przełykając ślinę, starał się opanować drżenie głosu. – Ktoś doniósł, że założyłem nielegalną organizację i młodzież studencką wrogo nastawiam do ideologii komunistycznej. Aresztowali mnie, osądzili i skazali na 15 lat. Za to jestem, na Kołymie.

Podnosząc się z nar, Antoni lewą ręką podał Rosjaninowi „Chatę wuja Toma”, a prawą wyciągnął do zgody.

– Przepraszam cię. Nie wiedziałem…

Rosjanin powstrzymał mu rękę z książką. – Dużo ci jeszcze zostało do przeczytania?

– Prawie połowę.

– To zatrzymaj. Ale nie daj sobie jej ukraść, dobrze? Widzę, że jesteś dobrym człowiekiem. Przyjdę po nią za dwa dni. Niech twój Bóg ma cię w swojej opiece.

– Mój Bóg? – zdziwił się Antoni, ale zaraz przypomniał sobie, że to nie przypadek, że Rosjanin tak powiedział. Tak jak nie przypadkiem było, że „Chata wuja Toma” zastępowała mu biblię. Na Kołymie bowiem każdy tworzył sobie Boga jak umiał. Na ile go było stać. Ten Rosjanin w „Chacie wuja Toma” odczytywał treści, jakich przeciętnemu człowiekowi wierzącemu dostarczała biblia. Szukał w niej pociechy i wiary.

W obozie nie można było żyć bez wiary. Kto bez niej żył, szybko ginął.

Trzy dni później Rymsza oddał Krawcewiczowi „Chatę wuja Toma”. On zrewanżował mu się chlebem i puszką konserwowego mleka. Przyniósł pół bochenka chleba.

– Tyle chleba? – Antoni był zaskoczony.

– Bierz. Dostałem paczkę od córki więc podzieliłem się z tobą. A jak będziesz chciał jeszcze kiedyś poczytać moją biblię, przyjdź do „Trojki” (baraku nr 3). Tam mnie znajdziesz…

 

Prawie rok czasu pracował Antoni Rymsza przy określaniu zawartości rudy w próbkach gruntu wydobywanego dla celów badawczych. Prawie rok przy młynie „Dżonsie”. W tym czasie dotarli na Kołymę kolejni Polacy, a wśród nich Romek Kałahur, a później Feliks Milan i Bolek Szlozberg, z którymi zaprzyjaźnił się.

Bolek był świetnym fachowcem – stolarzem, znał sztukę rękodzielniczą. Trafił więc do cechu stolarskiego, gdzie miał już swoją kanciapę Belg Rampelberg. Belg malował tam obrazy olejne dla naczalstwa, a Bolek rozpoczął dla nich produkcję mebli: zdobnych szafek, ław, stołów.

Któregoś dnia po powrocie z fabryki, Antoni spotkał Bolka Szlozberga, który przyszedł do baraku z dozorcą, by zabrać kilku ludzi do rozładunku drewna. Antoni był bardzo zmęczony, ale zgłosił się, żeby pójść pod cech przyjaciela i chwilę z nim porozmawiać. Spodziewał się także spotkać Rampelberga. Belg bowiem od dłuższego już czasu nie pojawiał się u nich w baraku.

Przeczucie nie zawiodło go. Gdy spotkali się, Rampelberg poszedł do dozorcy i uzyskał dla niego chwilowe zwolnienie.

– Więzień F1–233 pójdziecie z artystą. Jak skończymy rozładunek, zawołam was – nakazał mu dozorca.

Rampelberg siedział w ciepłej kajutce, nakarmiony, czysty. Nikt nad nim się nie znęcał. Gdy chciał malować, malował, a kiedy mu się nie chciało, siedział bezczynnie i nie ruszał palcem. A gdy mu dozorca zwracał uwagę, odgryzał mu się: – Weź sam pędzel i maluj, jak jesteś taki mądry!..

A kiedy Rampelberg nic nie robił? – Gdy popił czyfiru – esencji herbatniej. – Ten napój doskonale robi, zobaczysz – zaproponował, gdy spotkali się w cechu. – Poczujesz się po nim jak w siódmym niebie.

Antoni słyszał o tym, że przyrządzona z iwan–czaju esencja herbaciana wywołuje halucynacje i służy niektórym więźniom jako narkotyk. – A jeśli będę się po tym źle czuł? Jestem taki zmęczony i głodny – przyznał się Belgowi.

– Jeśli jesteś głodny, dam ci kawałek chleba. Czyfirem poczęstuję cię kiedy indziej – zmienił swój zamiar Rampelberg.

Podczas rozmowy Belg zwierzył się Rymszy, że zaprzyjaźnił się z pewnym ruskim leśnikiem, przez którego może złapać kontakt z zagranicą.

– Jeśli się zgodzisz na współpracę, spróbuję załatwić ci robotę w warsztatach. Będziemy mogli kontaktować się ze sobą.

– Nie wiem, o czym myślisz, mówiąc o współpracy? – wyjaśnił Rymsza.

– O sprawach dotyczących twojej organizacji podziemnej – wyjaśnił.

Antoni był zdziwiony.

– Masz taką pracę i ryzykujesz? Wierzysz jakiemuś ruskiemu leśnikowi? Dosyć już miałem kłopotów, żeby pchać się w nowe. AK to już przeszłość. Nie chcę o niej rozmawiać z nikim, a już tym bardziej z jakimś leśnikiem.

Odmówił Belgowi. Radość ze spotkania przyćmiło niemiłe wrażenie, jakie wywołała jego propozycja. Konspiracja w warunkach Kołymy, bzdura! To raczej kolejny podstęp.

 

W końcówce zimy 1951 roku do mielenia prób rudonośnych na „Dżonsie” przysłano dwóch Chińczyków. Jednego z nich skazano za szpiegostwo i dlatego interesował się nim osobiście oper. Usawik nachodził Chińczyka i prowadził z nim długie rozmowy, z których Antoni Rymsza mógł wywnioskować, że usiłuje go namówić do współpracy. Chińczyk rozmawiał niechętnie i nie przystawał na żadne układy.

Oper popełnił nieostrożność, gdyż biorąc Rymszę za Polaka, nie sprawdził, czy zna język rosyjski. Kiedy zorientował się, że rozumie on, o czym rozmawia z Chińczykiem, odesłał go do laboratorium.

– Słuchajcie więzień. Jaki macie numer?

– F1–233, więzień Antoni Rymsza, syn…

– Dobrze, dobrze. Pójdźcie do laboratorium chemicznego i powiedzcie, że chcę rozmawiać z Grebieszkowem.

Grebieszkow chwilowo był zajęty. Gdy Antoni czekał, podszedł do niego jeden z pracujących tam więźniów.

– Rymsza, pan nie chciałby pracować u nas? – zadał pytanie zupełnie poprawną polszczyzną. – Czyżby jeszcze jedna transakcja wiązana? – pomyślał Antoni. – Jest pan Polakiem? – zapytał laboranta. – Nie, jestem Ukraińcem, ale pochodzę z Ukrainy Zachodniej. W Polsce kończyłem szkołę średnią. Onufry Perun – wyciągając dłoń, przedstawiając się.

– Miło mi. Pan mnie zna?

– Nie. To znaczy… tak – poprawił się. – Zamierzałem właśnie do pana dotrzeć. Bo widzi pan, ja gromadzę tutaj inteligencję. Wszystkich ludzi z wykształceniem. W laboratorium jest zawsze nieco lżej, niż gdzie indziej.

– Jeśli tylko dlatego – zastrzegł się Rymsza – chętnie do pana przyjdę. To znaczy, skorzystam z propozycji.

– Nie do mnie, panie Rymsza przyszedłby pan, lecz do laboratorium. Ja jestem tutaj tylko zwykłym pracownikiem, a to co panu proponuję, czynię za zgodą naczelnika Leontiewicza Grebieszkowa.

– Ja właśnie na niego czekam. Oper mnie przysłał, żebym go powiadomił, że ma przyjść do „izmielczycielnoj”. Będę miał okazję go poznać – wyjaśnił i ściszając głos, zapytał: – A czy on czasem nie ma jakichś powiązań z operem?

– Grebieszkow? – zdziwił się Perun. – Nie sądzę. To uczciwy człowiek.

Onufry nie czynił złudnych nadziei. Za kilka dni, na prośbę naczelnika laboratorium chemicznego Grebieszkowa, przeniesiono Antoniego Rymszę do administracji, gdzie spędził potem trzy i pół roku. Przy „Dżonsie” zastąpił go na stałe Chińczyk, który odmówił współpracy z operem.

 

Onufry Perun skazany został jako przewodniczący związku młodzieży studenckiej, wraz z grupą studentów podziemnej Nacjonalistycznej Organizacji Ukraińskiej, walczącej o to, by w szkołach wyższych językiem urzędowym był język ukraiński, a nie rosyjski. W chwili skazania na 25 lat łagrów był studentem ostatniego roku studiów językoznawczych. Władał pięcioma językami obcymi.

Oprócz Onufrego w laboratorium pracowało około trzydziestu osób, w tym pięciu inżynierów chemików, a wśród nich Tatar z rosyjskiego instytutu – Łapkow i chemik z Łotwy – Osis. Obaj byli pracownikami o najdłuższym stażu.

Ponadto w laboratorium pracowało bodajże najwięcej osób cywilnych, głównie kobiet, które pozorowały jedynie pracę, gdyż tak naprawdę czynności, za jakie pobierały pensje – i to podwójnie w stosunku do zarobków w ZSRR – wykonywali więźniowie.

Być może takie właśnie praktyki spowodowały, że w ZSRR utarło się, że inżynier to nie zawód, lecz funkcja wynikająca z tytułu naukowego.

W laboratorium pracowała żona Szełkowa – głównego inżyniera prińska, oraz żony: naczelnika laboratorium, lekarza obozowego i dwóch innych oficerów z komendy obozu. Wszystkie te panie zatrudnione były na stanowiskach inżynierów chemików. Czy w ogóle nic nie robiły? Nie. Pomagały trochę inżynierom – więźniom, którzy wykonywali za nie fachowe czynności, i… podpisywały dokumentację.

Na Kołymie ciężko było o pracę dla kobiety. A przecież oficerowie, którzy tam trafili – i to najczęściej na kilka lat – chcieli mieć żony przy sobie. Kuszącymi były też podwyższone o 100% zarobki i podwójnie liczone urlopy. Czasami warto było pomęczyć się w trudnych warunkach Północy, by później w głębi wielkiego ZSRR żyć lepiej niż inni.

Mimo iż warunki życia osób w garnizonie poza obozem były znacznie korzystniejsze od warunków, w jakich żyli łagiernicy, ludziom tym nie było czego zazdrościć.

– Żebym ja wiedziała, co mnie tu czeka? Żeby ten mój mąż powiedział prawdę – narzekała kiedyś do Antoniego Rymszy żona naczelnika obozu – nigdy nie zgodziłabym się przyjechać tutaj. – Przyjedź. Weź tylko niezbędne rzeczy osobiste – napisał mi w liście i… załatwił podróż okrętem. Wzięłam co najpilniejsze, wrzuciłam w chustkę, zawiązałam na cztery rogi i przyjechałem. Jak wyskoczyłam z okrętu, myślałam, że ze strachu umrę. Śnieg po pas, mróz minus pięćdziesiąt gradusów… I co ja miałam zrobić?..

Tak, to prawda. Co taka kobieta mogła zrobić? Najpierw szybko zaopatrzyć się w ciepłe waciaki i walonki (z tym żony władzy obozowej kłopotów nie miały), a potem poprzez męża starać się o pracę w obozie karnym, gdzie przebywali więźniowie polityczni. W kantorze, na centrali telefonicznej, w laboratorium. Tam było najbezpieczniej. W obozach dla więźniów politycznych ludzie byli kulturalni, nie groziło, że okradną lub zgwałcą. Poza tym w obozie inteligencja obozowa miała dodatkową ochronę. Na co dzień nie spuszczał jej z oka oficer operatywny. Wszystkich wolnych zatrudnionych razem z więźniami obowiązywały bardzo surowe nakazy, a za najdrobniejsze nieposłuszeństwo groziły im surow

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko